1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

„Star Wars: The Bad Batch” to świeże spojrzenie na Rozkaz 66 i spacer po mieście duchów — recenzja

star wars bad batch - serial na Disney+ Gwiezdne wojny

Na tegoroczny Dzień Star Wars przypadła premiera nowego serialu z odległej galaktyki, czyli „Star Wars: The Bad Batch”. Tego fani mogli oczekiwać, ale czy tego potrzebowali?

Co roku 4 maja fani uniwersum „Gwiezdnych wojen” mają swoje święto, ale tym razem Lucasfilm pod kuratelą Myszki Miki przygotował prawdziwą gratkę: premierę nowego serialu animowanego w postaci „Star Wars: The Bad Batch”. Produkcję zapowiedziano po raz pierwszy blisko rok temu, a jej głównymi bohaterami zostało pięciu żołnierzy-klonów, którzy zadebiutowali równo rok temu w dokręconym po latach przez Disneya finałowym sezonie „The Clone Wars”.

W zasadzie mamy tutaj do czynienia z sequelem spin-offa prequeli tych oryginalnych „Gwiezdny wojen” i… chyba można już dać sobie spokój z próbami szeregowania produkcji rozwijających nowy kanon uniwersum wykreowanego przez George’a Lucasa. Clou jest takie, że właściciele praw do marki Star Wars po latach przeprosili się z okresem schyłku Starej Republiki i postanowili do niego powrócić, między innymi za sprawą nie-do-końca nowego serialu.

Co do tego, że „The Bad Batch” to „The Clone Wars bis”, nie ma bowiem żadnych wątpliwości — logo nowego serialu wydziera się już na samym początku spod poprzedniego. Od razu witają nas też znajome motywy, czyli klony walczące w droidami w towarzystwie Jedi. Na szczęście znajomość poprzedniego serialu nie jest wymagana — pierwszy odcinek, który trwa ponad godzinę, zaczyna się od prologu przedstawiającego tytułową formację widzom.

The Bad Batch to kronika ostatnich chwil Republiki i rzut oka na Rozkaz 66 z perspektywy klonów.

Podobnie jak w należącej do starego serii książek Karen Traviss o klonach-komandosach, którzy najpierw pojawiali się w cyklu „Republic Commando”, by potem trafić do „Imperial Commando”, jesteśmy w „Bad Batch” obserwatorami transformacji ustrojowej (czyli przekształcenia się Republiki w Pierwsze Galaktycze Imperium). Wygląda to przy tym nieco inaczej niż w filmie „Zemsta Sithów” czy w serialu „Wojny klonów” ze względu na inną perspektywę.

star wars bad batch - serial na Disney+ Gwiezdne wojny
Kiepska partia, czyli pięciu klonów, których poznaliśmy już w „Star Wars: The Clone Wars”

Głównymi bohaterami nowej produkcji są nie Jedi, tylko żołnierze i to nie tacy zwykli. „The Bad Batch” odnosi się do nieudanej partii, czyli hodowanych w probówkach żołnierzy-klonów, których nie spełnili norm jakości klonerów z Kamino. Ich mutacje okazały się jednak na tyle przydatne w oczach ich twórców, że postanowili ich nie utylizować. Dzięki temu my możemy teraz podziwiać perypetie grupy bohaterów, na którą składają się:

  • Hunter — długowłosy dowódca z poprawionymi zmysłami używający noży;
  • Crosshair — snajper, który jest najbardziej oddany sprawie;
  • Wrecker — ryzykancki spec od demolki o muskularnym ciele z bielmem na oku;
  • Tech — uwielbiający naukę nerd noszący okulary ze smykałką do technologii.
  • Echo — klon, który został połączony z maszyną przez Separatystów.

Jak przy tym wiemy z „The Clone Wars”, tylko czwórka z wymienionych bohaterów to klony-mutanty, a ostatni, który toczył boje wraz z Anakinem Skywalkerem, Obi-Wanem Kenobim i Ahsoką Tano, został porwany przez Separatystów i niemalże zmieniony w maszynę. Do grupy po chwili dołącza też tajemnicza dziewczynka Omega wychowana na Kamino, która również jest klonem z mutacją, a za jej pochodzeniem stoi pewnie jakaś większa tajemnica…

star wars bad batch 2 - omega
Nowa bohaterka, Omega

Seans pierwszego odcinka Star Wars: The Bad Batch jest przy tym niczym spacer po mieście duchów.

Pierwszy odcinek jest pełen cameo postaci, które znamy z filmów, seriali i książek. Przekrój jest olbrzymi — od Depy Billaby i Caleba Dume’a, czyli Kanana ze „Star Wars Rebels, począwszy przez późniejszego dowódcę Gwiazdy Śmierci w postaci Gubernatora Tarkina na Sawie Gerrerze zakładającym pierwsze ogniska ruchu oporu przeciwko Imperium skończywszy. Problem w tym, że patrząc na nich na ekranie, sam czułem się jak któryś z bohaterów serii memów „I see dead people”.

Bardzo często w scenach, w których nie było głównych relatywnie świeżych bohaterów, oglądaliśmy postaci, których dalsze losy oraz śmierć dokładnie opisano. Cały czas mam poczucie, że serial nie jest w stanie powiedzieć nam nic nowego na temat powstania Imperium, czego nie bylibyśmy w stanie sobie wykoncypować z kontekstu. Co rusz zadawałem sobie pytanie, czy „The Bad Batch” było nam w ogóle potrzebne i nie umiałem na nie znaleźć twierdzącej odpowiedzi.

Pojawia się też inne pytanie: kto właściwie jest grupą docelową nowej animacji w uniwersum „Gwiezdnych wojen”?

Z jednej strony animacje Disneya w uniwersum „Star Wars” kierowane są do dzieci, dla których to może być pierwsze zetknięcie się z marką, a z drugiej wiadomo było, że po nową produkcję sięgną również fani „Wojen klonów” z 2008 r. Pamiętajmy przy tym, że ci ośmiolatkowie, którzy oglądali pierwsze przygody Obi-Wana, Anakina i Ahsoki na antenie Cartoon Network, mogą już w Stanach Zjednoczonych pić legalnie piwo, a część z nich… sama już służyła w wojsku.

star wars bad batch 1 hunter

Obawiam się jednak, że jeśli dorośli fani „Gwiezdnych wojen” przy „Bad Batch” będą się dobrze bawić, to tylko z rozpędu. Cieszy co prawda, że Disney dość odważnie, jak na tego typu produkcję, pokazuje Tarkina zarządzającego ćwiczenia z ostrą amunicją i stara się nie unikać za bardzo mówienia o tym, jak wielkim złem było wykorzystanie do walki klonów, których psychikę władza mogła dowolnie kształtować, ale nie jestem pewien, czy to wystarczy.

Na domiar złego minie jeszcze trochę czasu, zanim będziemy mogli oglądać w Polsce wideo z usługi Disney+ bez kombinowania. Możliwe jednak, że gdy już streaming Myszki Miki będzie oficjalnie dostępny w naszym kraju, to już będziemy wiedzieć, czy kolejne odcinki „Star Wars: The Bad Batch” znalazły na siebie pomysł i twórcom nowej animacji udało się wcisnąć w zatłoczony okres chronologii świata „Gwiezdnych wojen” historię faktycznie wartą opowiedzenia.

Oscarowe i głośne tytuły możesz obejrzeć w CHILI za darmo dzięki nowej promocji Logitech – sprawdź