Dramy  /  Opinia

Olga Tokarczuk pod ostrzałem prawicy. Czytelnicy oddają książki, których nie mają, a najmocniejszy cios wyprowadza Stanisław Lem

Picture of the author

Olga Tokarczuk od lat jest jednym z największych wrogów prawicowej inteligencji. Dlatego nie dziwi zorganizowana przeciwko niej nagonka, w skład której wchodzi akcja #OdeślijOldzeKsiążkę. Ale wyciąganie przeciwko niej cytatu Lema sprzed 20 lat to już szczyt absurdu.

Afera wybuchła na skutek dwóch osobnych wydarzeń, w które zamieszana była Olga Tokarczuk. Laureatka Literackiej Nagrody Nobla dołączyła do rady organizacji Equaversity Foundation działającej na rzecz środowiska LGBT+ (jak wiadomo, według prawicy osobom nieheteronormatywnym nic w Polsce nie doskwiera), a także udzieliła wywiadu włoskiej gazecie „Corriere della Sera”. Rozmowa dotyczyła braku wystarczająco mocnej reakcji ze strony Unii Europejskiej zarówno na działania reżimu na Białorusi jak i polskiego rządu w sprawach aborcji i dyskryminacji. Problem w tym, że opatrzono ją bardzo niefortunnym tytułem „Białoruś jak Polska: płaci za opieszałość Europy”. I się zaczęło.

Dla prawicowych dziennikarzy i publicystów nie miało żadnego znaczenia, że takie zestawienie nie pada bezpośrednio z ust Olgi Tokarczuk. Czy polska pisarka buduje jakąś analogię między władzą na Białorusi i w naszym kraju? Do pewnego stopnia tak, choć bardziej w kontekście opieszałości instytucji europejskich. Nie jest nowością fakt, że część rodzimej inteligencji lubi w kontekście obecnej władzy sięgać po bardzo mocne porównania i hiperbolę. Natomiast rozmowa noblistki z włoskim dziennikiem nie uprawnia nikogo do pisania: „Olga Tokarczuk szkaluje Polskę”. Takie zdanie po prostu nie ma nic wspólnego z rzeczywistością.

Olga Tokarczuk nie od dziś jest persona non grata dla prawicy. Ale takie absurdy jeszcze nie były grane.

Przeciwko pisarce zorganizowano internetową akcję #OdeślijOldzeKsiążkę (czasem oznaczaną też hashtagiem #OddajOldzeKsiążkę), która miała chyba w założeniu doprowadzić do masowych protestów niezadowolonych czytelników. Szybko pojawił się jednak pewien kłopot. Niespodziewanie okazało się, że osoby krytykujące Olgę Tokarczuk nie mają żadnych jej książek. Bo przecież od lat jej nie lubią i w sumie dlaczego mieliby kupować pisane przez nią powieści i opowiadania? Z tego powodu Twittera zalała fala dumnych wpisów o oddawaniu książek, których się nawet nie ma.

Podobne tweety można by jeszcze długo mnożyć, a wszystkie są utrzymane w identycznym tonie. Olga Tokarczuk jest antypolska, lewacka i bardzo chciałoby się ją zbojkotować, ale w sumie to odsyłamy książki-widmo. Sensu w tym niewiele, a całość wypada dosyć śmiesznie. Widać zresztą wyraźnie, że wszystkie te osoby budują swoją niechęć do Tokarczuk tylko na gruncie jej wypowiedzi publicznych. Bo gdyby sięgnęli po takie tytuły jak „Bieguni” czy „Prawiek i inne czasy” zapewne zostaliby mocno zaskoczeni. Olga Tokarczuk jest bowiem pisarką o bardzo konserwatywnym stylu, a intelektualnie odwołującą się do wielu idei niekoniecznie najświeższych. Po lekturze jej książek nikt się raczej nie bierze za organizowanie rewolucji.

Dla oburzonych nie ma to jednak znaczenia, bo skoro nawet Stanisław Lem jest po ich stronie, to wygraną mają w kieszeni. Prawda?

Nie sposób opisać radości, która zapanowała w prawicowych szeregach, gdy ktoś w końcu wygrzebał poświęcony Tokarczuk cytat z kultowego autora powieści fantasy. Opinia pochodzi z książki „Tako rzecze Lem” wydanej pierwotnie w 2002 roku (sama rozmowa odbyła się rok wcześniej) i raczej pisarki wówczas nie ucieszyła. Bo Stanisław Lem wynudził się na śmierć, czytając jej eseistyczną książkę „Lalka i perła” i nie wahał się o tym otwarcie powiedzieć.

Czy czyni to z Tokarczuk słabą pisarkę? A tym bardziej, czy w jakikolwiek sposób neguje jej słowa o dyskryminacji osób LGBT+ oraz barbarzyństwie antyaborcyjnych ustaw? Dlaczego osoby o poglądach prawicowych na podstawie jednej wypowiedzi dotyczącej konkretnej książki uznały Stanisława Lema za swojego sprzymierzeńca? Odpowiedź na pierwsze dwa pytania jest dosyć jasna, ale trzecie stanowi pewną zagwozdkę. Najwyraźniej jednak potrzeba posiadania po swojej stronie przynajmniej jednego uznanego nazwiska (tak nawiasem mówiąc, kilka książek Lema można by podsumować podobnie jak on „Lalkę i perłę”) przeważyła nad logiką i sensem.

W taki oto sposób kręci się nasza kulturalno-ideologiczna wojenka, której końca nie widać. A szkoda, bo liczba absurdów, które padły w trakcie obecnej dyskusji o Oldze Tokarczuk, Białorusi i pełzających autorytaryzmów w Europie, jest olbrzymia. Trudno jednak spodziewać się inteligentnej i opartej na faktach dyskusji, skoro obie strony usadowiły się na zajętych dawno pozycjach. I tylko Lema przeniesiono o 20 lat do przodu. Kto jak kto, ale autor science fiction powinien być z tego zadowolony.