1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Nawet nowa Cruella kocha psy. Starzy złoczyńcy odchodzą do lamusa i to wcale nie jest dobrze

cruella film 2021

Disney kolejny raz po filmie „Czarownica” spróbował pokazać swoją niegdysiejszą antagonistkę w pozytywnym świetle. „Cruella” robi to lepiej, ale mimo to rodzi się pytanie: czy to wciąż ta sama postać? Bo jeśli nawet Cruella De Mon nie poluje na dalmatyńczyki, to co się stało z klasycznymi złoczyńcami?

Uwaga! Tekst zawiera drobne spoilery z filmu „Cruella”.

Między 1961 i 2021 rokiem na świecie zmieniło się wiele rzeczy, ale jedna na pewno pozostała w zasadzie bez zmian. Osoba polująca na niewinne zwierzęta i próbująca zrobić z nich futrzany płaszcz nie ma szans za zostanie ulubienicą widzów. Może tylko w tym sensie, że wszyscy oglądający uwielbiają jej nienawidzić oraz trzymać kciuki za jej niepowodzenie. Cruella De Mon nie była jednak pomyślana jako postać mająca wzbudzać uśmiechy na twarzach dzieci.

Pomysłodawczynią tej postaci jest angielska pisarka Dodie Smith, która w życiu prywatnym darzyła dalmatyńczyki olbrzymią miłością i pewnym momencie życia miała ich nawet dziewięć jednocześnie. Pomysł na „101 dalmatyńczyków” narodził się, gdy jedna z jej przyjaciółek na widok psów powiedziała, że nadawałyby się na piękny futrzany płaszcz. Smith dzięki mistrzowskiej wyobraźni przekształciła ten jeden komentarz w całą niezwykłą postać, która od lat aż do dzisiaj wzbudza przerażenie i obrzydzenie.

W każdej z trzech wcześniejszych wersji (książkowej, animowanej i aktorskiej z1996 roku, w której główną rolę zagrała Glenn Close) Cruella De Mon jest wytworną i zamożną kobietą, o czarno-białych włosach. Jest inteligentna i ma wyczucie stylu, ale charakteryzują ją też chciwość, okrucieństwo i autokratyczna postawa. W książce Dodie Smith poza planem przerobienia prawie setki szczeniaków na futrzane płaszcze bez najmniejszego poczucia wstydu przyznaje się też do regularnego topienia kolejnych miotów swojej perskiej kotki, gdy ta zachodzi w ciążę. W filmach ma ponadto bardzo wybuchowy charakter, który w oryginalnych „101 dalmatyńczykach” należałoby raczej nazwać podstępnym.

W tegorocznym filmie „Cruella” wszystkie te cechy albo znikają, albo nadaje się im pozytywnego kontekstu.

Młoda Estella (bo takie w tej wersji jest prawdziwe imię bohaterki) to pewna siebie, inteligentna i niezwykle utalentowana dziewczyna, która z nie swojej winy ma ciężkie życie. Nadal łamie społeczne normy, ale w tym wypadku chodzi o coś innego niż zabijanie szczeniaków i robienie z nich ubrań. Estella-Cruella zamiast tego buntuje się przeciwko męskiej dominacji, tłamszeniu kobiecego geniuszu oraz ustalonemu porządkowi, według którego doły społeczne nie mają prawa wspiąć się wyżej. Wszystko to są oczywiście cechy bohaterki pozytywnej a nie antagonistki.

Disney podobny schemat zastosował również wobec Maleficent ze „Śpiącej królewny”, z której w „Czarownicy” i „Czarownicy 2” zrobiono dzielną obrończynie uciśnionych. Co w zasadzie uczyniło z niej zupełnie inną osobę niemającą zupełnie nic wspólnego z animowaną sobą. W „Cruelli” Disney pozwolił scenarzystom na zachowanie przynajmniej pewnej skazy charakteru głównej bohaterki (nadal potrafi być nieprzyjemna i okrutna, choć teraz ogranicza się do ranienia słowami), co jest jakimś plusem. Natomiast nie wierzcie nikomu, kto twierdzi, że to młodsza wersja Cruelli De Mon. Bo po prostu nie ma szans, żeby ta Estella/Cruella mogła zmienić się kiedyś w tą polującą na dalmatyńczyki.

Psy są tutaj zresztą ważnym komponentem. Cruella De Mon nie może być dobra, jeśli rani zwierzęta. Dlatego kocha psy, a psy kochają ją.

W mediach wiele mówi się o tym, że we współczesnym świecie zwierzęta domowe pod pewnymi względami zastąpiły ludziom dzieci. Dbamy o nie tak jak kiedyś dbalibyśmy tylko o najbliższych członków rodziny i dla żadnego właściciela psa, kota, świnki morskiej czy jakiekolwiek innego pupila nie jest to niczym dziwnym. Oczywiście porównanie do posiadania dzieci wydaje się pod pewnymi względami przesadzone, ale trudno nie dostrzegać pewnej zmiany mentalności, która dokonała się w ostatnich 30 latach. Również dlatego, że nie pozostała ona bez wpływu na popkulturę.

Psy stanowią ważny element fabuły nowego filmu Disneya. Są bliskimi towarzyszami bohaterów, przyjaciółmi, członkami rodziny, a nawet wspólnikami w przestępstwach. Przy czym ich udział w łamaniu prawa jest przedstawiany inaczej, gdy chodzi o kradzieże czy wyciągnięcie kogoś z aresztu, a inaczej gdy sprawa tyczy się morderstwa. Niestety, nie można powiedzieć, żeby twórców „Cruelli” interesowało rozpoczęcie dyskusji o wykorzystywaniu zwierząt w takim kontekście. Nikt się aż tak głęboko takim zagadnieniem nie zainteresował. Jeżeli psy pomagają dobrym bohaterom, to widz ma się z tego cieszyć. A jeżeli antagonistce, to ma być zły i smutny. Więcej filozofii w „Cruelli” się nie kryje.

Nie muszę mówić, że Estella (a później też Cruella De Mon, po przyjęciu tej persony przez główną bohaterkę) należy do bohaterów dobrych. I dlatego wszystkie pięć psów odgrywających większą rolę w fabule produkcji na pewnych etapach jej pomaga. Disney przez krótki moment próbuje nabrać widzów, że odgrywana przez Emmę Stone bohaterka może mieć niecne zamiary wobec czworonogów, ale trwa to zaledwie kilkadziesiąt sekund. I naprawdę trudno to nazwać nawet dobrą fabularną zmyłką. Bo obecna (niepisana) zasada jest prosta i klarowna jak dzień: żaden pozytywny bohater hollywoodzkiego filmu nie może z własnej woli skrzywdzić zwierzęcia. „Cruella” bynajmniej jej nie narusza.

Chęć pogłębienia postaci jednowymiarowego złoczyńcy jest czymś dobrym. Ale Disney przecież tego nie robi.

Nie wszyscy klasyczni antagoniści filmów Disneya byli równie udani, ale w zdecydowanej większości zostali przez widzów bardzo dobrze zapamiętani. Niektórych człowiek miał ochotę ukatrupić, innym trochę współczuł, ale prawie zawsze myślał o nich po zakończeniu seansów. Nie ma przypadku w tym, że złoczyńcy Disneya stali się wręcz swego rodzaju marką. Skaza, Dżafar, Maleficent, Cruella De Mon, Ratcliffe, Kapitan Hak, Shere Khan, sędzia Frollo, a nawet Shan Yu z „Mulan” oraz Lis i Knot z „Pinokia”. Wszystkie te postaci miały na tyle ikoniczny design, charakter i zostały tak dobrze zagrane, że czasem stanowili nawet najlepszą część filmu. Widzowie uwielbiali ich nienawidzić, ale jeszcze bardziej uwielbiali oglądać ich na ekranie.

Teraz Disney wykorzystuję stworzoną przez dziesiątki lat markę do szybkiego zgarnięcia zarobku. Gdyby chociaż po drodze poprawiał co słabsze elementy portretów wspomnianych złoczyńców, to można by wybaczyć finansową motywację. W końcu robienia filmów jest biznesem. Ale przecież współczesnym szefom wytwórni wcale na tym nie zależy. Czy którakolwiek nowsza wersja wspomnianych postaci jest lepsza od oryginalnej? Prześledźmy to po kolei, trzymając z dala od całej sprawy nostalgię.

Podobnie ikonicznego momentu nie znajdziemy w żadnym remake'u od Disneya.

Maleficent i Cruella w swoich solowych produkcjach stały się w gruncie rzeczy jednoznacznie pozytywnymi bohaterkami. Skaza został pozbawiony duszy (podobnie zresztą jak cały „Król Lew”), zaś Dżafar stał się postacią schematyczną i jednowymiarową. Trudno też powiedzieć, żeby Disney wykorzystał okazję do poprawienia swoich słabszych postaci czy nadania im nowych cech. Wytwórnia nie odważyła się uczynić Gastona postacią LGBT+, a z kolei Bori Khan w nowej „Mulan” był pod każdym względem mniej interesujący i bardziej nijaki od Shan Yu (a przecież antagonista z animacji przez cały film się niemal nie odzywał). Wszystko to składa się na absolutny obraz nędzy i rozpaczy.

Dobre kino potrzebuje godnych zapamiętania antagonistów.

Nie ma nic złego w próbie uwspółcześniania niegdyś kultowych złoczyńców, którzy z dzisiejszej perspektywy wydają się nieco „płascy”. Prequele pokazujący ich wczesne lata mogą do tego posłużyć idealnie. Ale trzeba mieć na nie jakiś pomysł i nie można przy okazji pozbawić czarnego charakteru większości jego negatywnych cech. Bo jaki ma to właściwie cel? Przecież w taki sposób hollywoodzcy scenarzyści niczego nie wyjaśniają, niczego nie poszerzają. Obie postaci nadal mają tak samo na imię, ale nic ich nie łączy. A widzowie czują się oszukani, bo wykorzystuje ich przywiązanie do negatywnej postaci, nie dając nic w zamian.

Jak pisałem w swojej bezspoilerowej recenzji, „Cruella” jest filmem, w którym da się dostrzec dużo talentu i zaangażowania. Natomiast te starania ostatecznie prowadzą do rozczarowującego pod wieloma względami finału i winą za to można w pełni obarczyć Disneya. Amerykańska wytwórnia stała się w ostatnich latach synonimem strachu, konformizmu i kopiowania samych siebie (ich twist-złoczyńcy ze stworzonych w ostatniej dekadzie oryginalnych animacji wymagają osobnego tekstu). Z takim nastawieniem nie sposób stworzyć bohatera lub bohaterki, którzy potrafiliby przestraszyć ich do szpiku kości lub zainteresować swoją skrzywioną filozofią. A wcale nierzadko właśnie od mocnego antagonisty zależy sukces filmu i jego przetrwanie w świadomości odbiorców przez wiele kolejnych lat.