1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Podobno „Śniegu już nigdy nie będzie” to najlepszy film Małgorzaty Szumowskiej. Czyżby?

śniegu już nigdy nie będzie recenzja film szumowska premiera

Śmiać się z kogoś, a jednocześnie wykazać się zrozumieniem i empatią nie jest wcale łatwo. Znacznie prościej dać się skusić, poużywać sobie, popaść w skrajność; na polu przesady szyderstwo i satyra sprawdzają się bodaj najlepiej. Małgorzata Szumowska i Michał Englert w filmie „Śniegu już nigdy nie będzie” proponują satyrę być może mniej atrakcyjną w aspekcie rozrywkowym, ale przy okazji bardzo dojrzałą: w ich krytycznym spojrzeniu jest sporo czułości i wyrozumiałości.

Naczekaliśmy się. Nowa produkcja Małgorzaty Szumowskiej i Michała Englerta walczyła o Złotego Lwa na Festiwalu Filmowym w Wenecji w ubiegłym roku. „Śniegu już nigdy nie będzie” miało też rywalizować o Oscara. I choć dotychczas film nie został uhonorowany żadną prawdziwie prestiżową nagrodą, to spotkał się przecież z bardzo ciepłym przyjęciem zagranicznych krytyków. Słusznie, jest to bowiem nie tylko najlepszy obraz w dorobku reżyserki, lecz także, tak po prostu, znakomity film oferujący unikatowe (jak na standardy polskiego kina) przeżycia. I wreszcie wchodzi na ekrany rodzimych kin.

Żenia to skromny przybysz z Ukrainy, który ma olbrzymi talent: jest znakomitym masażystą, a przy okazji hipnotyzerem i wdzięcznym słuchaczem; wszyscy go uwielbiają. Ci „wszyscy” to uprzywilejowani, dobrze usytuowani właściciele domów na jednym z podwarszawskich strzeżonych osiedli. Żenia dzień po dniu wstaje z samego rana, wkracza na to osiedle i odwiedza jego mieszkańców, którzy z entuzjazmem korzystają z usług mężczyzny: czarodziejskich dłoni. Przybysz jest postawny, przyjazny, wydaje się też godny zaufania; szybko staje się powiernikiem bolączek trapiących swoich klientów. Zdają się widzieć w nim terapeutę wielowymiarowego, który uwolni od napięcia nie tylko ich ciała, lecz także umysły. Co ciekawe, bohaterowi towarzyszą wydarzenia i okoliczności, które można określić mianem nadprzyrodzonych.

W „Śniegu już nigdy nie będzie” przeplata się kilka tematów, z których część potraktowana jest nieco zbyt pobieżnie i gubi się gdzieś przed końcem.

Jednak to, nad czym twórcy pochylają się z uwagą, wypada naprawdę dobrze, jak choćby wizerunek przedstawicieli klasy wyższej, którzy tylko pozornie mają wszystko, w istocie jednak czują się samotni, niespełnieni, często nieakceptowani. Kontrastujący z nimi Żenia to ktoś, kogo z jednej strony traktują protekcjonalnie, z drugiej zaś – widzą w nim odpowiedź na potrzebę duchowości, inspirację, szansę, bezpieczną przystań, oparcie. Postać Żeni owiana jest atrakcyjną tajemnicą; również dla widza, który co i rusz otrzymuje kolejne niejasne przesłanki dotyczące przeszłości i zdolności bohatera.

Świetnie wypada satyra na wyższą klasę średnią, a to właśnie za sprawią empatii twórców, o której wspominałem wcześniej. Jest tu sporo złośliwości, owszem, ale i ciepła, zrozumienia, czy w końcu: prawdy. Twórcy przyznali zresztą, że w pewnym sensie opowiadają o ludziach podobnych do tych, których znają, w tym do nich samych – i również z siebie samych się tu śmieją. Wnikliwie przyglądają się pozorom bezpieczeństwa; ludziom, którzy walczą o utrzymanie pozorów idealnego życia, jednocześnie uginając się pod ciężarem własnych, bardzo przyziemnych utrapień. Szkoda, że charakterologiczne szkice bohaterów są bardzo nierówne; część z nich to, niestety, wyłącznie karykatury, zlepek stereotypów.

„Śniegu już nigdy nie będzie” jest też przy okazji wizualnym arcydziełem. Twórcy samym obrazem potrafią podbić oniryczność poszczególnych segmentów. Zręcznie żonglują konotacjami. Metafizyczny wymiar hipnotyzuje kadrami, scenografią, muzyką, a nawet zbliżeniami na nieprzeniknioną twarz Żeni, czyli znanego ze „Stranger Things” Aleca Urgoffa, który okazał się castingowym strzałem w dziesiątkę.

Niestety, twórcom nie udało się uniknąć dość łopatologicznego dydaktyzmu (przekaz ekologiczny), a scenariusz momentami wydaje się dziwnie poszatkowany. Film najlepszy jest tam, gdzie odważa się odpłynąć w dziwaczniejsze rejony i odchodzi od realizmu; świetnie wypada też humor i całe to ironiczne (czy momentami: autoironiczne) zacięcie. Jako krytyka współczesności film potyka się czasem o kłody banału, by zaraz trafić w sedno nieoczywistym spostrzeżeniem. Jeśli jednak miałbym wskazać największą jego siłę, powiedziałbym, że jest nią tajemnica. Fascynująca i pochłaniająca. Jedna z tych, które musimy odkryć samodzielnie.

Powiadają, że lepszego filmu Małgorzaty Szumowskiej już nigdy nie będzie. Nie podpisuję się pod tym, ale rozumiem, co uczczypliwcy mają na mysli.