Filmy

Wychowałem się na serialach superbohaterskich z lat 90. I nie mówicie mi, że to, co dzisiaj robi Marvel, jest lepsze

marvel seriale

Lata 90. to dla wielu współczesnych fanów Marvela moment, w którym odkryli superbohaterów. I wcale nie stało się tak dzięki kinowym filmom, a nadawanym głównie na Fox Kids serialom. One też tworzyły wspólne uniwersum... i robiły to pod wieloma względami lepiej niż Marvel Cinematic Universe.

Wyobraźmy sobie pewną sytuację. Nadchodzą zupełnie nowe czasy dostępu do popkultury, ale do królowania globalnej sieci wciąż jest jeszcze bardzo daleko. Filmy trafiają do polskich kin z kilkumiesięcznym opóźnieniem w stosunku do oryginalnej daty premiery, a im mniejsze miasto, tym oczekiwanie bardziej się wydłuża. O kolekcjonowaniu komiksów i mang nikt jeszcze nie myśli na poważnie, bo sprowadzanie ich z zagranicy jest kosztowne. A mimo to dorastający widzowie mają przed sobą trzy szeroko otwarte okna na świat – Fox Kids, RTL7 i Cartoon Network.

Właśnie tak dla wielu z nas wyglądały lata 90., do których dziś tak kocha wracać cała branża filmowa. Nie sposób mówić o tym, co obecnie popularne bez odwoływania się do tej dekady. Z jednej strony mieliśmy „Czarodziejkę z Księżyca” i „Dragon Ball Z”, z drugiej pierwsze dostępne w Polsce seriale superbohaterskie od Marvela i DC, a gdzieś pośrodku przebijały się łatwiej dostępne hollywoodzkie blockbustery oraz komiksy z Kaczorem Donaldem czy Asteriksem i Obeliksem.

Naprawdę trudno nie wspominać tych czasów z łezką w oku, choć osobiście nie znoszę tego, że nostalgia zastąpiła oryginalność w popkulturze. Kopiowanie istniejących rozwiązań stało się normą, co tylko wzmocniło trend pogoni za łatwym zarobkiem. A jednocześnie zamknęło Hollywood nawet na te nieco mniej oczywiste pomysły, które akurat warto by powtórzyć.

Marvel Cinematic Universe to niezwykle ambitne przedsięwzięcie. Ale brakuje mu duszy seriali z lat 90.

Chodzi dokładnie nadawane w latach 1992-98 animacje „X-Men”, „Iron Man – Obrońca dobra”, „Fantastyczna Czwórka”, „Spider-Man”, „Incredible Hulk”, „Srebrny Surfer”. Na Zachodzie do wielkiej serialowej krucjaty Marvela należały też produkcje „Ultraforce”, „Spider-Man Unlimited” i „Avengers”, ale albo nie były one w ogóle nadawane w Polsce, albo cieszyły się zdecydowanie mniejszą popularnością. Plus dodatkowo odbiegały stylem kreski i budowania historii od pozostałej szóstki, która operowała w dużej mierze na podobnych zasadach. Co z czasem ułatwiło łączenie jej w ramach wspólnego uniwersum.

Jako pierwszy światło dzienne ujrzał serial „X-Men”, a doszło do tego w ogromnych męczarniach. Współpraca między FOX-em i południowokoreańskim studiem AKOM układała się fatalnie, pierwsze dwa odcinki były pełne animacyjnych błędów, a cała produkcja była robiona na ostatnią chwilę. Od pierwszego sezonu cieszyła się jednak olbrzymią popularnością, choć w międzyczasie komiksowe imperium Marvela coraz mocniej zbliżało się do bankructwa (więcej o historii obu największych komiksowych wydawnictw przeczytacie TUTAJ).

W tym sensie były to jednak prostsze czasy, bo pozwalały na łatwe i pozbawione ograniczeń przeniesienie najlepszych historii i bohaterów z kart komiksów na ekran. Wielu widzów MCU długo ignorowało fakt braku mutantów w tym świecie (bo Disney nie miał do nich praw), ale prawda jest taka, że bez X-Menów zabawa nie jest porównywalna. To właśnie oni mają często najbardziej szalone, ale też najbardziej prawdziwe opowieści w całym Marvelu. I choć Dom Pomysłów w ostatnich latach bardzo starał się ich obrzydzić czytelnikom, a późniejsze filmy FOX-a poza „X-Men. Pierwsza klasa” i „Loganem” w tym pomagały, to Marvel Cinematic Universe jest automatycznie gorszy bez Wolverine'a, Magneto, Cyclopsa czy Storm.

Marvel tworzył swoje seriale superbohaterskie niemal bez ograniczeń. Każdy mógł spotkać się z każdym.

