1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Gry

Netflix z poważnej korporacji chce stać się nerdowskim ziomalem. To ryzykowna gra

Netflix gry

Geeked Week, posyłanie zalotnych (i wieloznacznych) spojrzeń graczom, oddanie widzom wpływu na fabułę produkcji – wiele wskazuje na to, że Netflix robi wszystko, żeby z abstrakcyjnej i poważnej korporacji stać się nerdowskim ziomalem.

Plotkarski młyn ruszył, gdy czujne oczy dziennikarzy The Information wypatrzyły nowe ogłoszenie o pracę w Netfliksie – poszukiwano w nim kogoś, kto będzie nadzorował wkroczenie firmy do świata gier. Choć na razie wiadomo mało, z plotek można wnioskować, że Netflix chce stworzyć coś podobnego do Apple Arcade, czyli miejsca, gdzie w ramach abonamentu można pograć w różne produkcje od niezależnych wydawców. Firmie marzy się ponoć, żeby przynajmniej część produkcji była inspirowana jego serialami i filmami.

Informacja, choć zaskakująca, szokiem nie była. Netflix robi słodkie oczy do graczy nie od dziś, a plotki o możliwości wejścia stremingowego giganta na rynek gier trafiły na grunt podatny, bo użyźniony między innymi projektem Black Mirror: Bandersnatch (odcinkiem popularnego serialu z elementami interaktywnymi), próbą stworzenia gry ze świata Stranger Things z Telltale Games i animowanymi serialami skierowanymi do graczy Doty („Dota: Dragon's Blood”) czy League of Legends (premiera „Arcane” zapowiadana jest na jesień).

Sam Netflix w iście korporacyjnym stylu odpowiada na plotki zdecydowanym – być może.

W oficjalnym komunikacie firma niczego nie potwierdziła, ale rzuciła dużo okrągłych słów o różnorodności treści i ekscytacji płynącej z możliwości robienia czegoś więcej. Czyli powiedziała dokładnie tyle, żeby nic nie było wiadomo i żeby żadnych plotek absolutnie nie ukrócić.

Netfliksie, uważaj to może być fatalne zauroczenie

Specjaliści szacują, że wartość rynku gier w 2020 roku wyniosła niemal 178 mld dol. i choć po pandemii pewnie nastąpi korekta, to nadal będą kwoty, od których oczy CEO największych firm zaczynają się świecić jak Edward Cullen na plaży. Problem polega na tym, że w historii było już kilka firm, którym na widok growego tortu pociekła ślinka tak obfita, że ślinotok stał się przyczyną odwodnienia i utraty podstawowych instynktów samozachowawczych.

O górę lodową robienia gier spektakularnie walnęli tacy giganci jak Amazon i Google. I choć ani jeden, ani drugi nie porzucił wszelkich nadziei, to na razie ich sukcesy są zdecydowanie mniejsze niż ich apetyty. A to nie jedyna pułapka, która czeka na Netfliksa.

Plotki o netfliksowych zakusach na gry robią się jeszcze ciekawsze w kontekście ogłoszonego oficjalnie przez firmę Geeked Weeku i sporo mówią o tym, na kogo ostrzy sobie zęby firma.

Platforma właśnie zapowiedziała bowiem nowy konwent dla miłośników swoich filmów i seriali, na którym pokaże nowe zwiastuny (hej wiedźminie, czekamy), nowe informacje i specjalne występy na żywo. Całość ma trwać pięć dni i być wielką darmową imprezą wypełnioną fanowską miłością. Choć nie znamy jeszcze detali na temat wydarzenia, sama jego nazwa i potwierdzone panele o „Wiedźminie”, „Resident Evil” czy „The Umbrella Academy” jasno pokazują, do kogo jest on kierowany – do nerdów, czyli tych samych ludzi, którzy mogą w przerwie między bindżowaniem seriali chwycić za gry.

Netflix jest jak bardzo cierpliwy chłopak, który próbuje poderwać dziewczynę wytrwale prawiąc komplementy, zapraszając na lody i udając, że bardzo go ciekawi, co wczoraj opowiedziała jej najlepsza przyjaciółka. Na eksperymenty z interaktywnym opowiadaniem firma zdecydowała się nie w wypadku tytułów skierowanych do nerdów, ale w wypadku cieszącego się szeroką popularnością Black Mirror, serii „Ty kontra Dzicz" Beara Gryllsa czy przeznaczonego dla dzieci serialu Minecraft. W 2019 roku Netflix pojawił się co prawda na targach E3 i nawet zaprezentował tam trzy gry, w tym dwie związane ze światem Stranger Things, ale umówmy się, obyło się bez fajerwerków. Nawet ekranizację znanych i lubianych gier takich jak Castelvania czy Dragon's Dogma można uznać co najwyżej za nieśmiałe zaproszenie nerdów na pierwszą randkę, z której ci i tak pobiegną do swoich CoD-ów, LoL-i czy Dot. Teraz, jeśli wszystkie pogłoski się sprawdzą, czeka nas wreszcie przejście do rzeczy. Netflix chce zaprosić graczy do domu i dobrać się do ich portfeli.

Czy mu się to uda zależy od tego, jak się do tego zabierze. Firma może się zdecydować na Wielki Gest – zacząć się bawić w Duże i Poważne Gry, budować własne studio i udawać, że jest w stanie zrobić tytuł AAA (zapytajcie Amazona, jak mu to wyszło), albo rozegrać sprawę mądrze. Kontynuować to, co już zaczęła, przekonywać do siebie nerdów na różne sposoby, wabiąc ich to serialem, to konwentem, to sympatyczna grą od niezależnego studia. Bo choć szefostwo Netfliksa chwaliło się kiedyś, że dla niego konkurencją nie jest HBO a Fortnite, to o pokonanie gry Epic Games na jej własnym podwórku raczej nie ma co marzyć.

Geeked Week też wskazuje na drugi trop – zwiększenie zaangażowania fanów.

Na to, że przynajmniej pojawił się taki kierunek w głowie włodarzy firmy, wskazuje też ankieta na temat platformy N-Plus, czyli Netfliksa z dodanymi funkcjami społecznościowymi (dzielenie się ze znajomymi) i możliwością kontaktowania się z twórcami seriali i filmów robionych pod czarno-czerwoną banderą.

A że to ryzykowny kierunek, wie najlepiej Warner Bros., który idąc na rękę fanom i wypuszczając „Snyder Cut”, utwierdziło ich tylko w przekonaniu, że kiepska „Liga Sprawiedliwości” była winą studia. Korporacja tym ruchem nie tylko nie poprawiła swoich notowań u miłośników facetów w kolorowych rajtuzach (Wonder Woman ma spódnicę), ale musi się też teraz cierpliwie tłumaczyć, dlaczego nie będzie ani wersji reżyserskich innych źle ocenianych blockbusterów, ani całego Synderverse.

I tu pojawia się ryzyko, bo stawianie na przyjaźń graczy i nerdów to odważny ruch. Łaska jednym i drugich na pstrym koniu jeździ. Jasne, jest to bardzo atrakcyjny i drogi koń w pełnej kosmetycznej zbroi, kupionej w ramach mikrotransakcji, ale nadal jest to koń narowisty jak cholera i uparty jak osioł. I niejeden już z niego spadł.