Filmy  /  Felieton

Disney jedną decyzją zrujnował „Powrót Jedi”. Nie potrafiłbym dzisiaj dorastać jako fan „Star Wars”

Picture of the author

Dla wielu z nas „Gwiezdne wojny” stanowią jedną z najważniejszych historii dzieciństwa. Kolejne decyzje zmierzające w stronę zniszczenia całego sensu dzieła George'a Lucasa sprawiają jednak, że coraz trudniej wyobrazić mi dorastanie jako fan. Nowy komiks Marvela sprawił choćby, że „Powrót Jedi” stracił cały swój sens.

W trakcie ponad 40 lat swojego istnienia marka „Star Wars” wielokrotnie przeżywała lepsze i gorsze chwile. Żaden z fanów odległej galaktyki nie ma chyba zamiaru udawać, że każda z decyzji artystycznych George'a Lucasa okazywała się strzałem w dziesiątkę. Byłoby to wręcz niemożliwe. A przecież do widzów i czytelników trafiały też słabe książki, gry czy seriale, za które Lucas nie odpowiadał bezpośrednio, bo po prostu należały do Expanded Universe.

Nie ma jednak wcale żaden przesady w stwierdzeniu, że Disney po przejęciu praw do „Gwiezdnych wojen” w ewidentny i bardzo świadomy sposób zniszczył też wiele dobrego. Wyrzucenie całego starego kanonu na śmietnik historii (w tym całego grona świetnych książek i komiksów), tworzona chaotycznie nowa trylogia i nastawienie na zarabianie pieniędzy ponad wszystko – to wszystko są grzechy Disneya, których nie sposób lekceważyć. I fandom „Star Wars” nie przymknął na to oczu, dlatego od kilku lat toczy to gorącą, to zimną wojnę z wytwórnią. Zresztą nie jest w tym jedyny, o czym pisałem niedawno przy okazji sporu wokół „Ligi Sprawiedliwości Zacka Snydera”.

Disney nie ma szacunku dla „Star Wars”, dlatego rujnuje oryginalną trylogię.

W ostatnich miesiącach nastroje wśród wielbicieli gwiezdnej sagi nieco się uspokoiły, a pozytywny odbiór 2. sezonu „The Mandalorian” i zapowiedź wielu kolejnych seriali sprawiły, że pojawiła się nawet swego rodzaju nadzieja na lepszą przyszłość. Pokładanie jakiegokolwiek zaufania w wytwórnię odpowiedzialną za „Skywalker. Odrodzenie” było jednak dosyć naiwne. Bo Disney wciąż gra głównie pod siebie, dlatego większość jego projektów należących do „Gwiezdnych wojen” wynika z chęci zbicia pieniędzy na nostalgii lub retroaktywnego naprawienia dziur fabularnych z nowej trylogii.

Problem w tym, że w międzyczasie rozwalają w ten sposób wewnętrzną logikę wcześniejszych opowieści. Dobrym przykładem jest tu fabuła wydanego 28 kwietnia komiksu „Darth Vader #11”. Rozgrywająca się między „Imperium kontratakuje” i „Powrotem Jedi” nowa seria o Lordzie Sithów została z początku przyjęta całkiem pozytywnie (o czym Piotr Grabiec szerzej pisał TUTAJ). Głównie dlatego, że najważniejszym wątkiem w niej przedstawionym było poszukiwanie planety Exegol przez Dartha Vadera.

Wiele osób liczyło na sensowne wyjaśnienie postaci Snoke'a i potężnej floty, która pojawiła się w „Skywalker. Odrodzenie”. A przy okazji lepsze połączenie nowej trylogii z oryginalnymi filmami. Bo przecież już od „Przebudzenia Mocy” wewnętrzna logika wymyślonego za czasów Disneya świata stała w sprzeczności z tym, co widzieliśmy wcześniej. I „Darth Vader #11” bynajmniej niczego tu nie naprawia. Wręcz przeciwnie, w jakiś sposób rujnuje „Powrót Jedi” i okres kolejnych kilkudziesięciu lat.

