Filmy

Przykro mi, ale „Czarodziejka z Księżyca” fatalnie się zestarzała. Nowy film Netfliksa to potwierdza

Picture of the author

„Czarodziejka z Księżyca” to obok „Dragon Ball Z” i „Pokemon” najważniejsza japońska animacja z lat 90. Każdy z tych tytułów miał olbrzymi wpływ na wzrost popularności tamtejszej kultury w Polsce. Oglądanie „Sailor Moon” dzisiaj nie jest jednak łatwym zadaniem. I potwierdził to nowy film serwisu Netflix pt. „Pretty Guardian Sailor Moon Eternal”.

Nikt przy zdrowych zmysłach nie może podważać olbrzymiego znaczenia „Czarodziejki z Księżyca” dla japońskiej popkultury. Oparta na shojo mandze animowana seria była jednym z pierwszych tytułów tego typu, które znalazły globalną widownię. Wraz z nieco późniejszymi seriami „Dragon Ball”, „Dragon Ball Z” i „Pokemon” sprawiła, że anime znalazło się na językach i błyskawicznie zyskało tytuł najgorętszego nowego stylu w światowej kulturze. Niemal każdy polski chłopiec dorastający w latach 90. bawił się w Super Saiyan i składał dłonie do fali uderzeniowej Kamehame-Ha, a prawie każda polska dziewczynka wyobrażała sobie, że jest magiczną księżniczką z Księżyca, Jowisza czy Marsa.

  • Czytaj także: Twórca magazynu „Kawaii” Paweł „MrJedi” Musiałowski opowiada nam o pierwszych latach popularności anime w Polsce i fenomenie „Sailor Moon”. Wywiad znajdziecie TUTAJ.

Zainteresowanie obiema produkcjami z czasem zaczęło przekraczać płciowe granice, ale początkowo reklamowano je stricte dla chłopców lub dla dziewczynek. Zresztą wzorem samej Japonii, gdzie mamy do czynienia z podobnym podziałem dla nastoletnich czytelników na shojo manga i shounen manga. Popularność anime szła ręka w rękę z postępującą komercjalizacją popkultury, co wiązało się z napływem rozmaitych gadżetów. Od kolorowych karteczek do klasera z Sailorkami i kart kolekcjonerskich z Goku, Vegetą czy Friezą aż po specjalne figurki do zabawy.

Silna komercjalizacja sprawiła, że animacje „Czarodziejka z Księżyca” i „Dragon Ball Z” stały się prawdziwymi ikonami popkultury.

Obie marki funkcjonują w ten sposób niezmiennie do dzisiaj, choć na przestrzeni lat wielokrotnie dało się słyszeć narzekania na ich rozmaite spin-offy czy sequele (w przypadku „DBZ” częściej, bo było ich po prostu dużo więcej). Ale nawet irytacja „Dragon Ball Super” czy „Sailor Moon Crystal” nie była w stanie ugasić miłości fanów do oryginalnych serii i ich komiksowych pierwowzorów. Co jest w jakimś stopniu godne podziwu, ale jednocześnie podpada pod oglądanie rzeczywistości przez różowe okulary nostalgii.

Bo mangi z lat 90. pod wieloma względami nie zestarzały się najlepiej, a oglądanie ich adaptacji też bywa niekiedy frustrującym doświadczeniem. Problemów jest tu zresztą całkiem sporo – od dosyć jednowymiarowych bohaterów, przez specyficzną kreskę, aż po dobór historii i tempo jej prowadzenia. Mało który fan „Dragon Ball Z” decyduje się współcześnie na obejrzenie całej oryginalnej produkcji (lub nawet nieco krótszego „Dragon Bal Kai”), bo długie przestoje między momentami żwawszej akcji i ciągnąca się niemiłosiernie fabuła potrafią wynudzić nawet najtwardszych widzów. Z kolei osoby mające za sobą tylko seans anime potrafią się czasem zdziwić, że mamy tu do czynienia z dosyć krótkim komiksem, którego pojedyncze rozdziały liczą po zaledwie kilka stron.

Z mangą „Pretty Guardian Sailor Moon” problem jest trochę inny i zahacza się bardziej o przestarzałość podejmowanych tam tematów oraz oldschoolowość rysunków. Naoko Takeuchi potrafi swoimi ilustracjami nieomal urzeczywistnić magię, z której korzystają jej Czarodziejki. Ale nie ma sensu ukrywać, że jej styl jest głęboko osadzony w czasach, kiedy tworzyła. Współczesne czytelniczki shojo mang często będą miały problem z zaakceptowaniem takiej estetyki czy schematycznego sposobu prowadzenia fabuły.

Dlatego też seans silnie wzorującego się na komiksie „Pretty Guardian Sailor Moon Eternal: The Movie” jest tak dziwnym doświadczeniem.

Mamy tutaj do czynienia z tegoroczną produkcją, która w Japonii trafiła nawet do kin (Netflix wykupił tylko prawa do międzynarodowej dystrybucji), a mimo to oglądając obie części filmu, ma się wrażenie, jakby ktoś przeniósł nas w czasie. Wszystko poza płynnością animacji i jakością obrazu jest tutaj jakby żywcem wyrwane z lat 90. Nie brzmi tak źle? Zapewne, ale tylko pod warunkiem, że myśli się o tamtejszych japońskich animacjach z dużą nostalgią.

Bo w rzeczywistości oglądanie „Pretty Guardian Sailor Moon Eternal: The Movie” jest bardzo męczące. To po prostu nie jest ciekawa historia, która w dodatku zostaje widzom przedstawiona w sposób okropnie schematyczny i powtarzalny. Warto w tym miejscu wspomnieć, że produkcja dostępna na Netflix Polska to tak naprawdę 4. sezon serialu „Pretty Guardian Sailor Moon Eternal”, czyli swoistego rebootu oryginalnego anime, ale znacznie bardziej powiązanego z wydarzeniami pokazanymi w komiksie. Coś na kształt „Fullmetal Alchemist: Brotherhood”.

Fabuła dwuczęściowego filmu obejmuje treść czterech tomów mangi wydawanych pierwotnie w latach 1995-96. I to niestety czuć przez cały seans. Prawda jest taka, że Usagi Tsukino i Chibiusa Tsukino to nie są przesadnie współczesne bohaterki. W głowie jest im tylko miłość, małżeństwo z ukochanym, książęta na białych koniach ratujący z opresji niewinne damy i zakupy. Oczywiście spełniają się w ratowaniu świata jako Czarodziejki, ale oglądanie tego na ekranie nie jest nawet szczególnie ciekawe. Pokazywanie Sailorek jako ikon feminizmu być może działało w latach 90., ale współcześnie już zdecydowanie nie. A niestety, tych kilka bohaterek „Czarodziejki z Księżyca”, które z dzisiejszej perspektywy wypadają ciekawiej, w obu filmach odgrywa rolę absolutnie marginalną. Fanki i fani Sailor Mars, Sailor Pluto czy duetu Sailor Uranus i Sailor Neptune tak naprawdę nie mają tu czego szukać.

Akcja nowej „Sailor Moon” toczy się w ślimaczym tempie, a sceny walki nie mogłyby być bardziej statyczne.

Szczególnie mocno z tych powodów cierpi pierwsza część, która polega na starciach pojedynczych Czarodziejek z grupą przeciwników z Cyrku Martwego Księżyca. Każda z tego typu sekwencji przebiega w ten sam sposób. Bohaterka zaczyna wątpić swoje umiejętności, napotyka zamaskowanego wroga, wpada w jego pułapkę, przegrywa, ale w ostatniej chwili dzięki wewnętrznej sile i pomocy przyjaciela wstaje. Po czym przemienia się i ostatecznie zwycięża. W ciągu godziny twórcy powtarzają to dokładnie cztery razy bez choćby delikatnej zmiany schematu. W pojedynczych rozdziałach komiksu wydawanych pierwotnie z pewnym odstępem czasowym to aż tak nie raziło, ale tutaj sprawia fatalne wrażenie.

W drugim filmie akcja nieco przyspiesza, ale wciąż mamy do czynienia z bardzo dziecinną opowiastką. Scenarzyści nie podejmują żadnej próby, by choć trochę uczłowieczyć przeciwniczkę Sailorek lub nadać jej jakiejś ciekawszej cechy charakteru. Nic takiego nie ma miejsca, a ponieważ sceny walki w obu filmach ograniczają się do pokazania sceny przemiany Czarodziejki, wykrzyczenia przez nią ataku i łatwego zwycięstwa, to trudno się tym przesadnie ekscytować.

Należy więc zadać sobie bardzo zasadne pytanie. Skoro warstwa społeczna „Czarodziejki z Księżyca” źle się zestarzała, charakterystyka większości bohaterów i antagonistów jest okropnie jednowymiarowa, fabuła zmierza powolnym krokiem do przewidywalnego końca, a sceny suspensu i akcji są powtarzane w kółko według identycznego schematu, to dlaczego właściwie warto obejrzeć „Pretty Guardian Sailor Moon Eternal: The Movie”? I jakim cudem zrobić to z prawdziwą przyjemnością? Nie znam na to odpowiedzi. Jedynie osoby wciąż absolutnie zakochane w oryginalnej historii z komiksu i regularnie do niego wracające będę czerpały satysfakcję z tego przeniesienia znanej im opowieści na mały ekran. Cała reszta widzów powinna raczej unikać dostępnego na Netfliksie filmu. W ten sposób łatwiej będzie im zachować wiarę, że „Czarodziejka z Księżyca” w 2021 roku bawi równie dobrze jak w latach 90. Bo, mówiąc szczerze, to po prostu nieprawda.