1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy
  4. Seriale
  5. VOD

King to nudziarz. „Historii Lisey” nie da się już uratować

historia lisey apple stephen king

Już za chwilę będziemy w połowie „Historii Lisey”. Jak na razie jednak opowieść nie zachwyca. I wszystko wskazuje na to, że pozostałe odcinki go nie uratują.

„Historia Lisey” dobija do półmetka. Jak sugerują recenzje (a wiele z nich opiera się już na wszystkich jego odcinkach), nie jest to serial wybitny, może się co najwyżej wybijać lekko ponad przeciętność. Na Rotten Tomatoes ma jedynie 55 proc., a według krytyków jest zbyt wierny oryginałowi i opiera się na ślimaczym tempie. Faktycznie zamiast grozy, która na razie jest jedynie teasowana surrealistycznymi scenami, twórcy skupiają się na wątkach obyczajowych, doprawiając je odrobiną thrillera. Przekładając to na bardziej ludzki język, należałoby powiedzieć: nudy.

Stephen King wielkim literatem jest. Jest też twórcą bardzo płodnym, przez co wśród jego książek i zbiorów opowiadań znajdziemy rzeczy zarówno wybitne, przeciętne, jak i po prostu słabe. Nawet część najbardziej zatwardziałych fanów pisarza nie umieściłaby jednak „Historii Lisey” w tej pierwszej grupie (zdania mogą być też podzielone przy kwestii czy należałoby ją wpisać w obręb drugiej, czy trzeciej grupy). Sam zainteresowany wskazuje ją natomiast jako swoją ulubioną napisaną przez siebie powieść. I już samo to powinno nam zasugerować, że nie jest najlepszą osobą na stanowisko scenarzysty serialu.

Najlepsze adaptacje prozy Stephena Kinga

King bardzo sprawnie posługuje się językiem pisanym. Potrafi wzbudzić strach motywami i zabiegami, które w rękach innego twórcy stałyby się śmieszne. Historia pokazuje jednak, że żeby dobrze przenieść jego prozę na ekran trzeba albo nie przywiązywać się do oryginału i mieć pomysł na adaptację, jak to pokazał Brian De Palma w „Carrie”, albo potraktować materiał źródłowy siekierą, jak zrobił to Stanley Kubrick w „Lśnieniu”. To przecież ostatni wymieniony tytuł przetrwał próbę czasu, czego nie można powiedzieć o zrealizowanej nieco później wierniejszej ekranizacji tej samej książki od Micka Garrisa w formie miniserialu.

Już w czasie emisji produkcji recenzenci zwracali uwagę, na niezbyt dobry ich zdaniem scenariusz, a przecież jego autorem jest sam King. Nie dość, że przeszkodziła tu osobista relacja autora z oryginałem, to jeszcze w grę wszedł jego talent scenariopisarski. A w zasadzie o jego brak.

Stephen King na ekranie

Wśród napisanych do tej pory przez Kinga scenariuszy trudno trafić na coś dobrego (co nie znaczy, że jest to niemożliwe - sam wskazałbym na pewno „Creepshow”, ale to temat na osobny artykuł). Już pierwszy stworzony specjalnie na potrzeby filmu tekst pozostawia wiele do życzenia. W „Lunatykach” autor próbuje bawić się znanymi konwencjami i mitologią popularnych potworów, ale wchodzi w obszar ekranowego absurdu. Pomimo całego swojego doświadczenia, nigdy nie potrafił myśleć obrazkami. W centrum jego zainteresowań zawsze były słowa, słowa i jeszcze raz słowa.

To właśnie jest przyczyną artystycznej porażki „Czerwonej Róży”. Ponownie mamy tu do czynienia z oryginalnym scenariuszem Kinga, napisanym tym razem specjalnie na potrzeby miniserialu (chociaż początkowo miał to być film). I chociaż nietrudno podczas seansu bawić się jak, za przeproszeniem, prosię, to literacka strona produkcji jest jej największą kulą u nogi. W książce wszystkie pomysły pisarza mogłyby się sprawdzić, ale na ekranie powalają lenistwem. Żadnego filmowego myślenia. Narracja prowadzona jest od linijki, a bohaterowie utykają w pętli niekończących się rozmów i przytaczania faktów z przeszłości. Ba, opowieść skupia się na osobach z nadnaturalnymi zdolnościami, a jak działają przekonujemy się w scenie, w której wszyscy siedzą w knajpie i ze sobą gadają. Nudniej się nie da.