Darth Vader trafia na Exegol i znajduje tam prawie gotową potężną flotę.

Stawia to pod dużym znakiem zapytania sensowność całego planu Imperatora. Dlaczego budował Drugą Gwiazdę Śmierci, skoro mógł użyć kilku? Nie zdołałby dokończyć na czas setek podobnych statków flagowych, ale przynajmniej kilka czy kilkanaście na pewno? Czemu ryzykować porażkę? Po co w ogóle ukrywać wspomnianą flotę na Exegolu? Przecież to nie ma w sobie żadnej celowości.

Foto: Strona z komiksu „Darth Vader #11”/Marvel Comics

Nawet jeśli uznamy, że Palpatine zlekceważył Rebelię, to pozostaje pytanie, czemu później pozwolił jej zamienić się w Nową Republikę. Dzięki „Skywalker. Odrodzenie” wiemy, że przetrwał swoją „śmierć” pod koniec Epizodu VI. A „Darth Vader #11” ujawnia, że Darth Sidious hodował klony Snoke'a jeszcze przed wydarzeniami z finału oryginalnej trylogii. Dlaczego w takim razie Imperator czekał z uruchomieniem Najwyższego Porządku kilkadziesiąt lat? Co mu z tego przyszło? Wszystkie te kwestie pozostają oczywiście bez odpowiedzi, bo zdaniem Marvela trzeba zamiast tego pokazać walkę olbrzymich potworów pod kontrolą Vadera i Palpatine'a. To ostatnie zdanie nie jest wcale żartem, w omawianym numerze naprawdę dochodzi do takiego starcia.

Gwiezdne wojny” nie były historią idealną, ale wcześniej miały sens. Teraz naprawdę trudno się w nich zakochać.

Nigdy nie sądziłem, że znajdę się w pozycji fanów oryginalnej trylogii, który narzekają na nowe filmy niszczące im dzieciństwo. Taka postawa zawsze wydawała mi się tyleż dziecinna, co po prostu głupia. I nie czuje wcale, by kolejne wpadki Disneya psuły mi odbiór najlepszych filmów, książek, gier wideo czy komiksów ze starego kanonu. Natomiast po raz pierwszy konfrontuję się z myślą, że dorastając w ostatniej dekadzie mógłbym nie zostać fanem „Star Wars”.

Czy byłbym w stanie wciągnąć się w fatalnie posklejaną opowieść z nowej trylogii? Czy chciałbym dowiedzieć się więcej o takich postaciach jak Rey lub Finn i spędził dziesiątki godzin, czytając kolejne tytuły z ich udziałem lub przeglądając poświęcone im strony na Wookiepedii? I czy w ogóle moja miłość do „Gwiezdnych wojen” mogłaby się rozwinąć w sytuacji, gdy Electronic Arts przez lata wydał zaledwie garstkę nowych gier z tej marki, Disney+ nie jest dostępny legalnie w Polsce, a nowe książki pojawiają się na rynku tak rzadko?

To bardzo trudne pytania i nie jestem w stanie udzielić na ich temat definitywnej odpowiedzi. Nikt z nas nie wie, do końca, co by było gdyby. Ale nie mogę oprzeć się wrażeniu, że prequele „Star Wars” (przy wszystkich ich wadach) potrafiły o niebo lepiej rozbudzić w młodych ludziach fascynację odległą galaktyką. Disney nabył prawa do Lucasfilmu niemal 10 lat temu. Naprawdę najwyższy czas wziąć ich do odpowiedzialności za to, co uczynili przez tą prawie dekadę. Bo dotychczasowy efekt jest naprawdę mierny.

Oscarowe i głośne tytuły możesz obejrzeć w CHILI za darmo dzięki nowej promocji Logitech – sprawdź

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst