1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Tego dnia zakochałem się w Batmanie. Animowane seriale DC były genialne

batman seriale
204 interakcji
dołącz do dyskusji

Batman jest bez najmniejszych wątpliwości najpopularniejszym superbohaterem w naszym kraju. Na długo przed powszechnym wejściem i popularyzacją komiksów czy sukcesem trylogii Nolana budował swoją sławę dzięki serialom animowanym. Łączone uniwersum DCAU biło na głowę filmowe wyczyny z ostatnich lat.

Wiele lat przed rozpoczęciem rywalizacji między MCU a DCEU w najlepsze trwał inny pojedynek, który był zdecydowanie bardziej wyrównany i o niebo ciekawszy. On również toczył się między Marvelem i DC, ale rozgrywał się na polu telewizji oraz animacji. Kilka dni temu pisałem o świetnych serialach z lat 90. ze Spider-Manem, X-Menami i innymi bohaterami Domu Pomysłów, ale obrazek tamtej dekady nie byłby pełny bez wspomnienia o wyczynach konkurencji.

Bo choć animacje Marvela miały w sobie komiksowe nieskrępowanie i wolność oddania się pełnemu szaleństwu, to DC celowało jednocześnie w naprawdę interesujące fabuły i bardzo dojrzałe spojrzenie na swoich bohaterów. Przodował w tym oczywiście Batman, który wystąpił we wszystkich ośmiu telewizyjnych serialach i sześciu pełnometrażowych filmach należących do DCAU. I to właśnie dzięki nim przede wszystkim stał się najważniejszym herosem dla dzieciaków urodzonych w latach 80. i 90.

Batman”, „Batman przyszłości” i „Liga sprawiedliwych” to tytuły, które szczególnie mocno zapisały się w pamięci widzów.

Dobrze pamiętam moment, gdy polskie Cartoon Network na początku 2000 roku wyemitowało pierwszy odcinek „Batmana przyszłości”. Produkcję otwiera pasjonująca sekwencja z Mrocznym Rycerzem ubranym w nowy futurystyczny strój, który próbuje odbić zakładniczkę z rąk porywaczy. Akcja nieomal kończy się porażką, gdy Batman nagle dostaje ataku serca i w akcie desperacji sięga po leżącą nieopodal broń. Łamie w ten sposób swoją najważniejszą zasadę i decyduje się na zawsze odwiesić pelerynę. Niespodziewanie widz zostaje przeniesiony w cyberpunkową przyszłość Neo-Gotham i wkrótce będzie miał okazję poznać zupełnie nowego Batmana.

Na papierze brzmi to jak bardzo ryzykowny pomysł i faktycznie niewiele brakowało, a otrzymalibyśmy serial-porażkę. Pomysł na „Batmana przyszłości” narodził się bowiem na skutek sugestii szefów Warner Bros., którzy zażyli sobie animacji o nastoletnim bohaterze. Wszystko po to, by jeszcze mocniej skapitalizować sukces poprzednich animacji o obrońcy Gotham i móc sprzedać nowe figurki. Rzecz w tym, że Bruce Timm i Paul Dini, odpowiedzialni za narodziny DCAU, nienawidzili idei nastoletniego Bruce'a Wayne'a. Dlatego przerobili ten fatalny pomysł szefostwa na futurystyczne sci-fi z podstarzałym Brucem pełniącym rolę mentora dla młodego Terry'ego McGinnisa. Efekt finalny był po prostu świetny, pełen świeżości, życia i wielu niezwykle interesujących historii.

Trudno było nie zakochać się w serialu, który dodatkowo otwierał przed widzami drogę do szerokiego uniwersum.

Nadawany w USA w latach 1992-1995 animowany „Batman” pokazał całemu światu, że kreskówki mogą być mroczne, artystycznie spełnione i pociągające swoim podejściem do superbohaterów. To właśnie z tego serialu wzięli się Kevin Conroy i Mark Hamill jako ikoniczne głosy odpowiednio Mrocznego Rycerza i Jokera. Aż do dzisiaj obaj aktorzy wcielili się w te postaci kilkanaście razy, w tym w hitowej serii gier „Batman: Arkham”. Popularność pierwszego serialu otworzyła drzwi przed kolejnymi produkcjami, które szybko mogły przerodzić się w słabe spin-offy o nikogo nieinteresujących bohaterach.

Trzeba oddać Warner Bros. Animation, że inaczej niż główny oddział wytwórni przy DCEU wykazał się cierpliwością. Najpierw do Timmverse dołączyła animacja o Supermanie, potem sequel „Batmana” i „Batman przyszłości”. Następne na liście „Static Shock” i „The Zeta Project” nigdy nie dotarły do Polski, ale po prawdzie były też kierowane do trochę młodszego widza. Prawdziwym zwieńczeniem serialowego DCAU miały się zaś okazać dwa tytuły o Lidze Sprawiedliwości.

„Liga Sprawiedliwych” i „Liga Sprawiedliwych bez granic” to arcydzieła, które biją na głowę filmy „Avengers” i „Liga Sprawiedliwości”.

Dziennikarze i fani bardzo często wysuwają wobec wytwórni Warner Bros. oskarżenia, że za szybko budowała DCEU. Najpierw trzeba było dać swoim bohaterom indywidualne filmy i dopiero potem przejść do wielkiego finału polegającego na połączeniu ich w jedną drużynę. Bo tak właśnie z sukcesami zrobił Disney przy Marvel Cinematic Universe. I w dużej mierze są to słuszne obiekcje. Animowane uniwersum było budowane znacznie wolniej i z większą dbałością o indywidualnych bohaterów.

DCAU powoli budowało coraz szerszy i bardziej rozbudowany świat, ale zdecydowana większość członków tytułowej Ligi Sprawiedliwych zadebiutowała właśnie w animacji poświęconej całej drużynie. Zresztą Kevin Feige z Marvela też to rozumiał.

W skład drużyny DC weszli na starcie Batman, Superman, Wonder Woman, Flash, Hawkgirl, Zielona Latarnia (John Stewart) oraz Martian Manhunter. Trzyczęściowy odcinek „U źródeł tajemnicy” dla większości z nich był debiutem w DCAU. Bruce Timm i Paul Dini rozumieli jednak, że ważniejsze od znajomości ich przeszłych dokonań jest zapoznanie widzów z tym, kim są bohaterowie i jak ze sobą współpracują. Bo co z tego, że poznaliśmy Batmana u boku Robina czy Batgirl, skoro teraz musiał współpracować z uwielbiającym żarty Flashem czy tęskniącym za swoimi ludźmi Marsjaninem? Twórcy serialu bardzo sensownie łączyli więc na przestrzeni dwóch sezonów i 52 odcinków swoich bohaterów w mniejsze lub większe grupy, by pokazać różne cechy ich charakterów i rozwój wzajemnych relacji.

Liga Sprawiedliwości nigdy nie wcześniej i później nie została zrealizowana z taką mocą przekazu i takich rozmachem.

Po zakończeniu 2. sezonu „Ligi Sprawiedliwych” (za sprawą niezwykle emocjonalnej trzyczęściowej opowieści „Niepisane w gwiazdach”) Timm i WB Animation postanowili pójść na całość. W „Lidze Sprawiedliwych bez granic” nie tylko kontynuowali historię z poprzedniej animacji, ale też domknęli większość najciekawszych wątków ze swoich poprzednich produkcji – w tym „Supermana”, „Static Shock” oraz „Batmana przyszłości” – i otworzyli świat DCAU na cały szeroki świat superbohaterów. W żadnej innej animacji nie pojawiło się tak wiele różnych postaci, tak herosów, jak i złoczyńców. Nawet mający podobne ambicje „Spider-Man” z lat 1994-98 nie osiągnął tak wiele.

Wobec tak olbrzymiego sukcesu DCAU trudno nie zastanowić się więc, dlaczego DCEU poniosło tak spektakularną porażkę. Porównanie uniwersum seriali z uniwersum filmowym nie jest do końca idealną analogią, ale mimo wszystko niewykorzystanie doświadczenia Bruce'a Timma wciąż przecież pracującego dla Warner Bros. wydaje się olbrzymim przeoczeniem. Zwłaszcza, że w 2021 roku firma nagle sobie o nim przypomniała i dlatego zrobi wraz J.J. Abramsem i Mattem Reevesem nowy serial „Batman: Caped Crusader”. Skoro teraz się da, to czemu wcześniej wszystko było robione albo chaotycznie, albo na wzór MCU? Odpowiedź na to pytani nie jest łatwa, ale ostatnie zamieszanie wokół „Ligi Sprawiedliwości Zacka Snydera” rzuciło trochę światła na całą sytuację.

Warner Bros. po prostu jest bardzo źle zarządzaną firmą.

Zack Snyder ujawnił nawet niedawno, że szefowie wytwórni nie zobaczyli jego (niedokończonej, ale istniejącej) wersji filmu, zanim zdecydowali o zastąpieniu go Jossem Whedonem. A toczona właśnie wojenka między HBO Max i wytwórnią pokazuje inne przykłady nieudolności góry. Z kolei występowanie wbrew życzeniom fanów i prowokowanie ich zwiastunem „Ligi Sprawiedliwości” w wersji 4k było wręcz żałosne. W obliczu tak często zmieniających się strategii, braku artystycznej wizji oraz braku wiary we własnych wybranych twórców (takich jak Snyder czy David Ayer) podjęcie pewnego ryzyka i zaangażowanie człowieka od animacji nie było możliwe. Ba, nikt tam raczej w ogóle nie brał takiej ewentualności pod uwagę. Ze szkodą dla DCEU.