Netflix  /  Recenzja

Harlan Coben po hiszpańsku jest pozbawiony charakteru. Oceniamy serial „Niewinny”

Picture of the author

14 adaptacji książek Harlana Cobena w 5 lat. Ambitny plan Netfliksa na papierze wygląda dobrze, aż żal, że po drodze z pewnością zdarzy się więcej wpadek pokroju „Niewinnego”. Jego twórcy pod płaszczem fabuły z powieści popularnego autora serwują nam produkcję pozbawioną jakiegokolwiek charakteru.

Po sukcesie „Safe” Netflix postanowił eksploatować twórczość Harlana Cobena jak tylko się da. Streamingowy gigant podpisał z pisarzem pięcioletni kontrakt na łącznie 14 serialowych i filmowych jego powieści. W umowie znalazł się jednak pewien kruczek. Platforma postanowiła, że będą one powstawać w różnych krajach na świecie. Była już brytyjska i polska ekranizacja, a teraz nadszedł czas na hiszpańską.

W wywiadzie przy okazji premiery „W głębi lasu” Leszek Dawid opowiadał, że za takim posunięciem prawdopodobnie stoi chęć odnalezienia lokalności tych historii, a następnie wydobycia z niej pewnych uniwersalnych prawd. W przypadku rodzimej produkcji udało się dzięki temu stworzyć portret pokolenia czasów transformacji ustrojowej. W „Niewinnym” jest podobnie, bo mamy do czynienia z opowieścią o ludziach zagubionych, mierzących się z własną mroczną przeszłością. Co, warto zaznaczyć, jest przecież często wykorzystywanym przez autora chwytem narracyjnym.

Sama intryga schodzi tu na drugi plan.

Nie jest to w żadnym wypadku whodunnit. Podczas seansu nie będziemy sobie zadawać pytań „kto zabił” czy „jakie kierowały nim motywy”. Zamiast tego zagadką są stopniowo wychodzące na jaw tajemnice z przeszłości kolejnych bohaterów. Narracja skupia się na losach Mateo, który niemal dekadę wcześniej po feralnej bójce w barze został skazany za nieumyślne spowodowanie śmierci. Po czteroletniej odsiadce próbuje odbudować swoje życie z poznaną na przepustce z więzienia Olivią. Po jakimś czasie okazuje się jednak, że jego partnerka coś ukrywa. Worek z sekretami rozsypie się, kiedy kobieta wyruszy, jak twierdzi, w podróż służbową.

Nie spodziewajcie się jednak, że twórcy poprowadzą nas do rozwiązania po nitce do kłębka. Budują swoją opowieść, rezygnując z klasycznej chronologii i skacząc między prezentowanymi wątkami, a każdy z odcinków przybliża nam historię innej postaci. To kolejne części układanki potrzebne nam do stworzenia spójnej całości.

Na przestrzeni ośmiu epizodów Oriol Paulo pokazuje losy nie tylko protagonistów, ale również śledczych próbujących połączyć ich z tajemniczymi zabójstwami. Wszyscy bohaterowie mają indywidualny bagaż emocjonalny, przez co serial z pełnokrwistego thrillera zmienia się w tanią hiszpańskojęzyczną telenowelę. Nie pomagają nawet liczne sceny strzelanin, odcinanie palców, czy zwroty akcji zmieniające całkowicie nasz pogląd na przedstawiane wydarzenia.

W ostatnich odcinkach dochodzi wręcz do przewartościowania gatunkowego paradygmatu. Mamy wtedy do czynienia z kinem zemsty, a twórcy dociskają pedał gazu. Co z tego, skoro wydaje się, że ciągną swoją opowieść na siłę, nieudolnie próbując nas jeszcze czymś zaskoczyć. Tym samym mariaż konwencji udaje się tylko połowicznie. I tak lepiej niż połączenie wszystkich podjętych wcześniej wątków. Wszelkie wolty fabularne wciskane są już na siłę i narracja staje się coraz grubszymi nićmi szyta. A jakby tego było mało, pojawiają się nawet znamiona ciężką ręką prowadzonego moralitetu o tym, że każdy zasługuje na odkupienie i drugą szansę.

Chociaż książkowy pierwowzór został wydany ładnych kilkanaście lat temu, bo w 2005 roku, miłośnicy hiszpańskich seriali Netfliksa na pewno nie opędzą się (przynajmniej w jednym epizodzie) od skojarzeń z niedawnym „Sky Rojo”. Jednym z wątków jest bowiem historia striptizerek/prostytutek chcących uciec od wykorzystującego je alfonsa. W wyzywających panterkach, wysokich kozaczkach i z toną makijażu na twarzy przygotowują plan jak odzyskać wolność. Kiedy wcielają go w życie, natrafiają na kilka problemów, a nawet parę przypadkowych trupów.

O ile jednak serial sygnowany nazwiskiem Álexa Piny napędzała pulpowa energia znana z „Death Proof” Quentina Tarantino i neonowa estetyka, w „Niewinnym” twórcy wchodzą w coraz głębszy mrok. Całkowicie (u Piny było to połowiczne) poświęcają gatunkowość na ołtarzu źle pojmowanej dramaturgii. Kierują nimi nie do końca zrozumiałe artystyczne ambicje. Narracja mknie do przodu za sprawą tanich tragedii osobistych bohaterów, a o jakichkolwiek jaskrawych barwach rozświetlających świat przedstawiony możemy zapomnieć. Jeśli już się pojawiają, to mają podkreślać piekło, w jakim znajdują się bohaterki. Z tego powodu ta nieustająca powaga staje się wręcz śmieszna, przez co na widzów zamiast godzin trwania w nieustającym napięciu, czeka jedynie ironiczny chichot pod nosem.

Niewinny/Netflix

Tym samym „Niewinny” zdaje się idealny do zbindżowania w jeden weekend.

Nie trzeba zbytnio skupiać się na fabule, bo wtedy seans stanie się prawdziwą katorgą, którą wytrzymają jedynie najbardziej zatwardziali fani prozy Cobena i, być może, miłośnicy telewizyjnych tasiemców. Wszyscy pozostali niech szykują się na oglądanie go jednym okiem podczas sprzątania czy gotowania. Będzie stanowił całkiem przyjemny dodatek do prozaicznych czynności i zapewni wam w ten sposób kilka godzin rozrywki. A o co w nim chodziło, zapomnicie wraz z pojawieniem się napisów końcowych. W pamięci pozostanie jedynie mgliste wspomnienie pozbawionej charakteru i ciężaru emocjonalnego produkcji wtapiającej się w tło setek innych kryminalnych tytułów eksploatujących podobne tematy.

Serial „Niewinny” obejrzycie na platformie Netflix.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst