Filmy  /  Lokowanie Produktu

„Nie cierpię unurzanych w błocie, pocie i znoju moralizatorskich epopei” – rozmawiamy z Marcinem Prokopem

Picture of the author

Pokręcone, surrealistyczne, zabawne i niepoprawne – między innymi takie historie lubi najbardziej Marcin Prokop. Dziennikarz opowiedział nam o swoich relacjach z kinem.

Marcin Prokop, dziennikarz, prezenter, felietonista, ambasador marki Oppo opowiedział nam między innymi o początkach swojej miłości do kina, swoim stryjku, który był zapalonym filmowcem a także o tym, czym dla niego jest dobra historia. Pretekstem do rozmowy jest konkurs „Film your story” organizowany razem z Międzynarodowym Festiwalem Nowe Horyzonty, w którym na młodych, aspirujących reżyserów czeka nie lada możliwość: zaprezentowania swojej krótkometrażowej produkcji podczas finałowej gali 21. Edycji Festiwalu i grant w wysokości 10 000 zł.

Wywiad z Marcinem Prokopem, ambasadorem marki Oppo:

Anna Nicz, Rozrywka.Blog: Jakie jest Pana pierwsze wspomnienie związane z kinem? Czy pamięta Pan pierwszy seans, na którym był w kinie?

Marcin Prokop: To były smutne, szare czasy późnej komuny. Ojciec zabrał mnie do kina na japoński film science-fiction pod tytułem „Gamera Supermonster” o gigantycznym, latającym żółwiu skrzyżowanym z dinozaurem, który był efektem nieudanych, amerykańskich prób nuklearnych. Prawie się w tym kinie zsikałem w rajstopy ze strachu. Wydaje mi się, że to wiele wyjaśnia na temat mojego dalszego rozwoju oraz dzisiejszego stanu umysłu.   

Czy jako młody człowiek myślał Pan o samodzielnym tworzeniu filmów?

Mój stryjek Darek był zapalonym filmowcem amatorem. Biegał po ogródkach działkowych z kolegą Zbyszkiem oraz radziecką kamerą 16mm, kręcąc przedziwne, niepokojące czarno-białe etiudy. Można powiedzieć, że wymyślił „Blair Witch Project”, zanim to było modne. Czasem pozwalał mi się pobawić ową kamerą. Filmowałem głównie babcię, krzątającą się po kuchni oraz synogarlice, które dokarmiała na parapecie. To jednak wystarczyło, żeby poczuć magię, jaka wiąże się z utrwaleniem na zawsze jakiegoś ulotnego momentu.  

Gdyby jako młody człowiek dysponował Pan możliwościami technicznymi, które oferują nowoczesne smartfony, o czym mogłyby opowiadać Pana amatorskie filmy?

Pewnie o moim zapyziałym podwórku na warszawskim Grochowie. O kulawym Marcinku, którego się wszyscy bali, bo bujał się z gangsterami, a do tego nie miał nóg i nosił o wiele za krótkie protezy, więc wyglądał tyleż groteskowo, co przerażająco. O Bodurze, który uciekał kradzionym polonezem przed milicją i zawinął się na drzewie. O Kaczisie, który miał chyba siedemnaścioro rodzeństwa, z czego połowa skończyła w więzieniu. O wielu innych bohaterach tamtego miejsca i czasu, którzy byli ciekawsi niż menażeria z dickensowskiego „Klubu Pickwicka”. Uważam, że powinno się w pierwszej kolejności opowiadać o tym, co ma się najbliżej i co się najlepiej rozumie. Często najciekawsze historie ma się pod samym nosem. 

W ostatnich latach możliwości tworzenia filmów amatorsko znacznie się zwiększyły, dzięki rozwojowi rynku smartfonów. Jakie to może mieć znaczenie dla przyszłości kina?

Może ułatwić zdolnym amatorom bycie dostrzeżonym na wczesnym etapie. Dzięki wszechobecnej, taniej technologii próg wejścia do wielu dziedzin sztuki znacząco się obniżył. Dziś każdy może zostać filmowcem, muzykiem, dziennikarzem, twórcą własnej telewizji. Trzeba tylko umieć z tej masy kontentu wyłowić prawdziwe talenty. 

Marcin Prokop

No właśnie, niedługo rusza konkurs dla aspirujących twórców i twórczyń pod hasłem Film your story”. Jakich wartości będzie pan szukał w tych opowieściach?

Tego, czy ktoś rzeczywiście ma światu coś istotnego do powiedzenia. Bo żyjemy w czasach, kiedy wszyscy wokół ciągle coś nadają. Media społecznościowe i youtube pękają od najrozmaitszych treści, z czego większość to marnowanie czasu odbiorców. Opowieści z gatunku niekoniecznych. Chcę więc, aby to, co trafi do mnie, jako widza, było jakkolwiek uzasadnione. Odpowiadało na pytanie - dlaczego powinienem poświęcić jakiś kawałek swojego życia, żeby to obejrzeć? Co jest w tym dla mnie? W jaki sposób mnie to ubogaci? A poza tym, będę w tym szukał autentyczności i szczerości, a nie wydumania i wykalkulowania. Prób odgadnięcia, jak by się tu przypodobać jury, żeby wygrać. 

