1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Chleb jest, nie ma igrzysk. Dlatego Fame MMA i Eurowizja to jest to, czego potrzebujemy w pandemii

eurowizja fame mma felieton

Dopiero w czasie pandemii doceniliśmy proste rozrywki odwołujące się do najniższych instynktów. Te bardziej złożone emocje, jak strach przed niewidocznym wrogiem, przymusowa samotność, strata bliskich mamy już dobrze obcykane. Takie wydarzenia jak Fame MMA i Eurowizja są dla nas doskonałą odskocznią i sposobem na to, by nie zwariować.

Niby pandemia dobiega końca, ogródki gastro i kina się otwierają, organizowane są pierwsze koncerty plenerowe, ale wciąż brakuje nam dużych eventów. I w te wakacje raczej takich nie uświadczymy, bo już wiadomo o odwołaniu wielu letnich festiwali.

Przez ponad rok nie mogliśmy wziąć udziału w masowych spędach ludności, co dla introwertyków było akurat spoko, ale dla pozostałych okazało się czynnikiem depresjogennym. Pewną namiastką wydarzeń były z pewnością transmisje z różnych występów on-line, ale mają się nijak do takiego show jak Eurowizja. Największe emocje budziła ostatnio nie gala wręczenia Oscarów, tylko gala Fame MMA.

Fame MMA - kiedyś tylko pato-rozrywka, teraz sposób na wyrwanie się myślami z lockdownu.

W czasach przed kryzysem, imprezy z cyklu Fame MMA wywoływały ogromny sprzeciw i kontrowersje. Rodzice zakrywali oczy dzieciom, by nie patrzyły na walki pato-celebrytów w klatkach. Od samego początku nie widziałem jednak w tym aż takiego zła, ale coś, co siedzi w naszej naturze i zostało odkryte w starożytnym Rzymie, a potem zremiksowane we wrestlingu. Lubimy sobie popatrzeć na walki gladiatorów, na szczęście ci współcześni nie robią tego z przymusu.

Wolę, by youtuber dał po mordzie innemu youtuberowi niż znęcał się nad niepełnosprawnym chłopakiem lub bił swoją dziewczynę lub matkę na wizji. Trochę jak z ustawkami kiboli. Jeżeli jest obopólna zgoda na spuszczenie lania, daję im moje błogosławieństwo.

Kiedy wybuchła pandemia forma Fame MMA okazała się być na tyle elastyczna, że można ją było organizować nawet w reżimie sanitarnym. Już wcześniej większa część ludzi śledziła walki w oktagonie przez internet. I tym sposobem w czasach wiecznych lockdownów, organizatorzy wygrali i ugruntowali swoją pozycję. Pod względem hype'u prześcignęli nawet KSW. Trudno będzie im teraz ich nadgonić.

Szczególnie, że każda kolejna edycja Fame MMA stoi na coraz wyższym poziom pod samym kątem sportowym. Nadal jest w niej pierwiastek błazenady, ale nie można już mówić, że szerzy tylko patologię. Nawet ta niesławna Marta Linkiewicz pokazała, że z totalnego dna można wyjść w pewien na ludzi i osiągać sukcesy w sporcie – nie są to co prawda igrzyska olimpijskiej, ale zawsze coś. A pamiętacie jak kiedyś wyglądał Bonus BGC? Gość zmienił się nie do poznania właśnie dzięki tym imprezom.

Tak więc z jednej strony mamy okazję zobaczyć, jak znienawidzona przez nas osoba dostaje bombę na twarz. Z drugiej strony możemy kibicować naszym ulubionym internetowym celebrytom. Z trzeciej strony zawodnicy inspirują niektórych do treningów, bo część metamorfoz jest doprawdy spektakularna. Z czwartej strony czujemy się częścią większej publiki, która podobnie jak my, oglądała te walki pozamykana w domach. I wreszcie po piąte – choć na chwilę zapominaliśmy o tym cholernym koronawirusie.

Eurowizja - kiedyś rak, teraz fajne guilty pleasure budujące poczucie przynależności do grupy.

Eurowizję polubiłem również w pandemii, ale głównym powodem był Will Ferrel i jego film Netfliksa o Eurowizji. Gwiazda komedii ma żonę Szwedkę - również aktorkę Vivecę Paulin. To dzięki niej odkrył to wydarzenie, które dla Amerykanina jest czymś tak niezrozumiałym jak Super Bowl dla Europejczyka.

To było około 20 lat temu w czasie odwiedzin u rodziny mojej żony w Szwecji. Pewnego wieczoru jej kuzyn zaproponował, żebyśmy obejrzeli Eurowizję. Siedziałem jak wryty przez trzy godziny przed telewizorem. Nie wierzyłem w to, co oglądam. To była najbardziej szalona rzecz, jaką w życiu widziałem. Cały ten spektakl i jego humor były czymś niesamowicie zaraźliwym.

powiedział Will Ferrel w programie Graham Norton Show

Eurowizja większości z nas towarzyszy od dziecka i jest czymś naturalnym jak dajmy na to finały WOŚP. Jednak spójrzmy na tę imprezę z dystansu: od ponad pół wieku cały kontynent rywalizuje w niedorzecznym konkursie piosenki popowej, w którym miliony ludzi głosują na reprezentantów innych krajów przez telefon.

Jeżeli do tego weźmiemy pod uwagę wylewający się z ekranu kicz, to przecież to jest coś surrealistycznego i cudownego. I powinniśmy pielęgnować to nasze tradycyjne guilty pleasure, bo takie rzeczy dzieją się tylko w Europie.

Można narzekać na wtórność lub miałkość piosenek. To jednak w ostatnich latach lekko się zmienia i choć nadal jest to pop, to jest to generalnie pop najwyższej jakości (trochę taki e-pop). I jeżeli nie doceniamy przeciwników, to kończymy jak w tym roku Rafał Brzozowski.

Można narzekać na polityczność konkursu, który niby jest apolityczny, ale potem sympatie międzypaństwowe wychodzą w głosowaniu. Można narzekać na wiele innych spraw, ale i tak będziemy Eurowizję co roku oglądać i szeroko komentować. Pomimo tego, że podobno mamy ją gdzieś.

Jako, że w tym rok niezbyt wiele się działo, to ludzie bardziej przejmowali się konkursem, a przynajmniej był bardziej widoczny w internetowych dyskusjach. Podobnie jak z Fame MMA – poczuliśmy solidarność w hejcie/trzymaniu kciuków i z wypiekami na twarzy śledziliśmy popisy muzyków, którzy prześcigali się w fikuśnych strojach i piosenka, których w większości dało się naprawdę słuchać.

Sam w czasie czwartkowego półfinału wysłałem pierwszy raz w życiu smsa – na nu metalowy kawałek Blind Channel z Finlandii, bo choć zadurzyłem się w Stefanii - reprezentantce Grecji, to jednak moje serducho należy do muzyki gitarowej.

I również w sobotę po raz pierwszy zasiądę przed telewizorem z przyjemnością, a nie tylko z dziennikarskiego obowiązku. Znów na finale Eurowizji nie będzie Polaków, ale będą Europejczycy i to fajne uczucie uczestnictwa w dużej imprezie z innymi, lekko wyimaginowanymi ludźmi. I ta wszechogarniająca przaśność, która kiedyś żenowała, a teraz daje mi frajdę. Co ta pandemia wyprawia z nami, naprawdę.

* zdjęcie główne Eurovision Song Contest / YouTube