Horror jako serial

„Czerwoną Różę” można też odczytywać w kategorii leksykonu problemów z horrorami w formie serialu. To są tylko trzy odcinki. Długie i na siłę rozciągane w czasie. Atmosferę grozy można w pełni poczuć dopiero w połowie drugiego epizodu. Wszystko, co jest przed, to flaki z olejem i przeciągnięta ekspozycja. Ograniczyć liczbę postaci, uciąć wszystkie niepotrzebne wątki i dialogi, a otrzymalibyśmy prawdopodobnie całkiem udany film. W takim formacie nie było jednak na to szans.

W serialu jak najbardziej mogą sprawdzić się pojedyncze elementy horroru. Kino grozy z założenia jednak jest gęste, opiera się na atmosferze i napięciu, a te trudno utrzymać na poziomie iluśtam odcinków. Pół biedy, gdy cały sezon pojawia się w jednym dniu. Siadamy i bindżujemy 10 epizodów „Nawiedzonego domu na wzgórzu”, ale gdybyśmy mieli czekać tydzień na każdy kolejny, nie wyglądałoby to już tak różowo. Ten klimat znikałby w regularnych przerwach, a twórcy musieliby znaleźć sposób, aby za każdym razem budować go na nowo.

Zupełnie inną bajką są opowieści korzystające z konwencji slashera, która w swoim DNA ma wpisaną seryjność i opiera się na ciągłych repetycjach. W przeciwieństwie do schematów pozostałych nurtów kinowej grozy ta ma największą szansę sprawdzić się w formie serialu. Pokazuje to przykład chociażby „Krzyku”, czy „Slashera” (chociaż w tym wypadku należy zachować ostrożność, bo zdecydowano się na formę antologii i każdy sezon jest osobną historią). W każdym innym przypadku chęć zrobienia horroru jako produkcji odcinkowej wiąże się ze sporym ryzykiem. Rozciąganie historii w czasie, oczekiwanie na kolejne epizody nie jest dobre dla gatunku, którego główną atrakcją mają być intensywne doznani.

Dlatego właśnie Ryan Murphy ma rację, serwując nam w kolejnych sezonach „American Horror Story” osobne opowieści. Nie sposób byłoby ciągnąć przez tyle odsłon jednej pełnej grozy narracji. Jak widzimy na przykładzie serialu, nie zawsze udaje się to nawet na przestrzeni kilkunastu odcinków. Nawet biorąc pod uwagę, że twórcy serialu korzystają z różnych konwencji gatunkowych i uciekają nieraz bardziej w stronę dramatu, to horror w obrębie danego sezonu też ulatuje. Nieraz jesteśmy bowiem częstowaniu scenami, które nie mają zbytniego znaczenia fabularnego, a ich celem jest jedynie wypełnienie czasu antenowego.

Czy jest szansa na uratowanie „Historii Lisey”?

Chciałbym się jednak mylić. Życzyłbym sobie, żeby King i Pablo Larrain zagrali mi swoją „Historią Lisey” na nosie. Wciąż mają szansę pójść drogą wyznaczoną przez Richarda Price'a. W „Outsiderze” przykuł on widzów do ekranu zagadką kryminalną, aby w końcu wystrzelić nam grozą prosto w twarz. Otrzymaliśmy w ten sposób slow burnera pełną gębą. I to jest chyba najlepszy sposób na uniknięcie wszystkich pułapek związanych z realizacją horroru w formie serialu.

Niestety w tym wypadku należy jeszcze wziąć pod uwagę, że Price stonował pulpowy charakter prozy, nomen omen, Kinga. Jak widzimy po pierwszych odcinkach „Historii Lisey”, sam mistrz literackiego horroru nie pokusił się na podobny zabieg. Dlatego wszystkie znaki na niebie i ziemi wskazują, że serial pozostawi nas ze sporym niesmakiem. Ale o tym przekonamy się za kilka tygodni.

Dotychczasowe odcinki „Historii Lisey” obejrzycie na Apple TV+.