Chcecie, żeby Spider-Man udał się na pomoc do profesora Xaviera? Bez problemu, co więcej w tym samym odcinku Hobgoblin powalczy z Wolverinem. Kogo jeszcze powinien spotkać Peter Parker? Blade'a i Micheala Morbiusa w pełnoprawnej opowieści o wampirach? Załatwione! Fajnie byłoby zobaczyć Hulka walczącego z Fantastyczną Czwórką, a później z Ghost Riderem? To też nie będzie kłopotem.

Liczba bohaterów Marvela, którzy pojawili się w animacjach z lat 90. jest po prostu olbrzymia. Nawet ci, którzy nie dostali swoich indywidualnych serii jak Kapitan Ameryka, Punisher czy wspomniany Ghost Rider, mogli liczyć na bardzo ciekawe opowieści w produkcji sygnowanej przez innego herosa. Nie potrzeba było wydawać setek milionów dolarów i robić kilku nudnych origin stories dla każdego pomniejszego bohatera. To był szalony czas, gdy Iron Man, War Machine i Spider-Man mogli walczyć na ekranie z Venomem, Carnage'em (duży tekst poświęcony historii tej dwójki znajdziecie TUTAJ), Baronem Mordo i Dormammu. Nikogo to nie dziwiło i osobiście okropnie za takim nieskrępowaniem tęsknię.

Nie oznacza to, że te animacje były tylko tępą nawalanką. Wiele z nich opowiadało fenomenalne i bardzo dojrzałe historie.

Jednym z największych problemów Marvel Cinematic Universe jest, że to seria okropnie bezpieczna. Kevin Feige to fenomenalny twórca, któremu udało się stworzyć naprawdę sensowne uniwersum, ale nadal podlegające Disneyowi. A to jak wiadomo nie jest wytwórnia lubiąca ryzyko. Wszystko tam musi być na jedno kopyto i iść linią najmniejszego artystycznego oporu. Wystarczy przyjrzeć się na liczbę planowanych produkcji 4. fazy MCU, które opierają się na tym samym pomyśle skopiowanych bohaterów lub ich alternatywnych wersji.

Animowane produkcje teoretycznie skierowane do młodszego widza nie bały się podobnego ryzyka.

One też miały swoje ograniczenia (do dzisiaj zresztą słaba sprzedać figurek i zabawek potrafi pogrążyć niejedną fenomenalną animację), ale stać je było i na poważny ton, i odjazdowe komiksowe szaleństwo. Dlatego mieliśmy okazję jako młodzi fani obejrzeć zobaczyć zniszczony przez Sentinele świat przyszłości, w którym większość X-Menów zginęła brutalną śmiercią. Mogliśmy obserwować Petera Parkera walczącego z postępującą mutacją zamieniającą go powoli w potwora. Widzieliśmy też jak Spider-Man radzi sobie ze śmiercią Mary Jane i jak Czarna Kotka odnajduje się w roli superbohaterki.

Swoje smutki i znoje nieraz przeżywał Hulk, a Srebrny Surfer w samotności przemierzał odległe rejony kosmosu. Nawet bardziej dziecinne fabuły „Fantastycznej Czwórki” i „Iron Mana” miały swoje momentu, na których można było zawiesić oko. Nie był to może poziom animowanego „Batmana” (o fenomenie DCAU warto opowiedzieć zresztą w osobnym tekście), ale i tak wysoki. A wszystko symbolicznie zamknął 5. sezon serialu „Spider-Man”, który był pełen wielkich historii łączących w jednym miejscu najsłynniejszych bohaterów. Dość powiedzieć, że w ciągu trzynastu odcinków pokazano ostatnią walkę Kapitana Ameryki i Red Skulla, wydarzenie znane jako druga Saga Klonów oraz Sekretne Wojny z udziałem m.in. Fantastycznej Czwórki, Storm, Doktora Dooma i Czarnej Kotki.

Obejrzałem ostatnio seriale Marvela z lat 90. i one wciąż się bronią.

Nie chodzi tutaj wcale o zasłaniającą realne widzenie nostalgię. A przynajmniej nie tylko o nią. W ostatnich tygodniach wybierałem sobie poszczególne odcinki najważniejszych animowanych seriali Marvela i jestem z tej decyzji niesamowicie zadowolony. Jasne, nie wszystko stoi w nich na równie wysokim poziomie. Aktorstwo bywa bardzo przesadzone (problemy widać i przy oryginalnej ścieżce dźwiękowej, i dubbingu), animacja czasami strasznie kuleje, a pojedyncze odcinki potrafią wynudzić.

Tylko co z tego, skoro przez większość czasu bawiłem się po prostu fenomenalnie? I nie boję się powiedzieć, że chętniej wróciłbym do tego świata niż obejrzał po kolei wszystkie filmy MCU. Czasem w byciu trochę przestarzałym i bardzo komiksowym nie ma nic złego. Niektóre produkcje Marvela i FOX-a z lat 90. są lepsze, a inne gorsze. Ale wszystkie są „jakieś”. To znacznie więcej niż da się powiedzieć o wielu filmach Marvel Cinematic Universe.