1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Najmroczniejsza sprawa w karierze Warrenów w najgorszym filmie z serii. Recenzujemy „Obecność 3: Na rozkaz diabła”

obecność 3 recenzja opinie

Chociaż „Obecność” to całe uniwersum, główna seria zawsze pozostawała osobnym bytem. Swoim poziomem nie dorastają jej do pięt kolejne spin-offy pokroju „Annabelle”, „Zakonnicy”, czy „Topieliska. Klątwy La Llorony”. A jednak to reżyser ostatniego wymienionego filmu stanął za sterami jej trzeciej części.

Nie oszukujmy się. Tym, co odróżnia dwie pierwsze części głównej serii od spin-offów, jest reżyseria. James Wan to prawdziwy wirtuoz w swoim fachu. W filmach zawsze ożywia całą widoczną przestrzeń, dzięki czemu staje się ona pełnoprawnym bohaterem, nieraz ciekawszym nawet od protagonistów. Dzięki temu twórca potrafi nas nieźle przestraszyć. Domy i ich mroczne zakamarki w „Obecnościach” żyją własnym życiem. Coś niedobrego tam się dzieje i nigdy nie wiemy, czy zza rogu nie wyskoczy na nas jakiś demon. Bez tego te produkcje byłyby jedynie przeciętnymi straszakami, na które chodzilibyśmy z braku laku, bo wszystkie bilety na „nowego Marvela” zostały już wykupione.

Zmiana reżysera słusznie wywoływała niepokój wśród fanów „Obecności”.

Michael Chaves obnażył bowiem wszystkie słabostki i scenariuszowe mielizny filmu. Bez Wana jest to tylko festiwal jarmarcznych sztuczek i tanich jump scare'ów.

Twórca stara się jak może naśladować jego styl i początkowo nawet mu się to udaje. Prolog w domu Glatzelów wywołuje znany nam już dreszczyk emocji. Opętany 8-latek wygina się jak tylko może, rysuje paznokciami po ścianach, wije się i wrzeszczy. Wszystko zostaje podane z mistrzowskim montażem dźwięku. Aż ciarki po plecach przechodzą, a eleganckie nawiązania do „Egzorcysty” stanowią smaczek dla miłośników gatunku.

Świetny start. Szybko jednak dociera do nas, że Chaves wyprztykał się w tym momencie ze wszystkich dobrych pomysłów. Od efektywności stopniowo przechodzi w efekciarskość. Cała twórcza energia prologu ulatuje, kiedy tylko przechodzimy do akcji właściwej. Tym razem małżeństwo Warrenów nie ma do czynienia z nawiedzonym domem, a bada sprawę morderstwa popełnionego przez nastoletniego Arne'ego, który był obecny przy egzorcyzmie Glatzela. Chłopak nie wie, co się stało, ale także nic nie wskazuje na to, żeby był opętany przez demona. Ten z niego uciekł zaraz po zabójstwie. W ten sposób protagoniści zaczynają walczyć z czymś, czego do końca nie rozumieją.

Jak wyczytamy z planszy na początku filmu, sprawa Arne'ego Johnsona była najmroczniejszą w karierze słynnych demonologów.

Gdyby nie informujący nas o tym napis, w życiu byśmy się tego nie domyślili. Chaves ucieka w tendencyjne zwroty akcji, ale nie potrafi tchnąć w nie świeżego powiewu. Zamiast trwania w napięciu czeka nas więc przewracanie oczami. Nie są w stanie tego zmienić ręce wychodzące ze ściany, czy demony wyskakujące w najmniej spodziewanych momentach. Gdyby nie przejmująca muzyka Josepha Bishara i właściwe operowanie tonacjami dźwięku, o jakimkolwiek klimacie grozy można by zapomnieć. A szkoda, bo był tutaj większy potencjał.

Reżyserowi nie udaje się co prawda straszyć, ale widać, że miał pomysł na ten film. Próbuje uciekać w intymność Warrenów, skupiając się na ich związku. Tutaj podkreśla ich troskę o siebie, tam serwuje retrospekcję pokazującą, jak się poznali. Niestety w towarzystwie pozostałych, tylko z pozoru, pełnych grozy scen sprawia to wrażenie grania na naszych najniższych instynktach. Chaves pokazuje nam rzeczy, które mają nas wzruszyć, ale nie ma pomysłu, jak porządnie je wykorzystać. Działa to niczym strzelba Czechowa, tylko kiedy już wypali, nikogo to nie obejdzie i zostanie uznane za tani, emocjonalny chwyt. Zamiast łez będzie więc wybuch śmiechu.

Obecność 3: Na rozkaz diabła/Warner Bros.

Efekt końcowy jest co najmniej kuriozalny.

Poszczególne elementy ze sobą nie współgrają, tworząc fabularny i formalny chaos. Tym samym Chaves sprowadził jedną z najciekawszych horrorowych serii XXI wieku do poziomu jej spin-offów. Przeciętnych straszaków, które są zapchajdziurą w repertuarach multipleksów. „Obecność 3: Na rozkaz diabła” okazuje się filmem całkowicie pozbawionym indywidualnego charakteru. I jeśli w przyszłości Warner Bros. znowu nie będzie chciało dostosować się do grafiku Wana, aby mógł ponownie zasiąść na stołku reżysera, to lepiej żeby nie planowało kolejnych części. Inaczej zajedzie całą franczyzę, zacierają dobre wrażenie.

„Obecność 3: Na rozkaz diabła” już w kinach.