Powiedział Pan: Motto premierowej serii smartfonów jest bliskie mojemu sercu, ponieważ od lat pojawiam się przed kamerą i opowiadam ludziom różne historie. Czasami chcę ich wzruszyć, zaszokować czy wywołać na ich twarzach uśmiech. Czym młodzi twórcy i twórczynie prędzej zwrócą na siebie pańską uwagę – wzruszeniem, żartem czy może szokującym elementem? Jakie historie lubi Pan najbardziej oglądać w filmach?

Pokręcone, surrealistyczne, zabawne, niepoprawne, wkurzające świętoszków, kabotynów i samozwańczych arbitrów dobrego smaku. Jak dzieła Latającego Cyrku Monty Pythona, seriale typu „Fargo”, komedie Judda Apatowa, rollercoastery Quentina Tarantino albo perwersyjnie kiczowate koszmarki w stylu „The Room”, okrzyknięty najgorszym filmem świata. Nie szukam w kinie moralnego niepokoju, bo rzeczywistość niepokoi mnie wystarczająco mocno. Idąc na film, szukam przede wszystkim zaskoczenia, jakiegoś rodzaju błyskotliwości, celnej obserwacji, inteligentnej rozrywki. Oczywiście bywają poważne, dociążone w treści filmy, które mnie rozwalają, jak ostatnio choćby „Sound Of Metal” ale w nich też musi być warstwa dystansu do świata, puszczenia oka, humoru, choćby i czarnego. Nie cierpię unurzanych w błocie, pocie i znoju moralizatorskich epopei o tym, jakie życie potrafi być nikczemne, bo to wszyscy wiemy.  

Uczestnicy i uczestniczki konkursu będą mieć za zadanie opowiedzenie historii o swojej własnej drodze. To bardzo szeroki temat. Na jakie narracje liczby Pan najbardziej? Intymne historie pojedynczych osób, czy może opowieści wpisane w szeroki kontekst?

Wszystko mi jedno, o ile zobaczę w tym indywidualne piętno twórcy. Odcisk jego linii papilarnych. Subiektywny punkt widzenia. Oryginalność. Na pewno od razu odrzucę wszystko, co będzie jakąś grubo ciosaną próbą stylizacji, imitowania czyjegoś stylu. Ja nie szukam cover-bandu, który zagra mi na nowo dobrze znane piosenki, tylko kogoś, kto zaciekawi mnie swoją własną narracją. Bardziej od warsztatu, cenię treść historii. 

Ograniczenia techniczne dla młodych twórców i twórczyń w zasadzie już nie istnieją. Zatem jakie wyzwania stoją przez nimi teraz w procesie tworzenia filmów?

Przebicie się przez wspomniane wcześniej morze treści. Zwrócenie na siebie uwagi. Zdolność do oryginalnego syntetyzowania subiektywnych obserwacji i przełożenia ich na język filmu. Nieuleganie koniunkturalnym, oportunistycznym pokusom, żeby zrobić „coś, co się sprzeda”. Bycie odważnym i chodzenie pod prąd, nawet jeśli oznaczałoby to konfrontację z ogólnie utartym światopoglądem, obyczajem, przekonaniami. Chyba wymieniłem cechy, które zawsze były w kinie pożądane, nie tylko teraz.  

Jest Pan typem kinomana, czerpiącego największą przyjemność z oglądania filmów w kinie, czy raczej woli Pan delektować się nimi w domowym zaciszu?

Jeśli historia jest dobra, to nie ma znaczenia, na czym się ją ogląda. Mój kolega, muzyk, ukuł kiedyś teorię, że jeśli płyta ma zasłużyć na ocenę wybitnej, to musi tak samo „żreć” na audiofilskim sprzęcie za sto tysi, co na tanim „jamniku” z bazaru. I ja się z tym poniekąd zgadzam, również w odniesieniu do filmu. Poniekąd, bo oczywiście w kinie można zatopić się nie tylko w historii ale również w obrazie, rozsmakować w estetyce kadrów, barw, detali. Pod warunkiem jednak, że na sali nie siedzi paru chrumkających, odkasłujących, siąkających nosami, wiecznie szeleszczących papierkami i szurających popcornem troglodytów, którzy jeszcze przy okazji co chwilę gapią się w świecący ekran swojego telefonu. Zamiast skupić się na filmie, muszę wtedy walczyć sam ze sobą, żeby karcąco nie pociągnąć jednego z drugim za ucho.

* Tekst powstał we współpracy z Oppo.