Filmy  /  Recenzja

„Mitchellowie kontra maszyny” to komedia o rodzinie dla całej rodziny. Oceniamy film twórców „LEGO Przygoda” i „Spider-Man Uniwersum”

Picture of the author

„Mitchellowie kontra maszyny” to najnowszy film pełnometrażowy od twórców takich hitów jak „LEGO Przygoda” i „Spider-Man Uniwersum”. Czy Phil Lord i Christopher Miller dostarczyli kolejny film, który zachwycili miliony widzów, a może tym razem przestrzelili ze swoim pomysłem? Odpowiedź na to pytanie nie jest taka prosta.

Ostatnich 20 lat amerykańskiej animacji można bez najmniejszych wątpliwość nazwać „erą dominacji studia Pixar”. Należąca do Disneya firma swoimi w większości doskonałymi produkcjami wielokrotnie wyznaczała trendy i ukształtowała model pełnometrażowej animacji dla całej rodziny. Bardzo niewiele firm było w stanie rzucić wyzwanie Pixarowi, choć pojedyncze sukcesy przytrafiały się i DreamWorks Animation, i Illumination Entertainment.

W 2014 roku do kin trafiła jednak produkcja wytwórni Warner Bros., która zachwyciła krytyków i widzów nie tylko swoją fabułą i bohaterami, ale też tym jak inna od przyjętego modelu była. Wspomnianym filmem-fenomenem była animacja „LEGO Przygoda” wyreżyserowana przez Phila Lorda i Christophera Millera. Obaj amerykański twórcy kilka lat później po raz kolejny rozbili bank za sprawą doskonałego tytułu „Spider-Man Uniwersum”. Dlatego ich kolejna produkcja zatytułowana „Mitchellowie kontra maszyny” całkiem słusznie od miesięcy budziła wielkie zainteresowanie. Ale czy zdołała spełnić rozbudzone nadzieje widzów?

Mitchellowie kontra maszyny – recenzja:

Familijna produkcja poświęcona rodzinie Mitchellów pierwotnie miała ukazać się w kinach, ale z powodu przeciągającego się zamknięcia kin wytwórnia Sony Pictures ostatecznie sprzedała prawa do dystrybucji platformie Netflix. I trzeba otwarcie powiedzieć, że film wyreżyserowany przez Mike'a Riandę jak najbardziej pasuje do dotychczasowej biblioteki serwisu. To bardzo kolorowe i wciągające dzieło, które z łatwością przyciągnie przed ekran tak młodych widzów, jak i ich rodziców.

Relacje między różnymi pokoleniami to zresztą jeden z dwóch głównych tematów produkcji. Główny wątek „Mitchellowie kontra maszyny” kręci się wokół postaci nastoletniej Katie, która szykuje się do wyjazdu na wymarzone studia w szkole filmowej. Dziewczyna dorastała w domu otoczonym miłością, ale od lat miała problemy z dogadywaniem się ze swoim ojcem.

Dlatego ostatniej nocy przed podróżą między Katie i Rickiem dochodzi do sprzeczki, która kończy się zniszczeniem laptopa bohaterki. W ramach zadośćuczynienia ojciec postanawia odbudować nadszarpnięte relacje w trakcie rodzinnej podróży samochodowej do Los Angeles. Problem w tym, że wycieczkę przerywa apokalipsa zorganizowana przez inteligentne roboty pod dowództwem inspirowanej Alexą i Siri sztucznej inteligencji o nazwie PAL.

Dostępny w serwisie Netflix film porusza tematy rodzinnego życia i uzależnienia od technologii, ale to w gruncie rzeczy niezobowiązująca komedia.

Zwłaszcza ta druga kwestia zostaje tutaj potraktowana bez większego zaangażowania czy pomysłu. „Mitchellowie kontra maszyny” niby pokazują, że czasem warto odłożyć trzymane w dłoni urządzenia elektroniczne i spędzić czas z najbliższymi, ale nie sposób mówić też o jakimś wyraźnym morale czy przesłaniu wymyślonym przez scenarzystów. Najważniejsze w filmie wyprodukowanym przez Lorda i Millera są dobra zabawa i uniwersalne uczucia odczuwane przez każdego nas, dzięki którym jesteśmy w stanie utożsamić się z bohaterami.

Nie jest to wcale trudne, bo choć cała czwórka Mitchellów opiera się do pewnego stopnia na stereotypach, to ich kreacja jest ogółem bardzo wiarygodna. Któż z nas nie musiał nigdy użerać się z młodszym bratem zafascynowanym do znudzenia tym czy innym tematem? Jak wiele mam próbowało bezskutecznie pogodzić skłóconych członków rodziny? Ilu ojców miało wrażenie, że nikt nie docenia ich wysiłków? I jak często nastoletnie córki czuły się niezrozumiane przez własną rodzinę? Odpowiedź na wszystkie te pytania jest oczywista, ale nie deprecjonuje to w żaden sposób roboty wykonanej przez scenarzystów filmu „Mitchellowie kontra maszyny”. Tytułowa rodzina to po prostu postaci z krwi i kości.

Scenariusz produkcji warto też pochwalić za w większości naprawdę udane żarty i wizualne gagi. Twórcy niekiedy za bardzo na siłę stają się być modni i wkupić w łaskę młodego pokolenia, lecz nie jest to jakiś olbrzymi problem. Bo oprócz tego dialogi stoją na wysokim poziomie. „Mitchellowie kontra maszyny” podobnie jak inne filmy Lorda i Millera mają też swój własny wizualny styl, są bardzo kolorowe i żywe, choć jednocześnie nie robią takiego wrażenia jak „LEGO Przygoda” czy „Spider-Man Uniwersum”. To film ładny dla oka, ale nierewolucyjny.

„Mitchellowie kontra maszyny” nie odkrywają gatunku na nowo w takim choćby stopniu jak „Klaus”.

Spośród tych dwóch familijnych animacji Netfliksa to produkcja z 2019 roku okazuje się dosyć zdecydowanym zwycięzcą (recenzję tego tytułu znajdziecie TUTAJ). Ale w każdym razie takie porównanie z mojej strony nie ma na celu zrażać kogokolwiek do obejrzenia filmu Michaela Riandy. Bo to naprawdę udana pełnometrażowy film animowany, który stanowi pozytywny dodatek do biblioteki Netflix Polska.

Oscarowe i głośne tytuły możesz obejrzeć w CHILI za darmo dzięki nowej promocji Logitech – sprawdź

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst