1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Sailorki były kulturowym meteorem. Tak „Czarodziejka z Księżyca" zaczarowała Polskę lat 90.

sailor moon czarodziejka z ksiezyca netflix film
110 interakcji
dołącz do dyskusji

— Ten serial był jednym z wielu „ambasadorów kultury ze świata zewnętrznego”, takim spadającym „kulturowym meteorem”, jednym z bardzo wielu w tamtym okresie, które przebijały się przez naszą homogeniczną bańkę kulturową w której żyliśmy dotąd zamknięci i zwiastowały zmiany — mówi w rozmowie z Rozrywka.Blog Paweł „MrJedi” Musiałowski, twórca magazynu „Kawaii”.

Kiedy tylko pojawiły się pierwsze informacje o nowym filmie z uniwersum „Czarodziejki z Księżyca”, milenialsów przeszedł przyjemny dreszcz nostalgii. Anime z Usagi i spółką kojarzy się wielu osobom z beztroskim dzieciństwem, ale było też pierwszym zetknięciem ze wschodnią kulturą. To było coś więcej niż zwykła animacja. Teraz te wspomnienia znów odżywają.

Nowy film z „Czarodziejką z Księżyca” może być dla widzów sentymentalną zagwozdką.

Na Netfliksie już możemy oglądać dwuczęściowy film zatytułowany „Pretty Guardian Sailor Moon Eternal: The Movie”. Dla widzów nie czytających mangi i nie oglądających klasycznego anime może być niezrozumiały.

To tak naprawdę czwarty sezon „Sailor Moon Crystal”, który zamiast normalnych odcinków otrzymał pełnometrażowa kontynuację, a prawa do dystrybucji wykupił właśnie Netfliks. Niestety na razie tylko do tych dwóch filmów.

„Sailor Moon Crystal” to z kolei nowa adaptacja mangi „Czarodziejka z Księżyca” z okazji dwudziestolecia wydania. Matką Sailorek jest Naoko Takeuchi, która w 1991 roku stworzyła jeden z najbardziej wpływowych komiksów w historii.

„Kryształowa” seria anime ruszyła w 2015 roku i dostała uwspółcześnioną animację wzbogaconą o CGI, nowe piosenki i mniejsze lub większe zmiany w niektórych wątkach. To wciąż jednak niemal ta sama historia i bohaterowie znani z oryginalnej mangi, a tym samym i klasycznego serialu, który mogliśmy oglądać ponad dwie dekady temu na Polsacie.

O tym, jaki wpływ na rozwój popkultury miały Sailorki, a także jak w sumie trafiły nad Wisłę, rozmawiam z człowiekiem, który również przyczynił się do popularyzacji kultury japońskiej w Polsce. Paweł Musiałowski, znany lepiej jako MrJedi, był inicjatorem i wieloletnim naczelnym „Kawaii” i „Mangazynu”. Pisał także m.in. w „CD-Action”.

Na Netfliksie miał właśnie premierę najnowszy film kinowy z serii „Sailor Moon”, animacja znana u nas również jako „Czarodziejka z księżyca”. Jest to kolejna odsłona tej klasycznej już serii. A wszystko zaczęło się w latach 90. od serialu telewizyjnego, składającego się z 5 sezonów i ogółem 200 odcinków. Lubiłeś go oglądać?

Myślę, że słowo „lubiłem” jest zbyt ubogie znaczeniowo, aby oddać złożoność fenomenu, jakim była dla nas japońska animacja w latach 90. W tym oczywiście „Czarodziejka z księżyca”. To była nie tyle kwestia „lubienia”, co szok kulturowy, spowodowany zetknięciem się z zupełnie nowym, świeżym dla polskiego odbiorcy, zjawiskiem. A „Sailor Moon” („Bishōjo senshi Sailor Moon”) odegrała kluczową rolę w tym procesie, gdyż to właśnie ten serial zainicjował boom na japońską popkulturę w Polsce.

A stało się tak dlatego, że serial ten trafił do nas w odpowiednim momencie, miał w sobie odpowiedni potencjał, ale też miał szczęście, jeśli można tak to określić. Pamiętajmy, że przed „Sailorkami” (bo i tak je potocznie nazywaliśmy) przewinęło się przez polską telewizję wiele seriali produkcji japońskiej, ale ze względu na brak świadomości o kraju ich pochodzenia i brak możliwości organizacyjnych, seriale te nie zainicjowały większego „ruchu fanowskiego” wokół japońskiej popkultury, mimo że były bardzo popularne. Zwyczajnie nikt nie miał u nas pojęcia (poza jednostkami), że w ogóle istnieje coś takiego jak japoński komiks i animacja. To jest jednak o wiele szerszy temat na inny raz.

Serial „Sailor Moon”, jak wspomniałem, trafił do nas w odpowiednim momencie, gdy Polska otwierała się na świat i była go głodna. Ta animacja, przeznaczona w gruncie rzeczy dla 12-14-letnich dziewczynek, była u nas oglądana przez obie płcie, a wiek widzów, miłośników tego serialu, wahał się w przedziale od 12 do 30 roku życia. Oczywiście, byli też młodsi i starsi, ale mówimy o zdecydowanej większości. To był fenomen.

Działo się tak nie tylko dlatego, że było to coś nowego i świeżego, to rzecz jasna też, ale też dlatego, że w tym prostym serialu mieliśmy wiele wątków obyczajowych, dzięki którym mogliśmy poznać wiele elementów codziennego funkcjonowania Japonii lat 90. I to było diabelnie fascynujące! No i oczywiście sama formuła i animacja, które były dla przeciętnego polskiego widza z tamtych czasach szokiem estetycznym.

Fot. film Sailor Moon / Netflix

Ten serial był jednym z wielu „ambasadorów kultury ze świata zewnętrznego”, takim spadającym „kulturowym meteorem”, jednym z bardzo wielu w tamtym okresie, które przebijały się przez naszą homogeniczną bańkę kulturową, w której żyliśmy dotąd zamknięci, i zwiastowały zmiany. Te wytwory innych kultur spotykały się zarówno z entuzjastycznym przyjęciem, jak i agresją wynikającą ze strachu przed nowymi zjawiskami. A japoński komiks i animacja były wtedy na pierwszej linii frontu i miały istotny wpływ na proces otwierania naszych umysłów na różnorodność kulturową świata zewnętrznego. Świata, który był dla nas dotąd niedostępny, a teraz pukał do naszych drzwi.

Tak można, moim zdaniem, podsumować w skrócie fenomen tego serialu, który zresztą miał swój udział w popularyzacji Japonii na całym świecie. Bo jedno pociągało drugie. Młody człowiek najpierw interesował się komiksem i animacją, a zaraz potem miejscem jego pochodzenia, krajem, kulturą, twórcami. To był naturalny proces. A zatem, wracając do pytania: nie tyle lubiłem oglądać ten serial, co byłem częścią tego fascynującego zjawiska i z fanowskim entuzjazmem chłonąłem wszystko, co było związane z tym tematem.

Do tego momentu niewiele osób zdawało sobie sprawę, że szalenie popularna „Pszczółka Maja” i „Muminki”, to tak naprawdę anime.

Jeśli chodzi o produkcję animacji, tak. Animacja była w pełni japońska, choć pieniądze pochodziły z zagranicy, w przypadku „Pszczółki Mai” z RFN i Austrii, a w przypadku „Muminków” z Finlandii, Holandii i Francji. Taki model koprodukcji jest zresztą bardzo często spotykany współcześnie, choć wtedy to nie był standard.

Dorzuciłbym do tego jeszcze klasyczny serial „Biały Delfin Um” („Oum le dauphin blanc”), tutaj z kolei miała miejsce koprodukcja z Francją. Tak też wyprodukowano chociażby sławny pierwszy animowany film pełnometrażowy „Ghost in the Shell”, ale to już były zupełnie inne czasy. Jeśli natomiast chodzi o lata 80. XX wieku, częściej pojawiały się u nas anime „z drugiej ręki”, tzn. kupowane przez zachodniego dystrybutora były często przemontowywane, w pełni dubbingowane i czyszczone z wszelkich elementów (napisy, czołówki, itp.), które wskazywałyby na ich faktyczne miejsce pochodzenia.

Oglądaliśmy więc te seriale najczęściej nie zdając sobie sprawy, że mamy do czynienia z japońską animacją, a w naszej świadomości egzystowały one jako „twory zachodnie”. Przykładowo: pamiętacie serial „Wojna Planet” (popularnie zwany „Załogą G”), emitowany u nas na przełomie lat 70. i 80.? To był międzynarodowy hit. I była to amerykańska przeróbka klasyka japońskiej animacji „Kagaku Ninjatai Gatchaman”.

Lista takich tytułów jest długa: „Cudowna podróż”, „D`Artagnan i Trzej Muszkieterowie”, „Dookoła świata z Willym Fogiem”, „Jackie i Nuka”, „Mała księżniczka”, „Pani Łyżeczka”, „Przygody Sindbada Żeglarza”, czy też nieco późniejszy „Teknoman” i wiele innych. Japońska animacja była również obecna w czasach PRLu w polskich kinach.

A czy to nie było tak, że chłopcy oglądali „Czarodziejkę” dla przemian „Sailorek”? Przynajmniej niektórzy. No wiesz, wcześniej w serialach animowanych w TV widok dziewczęcych kształtów w takiej formie był niespotykany.

To też (śmieje się). I to właśnie był ten szok kulturowy, o którym wspominałem, zderzenie dwóch odrębnych światów. Pamiętajmy, że w świadomości polskiego widza połowy lat 90. animacja była tylko dla dzieci i to najlepiej tych najmłodszych. Jeżeli miały miejsce wątki przeznaczone dla trochę starszego widza, to natychmiast pojawiał się zgrzyt. Nie wiedzieliśmy, co z tym fantem zrobić. Z jednej strony była więc ciekawość i entuzjazm, a z drugiej – strach przed nieznanym.

No właśnie, nie wszyscy mieli do tego zjawiska pozytywne nastawienie. Powiedziałbym nawet, że miała w tych czasach miejsce medialna nagonka na japoński komiks i animację.

Tak, to mechanizm bardzo dobrze znany w psychologii. Niewiedza o nowym zjawisku jest przyczyną strachu. Strach natomiast przeradza się w nienawiść. Demonizujemy nieznane nam zjawiska, aby uzasadnić swoją agresję – werbalną, niewerbalną, prawną. Demonizujemy to czego nie znamy, czego się boimy i automatycznie uznajemy to za wrogie i niebezpieczne. Tak działa nasza psychika.

Wywodzi się to z naszego prymitywnego mechanizmu przetrwania. Tak działa hejt, rasizm, ksenofobia, homofobia, transfobia – czyli ogólnie: mechanizm nienawiści. I to też spotkało m.in. japońską popkulturę w latach 90. Musiało minąć wiele lat, zanim opadł kurz i znaleziono sobie inne medialne ofiary, bo powiedzmy sobie szczerze, problem nie zniknął. A problemem nigdy nie była japońska popkultura, lecz nasz brak elementarnej wiedzy i samozastanowienia nad swoim postępowaniem. Wciąż popełniamy te same błędy.

Mieliśmy już wtedy (cały czas jesteśmy w połowie lat 90.) amerykańskie Cartoon Network, znaliśmy też „Wilka i zająca” z ZSRR (śmiech), ale skąd tak naprawdę wzięła się ta Japonia w naszej codzienności? Już wtedy panowała na nią moda na świecie? Kto wpadł na pomysł, by kupić licencje na anime do polskich kanałów TV? Była Polonia 1 z całą masą japońskich tytułów, nagle pojawiły się „Sailorki” na Polsacie, skąd to się wszystko wzięło?

Na Zachodzie już wtedy szalała moda na japońską popkulturę, więc siłą rzeczy pozycje anime pojawiały się w pakietach programowych. Można było często po prostu kupić anime w pakiecie z innymi programami telewizyjnymi. Polonia 1 była trochę innym przypadkiem, gdyż została założona przez włoskiego biznesmena Nicolę Grauso i została do nas przeniesiona z „dobrodziejstwem inwentarza”. Anime po prostu już było w ramówce tego kanału, więc zadziałało to niejako „z automatu”, wystarczyło to tylko przetłumaczyć.

Przypadek Polsatu był inny. Stacja kupiła „Czarodziejkę z Księżyca” we wspomnianym pakiecie, nie zdając sobie sprawy z potencjału tej produkcji, więc ostatecznie mimo wielkiego sukcesu, nikt go w Polsacie tak naprawdę nie wykorzystał. Być może wynikało to z ogólnej niechęci mediów do tego tematu w tamtym okresie, tego nie wiemy.

Fani serialu jednak dali się porwać i prężnie działali. To była mała, popkulturowa rewolucja. I to właśnie za sprawą „Sailorek” powstał pierwszy fandom mangi i anime w Polsce, zaczęły wychodzić magazyny o japońskiej popkulturze, w tym „Kawaii”, powstawały wydawnictwa mangowe. I choć możliwości były wtedy bardzo ograniczone, to był prawdziwy wulkan fanowskiego entuzjazmu.

Fot. film Sailor Moon / Netflix

W tamtych czasach powstało też wiele fanklubów, ale żaden nie przetrwał do dziś. Z czego to może wynikać? Czy nowe „sailorkowe produkcje” mogą coś tu zmienić?

Nowe produkcje spod znaku „Sailorek” są moim zdaniem już tylko odcinaniem kuponów. Owszem, są przyjemne dla oka, sympatyczne, ale nie rewolucyjne, więc niczego nie zmienią. To naturalny proces i w sumie nie ma w tym nic złego, nie można wszak oczekiwać, że każda produkcja będzie rewolucyjna.

Fankluby w tym przypadku, jak się okazało, były zjawiskiem ściśle związanym z boomem na japońską popkulturę w tym konkretnym okresie, gdyż były ważnym ogniwem w procesie dzielenia się informacjami i materiałami dotyczącymi nowego zjawiska. Jednak gdy tylko Internet zaczął wchodzić pod polskie strzechy, wszystkie te przedsięwzięcia rozpłynęły się pomiędzy masą forów, kanałów dyskusyjnych i później mediów społecznościowych, bo sieć była po prostu rozwiązaniem znacznie bardziej efektywnym.

A gdzie się podziali ci wszyscy fani z lat 90.? Dlaczego nie ma ich obecnych na konwentach i w życiu współczesnego fandomu?

Myślę, że to dość charakterystyczne dla fandomu anime w Polsce. Wystarczy przejechać się na konwenty na Zachodzie Europy, aby się przekonać, że tam biorą w tym udział całe rodziny, pokolenia fanów. I nie dotyczy to tylko japońskiej popkultury. U nas bardzo brakuje tego zjawiska.

Widzimy ciągły napływ młodych fanów i jednocześnie obserwujemy stały odpływ tych starszych, którzy w pewnym wieku po prostu przestają być aktywni. Sam się zastanawiam, skąd w nas tyle zniechęcenia. To duża strata, dla wszystkim, bo brak tej naturalnej, międzypokoleniowej wymiany wiedzy i doświadczeń, bardzo nas zubaża.

Fot. film Sailor Moon / Netflix

Dlatego właśnie wydaje mi się, że Netfliks robi dobrą robotę w jeszcze większej popularyzacji anime.

Na pewno popularyzuje temat, ale też nie daje dostępu do wszystkiego. Netflix może być więc dobrym początkiem dla nowego w temacie widza, ale większości perełek i naprawdę wartościowych tytułów ze skarbnicy anime później i tak będziemy musieli szukać na własną rękę. Ten przemysł jest potężny, ma do zaoferowania mnóstwo wartościowych rzeczy i jedna platforma tego wszystkiego nie udźwignie. Ale, oczywiście, to fantastyczne, że anime jest tak łatwo dostępne i to jest wielki atut Netfliksa.

Rynek, ale i podejście do mangi i anime w Polsce, też bardzo się zmieniło. Nigdy nie wysłałem listu do „Kawaii”, ale czytałem listy innych Czytelników i pamiętam, jak ludzie narzekali na brak akceptacji swojego hobby. Teraz już chyba nikt się tego nie wstydzi, a my możemy bez skrępowania rozmawiać o tym na dużym portalu.

Oczywiście, wiele się zmieniło w tym temacie, bo i od połowy lat 90. minęło sporo czasu – to już dwie i pół dekady. Już na początku millenium ten rynek był w Polsce zupełnie inny i już wtedy stał się mainstreamowy. My w latach 90. byliśmy pionierami, przecieraliśmy szlak.

Chcieliśmy, aby japoński komiks i animacja stały się czymś powszechnie dostępnym, nie braliśmy jednak pod uwagę, że wraz z większą komercjalizacją i dostępem, będziemy musieli również coś poświęcić – to dodające skrzydeł unikalne uczucie odkrywania czegoś nieznanego. Dzisiaj japoński komiks i animacja są powszechnie dostępne, ale i też nie wzbudzają już takiej gorączki jak w tamtych pionierskich latach. I to jest OK i to jest naturalne, bo w życiu pewna jest tylko jedna rzecz – zmiany.

Fot. Pierwszy numer „Kawaii” / Materiały prasowe

Jednym z takich „pionierów przecierających szlak” był magazyn „Kawaii”. Przypomnij nam, jak to się zaczęło i czy wtedy spodziewałeś się, w jakim to kierunku powędruje?

Zaczęło się to od „rubryki mangowej”. Magazyn „Secret Service” miał „Manga Room”, a ja tworzyłem „Mangazyn” w czasopiśmie „PC Shareware”. I ten dział właśnie przerodził się w samodzielne czasopismo, którego pierwszy numer ukazał się w czerwcu 1997 roku. Oprócz „Kawaii” stworzyłem też później „Mangazyn”, który właśnie nawiązywał do nazwy rubryki.

Oczywiście, nikt z nas jednak wtedy nie wiedział, jak to się rozwinie. Wiedzieliśmy za to, że to jest gorący, fascynujący temat i szliśmy na żywioł. Na pewno był w tym ogromny potencjał, bo inaczej wydawca nie pozwoliłby mi zrobić pełnoprawnego magazynu. (śmiech)

On podchodził do tego od strony biznesowej, ja fanowskiej, ale wszyscy czuliśmy, że to ma szansę się rozwinąć. To też była specyfika polskich lat 90., to był okres burzliwych przemian i wszyscy parliśmy naprzód w nieznane, nie mając pewności, dokąd nas to zaprowadzi; mieliśmy jakąś tam ogólną wizję przemieszaną z marzeniami o lepszej przyszłości i wiedzieliśmy, że przed nami jest tylko jeden kierunek – naprzód.

Główne wydanie „Kawaii” spadło z rynku w 2003 roku, ale powróciło w 2018. Niestety pech chciał, że wybuchła pandemia, która mocno uderzyła w rynek magazynów drukowanych. Czy istnieje szansa na wznowienie wydawania tego niezwykłego dla wielu magazynu?

To jest jedna wielka niewiadoma. Magazyn „Kawaii” leży na półce w archiwum wydawnictwa i czeka na nowy impuls.

Może film z „Sailorkami” na Netfliksie to zmieni?

I to na pewno nie jest ten impuls. (śmiech)

Fot. Ostatni numer „Kawaii” / Materiały prasowe

A jakie masz zdanie na temat k-kopu? Ta muzyka znów wywołała szał na Koreę Południową.

W Japonii k-pop i koreańskie dramy (ogólna nazwa na koreańskie seriale – red.) są bardzo popularne i to nie od dziś, więc to wszystko bardzo płynnie się przenika. W dzisiejszych czasach młody fan japońskiej popkultury bardzo łatwo więc nawiązuje nić porozumienia z koreańską popkulturą i to jest fascynujące.

Jeśli natomiast chodzi o moje upodobania, nie mam zdania na temat k-popu, bo nie jestem „targetem” i myślę, że nigdy nie będę. (śmiech) Zdaję sobie jednak sprawę z istnienia tego zjawiska i zerkam na nie przychylnym okiem, ale nie wzbudza we mnie głębszego zainteresowania.

Prowadzisz też blog i kanał na YouTube pod nazwą „Japonia oczami fana”. Ostatnio jednak rzadko coś wrzucasz. Czy to jest spowodowane pandemią?

Cóż, pandemia pokrzyżowała wiele planów, nie tylko moich. Liczba wrzucanych na kanał JOF filmów jest uzależniona od intensywności mojego podróżowania po Japonii, bo formuła tego cyklu bazuje na filmach nakręconych na miejscu w Kraju Parującego Ryżu. (śmiech)

Pandemia była przyczyną zamknięcia granic, a tuż przed nią prace nad reaktywowanym magazynem „Kawaii” skutecznie przykuły mnie do biurka, więc faktycznie przez ostatnie trzy lata nie nagrałem żadnych nowych materiałów i wrzucam tylko pozostałości jeszcze niepublikowanych, starych nagrań. Jednak to się wkrótce zmieni, bo Japonia powoli przymierza się do otwarcia granic. To tylko kwestia czasu.

Myślę, że na początku 2022 roku znowu wyruszę z kamerą odkrywać ten kraj i podzielę się doświadczeniami z widzami, tak jak to czyniłem dotąd. Zamierzam jednak odświeżyć formułę filmów (jak i samego bloga) i nadać jej większego dynamizmu. Już zbieramy ekipę w której skład wchodzą m.in. osoby znane z łamów „Kawaii” i uzbrojeni w kilka kamer będziemy nagrywać i na bieżąco komentować swoje nowe japońskie przygody, które – myślę – rozpoczniemy na wiosnę przyszłego roku, gdyż liczymy, że już wtedy granice będą w pełni otwarte.

No dobrze, jarasz się nowym filmem z „Sailorkami”?

Nie. (śmiech) Ale pewnie jednym okiem na niego zerknę. Powiem bez bicia, że chętniej oglądam (japońskie) filmy aktorskie, zwłaszcza klasyki; choć nie tylko. Mam swoich ukochanych japońskich twórców filmowych, których dzieła oglądam w kółko, bo tak poza wszystkim, jestem też kinomanem, a japońska kinematografia jest obecna w moim życiu od zawsze.

Fot. Paweł Musiałowski / Archiwum prywatne

Owszem, w latach 90. i na początku wieku oglądałem też bardzo dużo anime, nawet więcej niż produkcji aktorskich, ale z czasem proporcje znowu się odwróciły. Jednak wciąż jestem zafascynowany tą kulturą – ta jedna rzecz nie zmieniła się od lat 90. I choć moje spojrzenie na Japonię na przestrzeni lat ewoluowało, okrzepło, to jednak nadal siedzi gdzieś we mnie ten szalony, rozentuzjazmowany fan, który wciąż ma wielką frajdę z odkrywania otaczającego go świata.