REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

„Świat, który nadejdzie” to piękna, poetycka i… nudna opowieść o miłości niemożliwej

Kapitalne kreacje aktorskie Vanessy Kirby i Katherine Waterson oraz przepiękne zdjęcia i muzyka, choć uwiodą niejednego widza, ostatecznie nie są w stanie przykryć wtórnego scenariusza i przewidywalnej historii.

swiat ktory nadejdzie recenzja filmu
REKLAMA

Akcja filmu rozgrywa się w połowie XIX wieku. Dyer (Casey Affleck) i Abigail (Katheine Waterson) to młode małżeństwo, które mieszka na farmie z dala od ludzi. Po śmierci ich małej córeczki Abigail nie jest w stanie w pełni wrócić do normalności. Do momentu, gdy niedaleko ich farmy sprowadza się inne młode małżeństwo – Finney (Christopher Abbott) i Tallie (Vanessa Kirby). Pomiędzy kobietami szybko zaczyna rodzić się wielkie uczucie.

REKLAMA

„Świat, który nadejdzie” to dzieło głównie do podziwiania, obserwowania, delektowania się jego poetyckością, pięknem i wyrafinowanymi dialogami, które brzmią bardziej literacko niż realistycznie.

Jeśli natomiast chodzi o zaangażowanie emocjonalne widza, to w tym przypadku jest już gorzej. Film trzyma odbiorcę na dystans. Jest niczym namalowany zimnymi farbami obraz, który zachwyca formą, ale najlepiej ogląda się go z odpowiedniej odległości. Fabularnie czeka nas w nim cała seria znanych i widzianych wcześniej w filmach (czy książkach) schematów i motywów.

O ile jest to wasz pierwszy filmowy romans, który oglądacie na ekranie, to prawdopodobnie „Świat, który nadejdzie” zrobi na was potężne wrażenie. Bo, jak wspominałem, forma jest przepiękna, aktorstwo na bardzo wysokim poziomie, a muzyka po prostu zwala z nóg i przemyca w sobie tak naprawdę najwięcej emocji, którymi targane są bohaterki filmu. Reżyserka, Mona Fastvold, świetnie te części ze sobą poskładała.

Jeśli jednak już chociażby kilka historii miłosnych poznaliście, to „Świat, który nadejdzie” pozostanie dla was jedynie dziełem sztuki filmowej, na które wspaniale się patrzy i którego doskonale się słucha. Jeśli to wystarczy, by zachęcić was do seansu, to jak najbardziej zapraszam. Nie rozczarujecie się.

Natomiast nastawiając się na świeżą, nieszablonową opowieść o miłości, która wyróżniałaby się czymś na tle innych, czeka was raczej filmowy zawód.

Oczekiwałem nie tylko arthouse’owej i wysmakowanej formy oraz znakomitych ról, ale i czegoś więcej poza ładnymi obrazkami czy poruszającą muzyką, czegoś, co będę mógł wynieść z tego seansu.

Katherine Waterson w filmie Świat, który nadejdzie

Tym niemniej, wracając jeszcze do tych kwestii formalnych – „Świat, który nadejdzie” to z pewnością jeden z najlepiej zrobionych filmów ostatnich miesięcy (o ile nie lat).

REKLAMA

Zdjęcia autorstwa Andre Chemetoffa są tyleż samo piękne, co chwilami przeszywające surowością świata przedstawionego i ciągłym głodem miłości bohaterek. Chemetoff  stosuje też wiele nietypowych i interesujących ujęć, chwilami tak kadrując niektóre, że aż się prosi o ich obramowanie i powieszenie na ścianie. Wspaniałe są też kostiumy, a muzyka autorstwa Daniela Blumberga sama w sobie buduje co najmniej 50 proc. atmosfery tego filmu.

Gdyby jednak tego wszystkiego nie było, to „Świat, który nadejdzie” byłby po prostu kolejnym, wtórnym romansidłem, nawet biorąc pod uwagę fakt, że jego historia, sama w sobie, jest oczywiście poruszająca i smutna, choć nie brak jej też szorstkiego i szlachetnego zarazem piękna.

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA