Dzieje się  /  Felieton

Jestem jak Słowak gotujący się w tym wielkim garze. Mam już dość Makłowicza!

Picture of the author
1117 interakcji
dołącz do dyskusji

Robert Makłowicz to najbardziej pozytywna osoba w Polsce. I nawet z tym nie handlujcie. Czerpie z życia pełnymi garściami, jest chodzącą definicją hedonizmu, nie ma na koncie skandali, cieszy się powszechnym szacunkiem, a jego optymizm i dystans do życia jest zaraźliwy. Jest tak fajny, że każdy go rozchwytuje niczym sałatkę jarzynową na Wielkanoc i za chwilę wyskoczy nam z lodówki. A nie, tam też już siedzi.

Znam go, tak jak większość z was, z programów podróżniczo-kulinarnych, które były wtedy nowością, a ze względu na osobowość, wiedzę i pełen luz prowadzącego oglądało się je pasjami jak teraz seriale Netfliksa. Na przełomie mileniów to się zmieniło, bo i moje zainteresowania przenosiły się powoli sprzed ekranu telewizora do c y b e r p r z e s t r z e n i. Robert Makłowicz został bohaterem i wspomnieniem związanym z beztroskimi czasami dzieciństwa.

Do tej pory z dumą chwalę się zdjęciem, na którym Robert Makłowicz polewa mi wino.

Zdarzyło się to w 2015 roku, kiedy już byłem reporterem radiowym w Łodzi. Wybrałem się wtedy na otwarcie jego winiarni w Manufakturze. Zaczął mi opowiadać tak poetyckim językiem o szczepach w Czechach (wtedy jeszcze chodziło o winogrona, a nie koronawirusa), że aż w pewnej chwili się wyłączyłem, bo chciałem już skosztować zachwalanego przez niego trunku.

Fot. archiwum prywatne

Jednak piszę o tym też dlatego, że pan Makłowicz okazał się takim samym serdecznym i wygadanym człowiekiem jak w programach telewizyjnych. Jeżeli więc macie o nim pewne wyobrażenia, to on jest taki naprawdę również poza kamerą. Co sprawia, że teraz z bólem serca patrzę na to jak się sprzedał i jest w co drugiej reklamie. Jakby już memy z nim wcale się nie przejadły.

Robert Makłowicz z kulinarnego eksperta w telewizji stał się popularnym memem.

Przełomowa w jego internetowej karierze była doskonała copypasta sprzed siedmiu lat. Opisywany jest w niej zmyślony incydent mający miejsce w świętej pamięci Almie, kiedy to słynny podróżnik kulinarny z telewizji zrobił awanturę, bo ktoś śmiał nazwać kaszą manną – grysik.

To była ta chwila, kiedy, przynajmniej z mojej perspektywy, po raz pierwszy odżył szerzej w sieci, a ludzie dostrzegli w nim heheszkowy potencjał. Kiedy założył kanał na YouTubie, jego popularność już zupełnie eksplodowała. Dzięki temu połączył starsze pokolenie z młodszym, które nie pamięta go z telewizji, bo wtedy na dywan po drabinie wchodziło.

Szczególnie, że i on sam jest autoironiczny (jak np. we vlogu z dmuchanym, różowym flamingiem), a takich celebrytów jest u nas tyle, co trufli w polskich lasach. Pełno jest więc obrazków z Makłowiczem bez koszulki lub w wannie, które mogłyby być symbolem ruchu bodypositive.

Fot. paczaizm.pl

Sam się śmieje z tych memów, a ten kultowy – z gotowaniem Słowaków ze zdjęcia głównego – jest jego ulubionym. Powstała też niezliczona liczba przeróbek i filmików. W jednym ktoś zrobił kompilacje tego, jak mówi „eeeee”, w innym słyszymy jak naśladuje „dźwięk z Netfliksa”, w kolejnym, jednym z najświeższych, w surrealistyczny sposób śmieje się z psa wcinającego koperek.

Po memach uwielbiany smakosz-obieżyświat przeistoczył się w słup reklamowy.

Potencjał w Robercie Makłowiczu dostrzegli nie tylko memiarze, ale i marketingowcy. Niestety zawsze tak się dzieje, że jak już następuje przesyt danych memów, to dopiero wtedy odkrywają je social media ninja. I dochodzi do przegrzania systemu. Tak też stało się z Robertem Makłowiczem. Jest go już za dużo i stał się ciężkostrawny.

Nie przeszkadzał mi jego straganik z winami w każdej Biedronce, bo, jak już wiecie, z alkoholem wiąże się pewna sentymentalna anegdotka. Jednak w tym roku nie dość, że występuje w tradycyjnych reklamach, to stał się słupem ogłoszeniowym jak influencerki z Instagrama. Na przykład promował portal z jedzeniem na wynos pod pretekstem zachęcania do weganizmu.

To jeszcze było w sumie akceptowalne, bo Robert Makłowicz jak to każdy facet lubi mięsiwo, a tu proszę – dieta roślinna też może być smaczna. Poza tym wiązało się to w pewien sposób z jego branżą. Kuriozalny dla mnie był jednak jego wpis, w którym zapraszał na wywiad w programie Karola Paciorka, by w kolejnym akapicie opowiedzieć o aplikacji płatniczej, a w komentarzu zapodać reflinka.

Pandemia i posucha w pracy dla gwiazd się skończy, ale przykre wrażenie pozostanie.

Dziwne jest też jego kolabo z operatorem komórkowym. Stał się jego ambasadorem, promuje filozofię „Gooddyzm” i... to mi się po prostu nie klei z jego dotychczasowym wizerunkiem. Pomijając to, że reklama jest puszczana do znudzenia jak ta inna, o włączaniu niskich cen. I jakby tego było mało, dwa tygodnie temu stał się jeszcze twarzą sosów. Tak więc w tym momencie jesteśmy osaczeni Robertem Makłowiczem – w internecie, radiu, telewizji i sklepach. Nie da się już od niego tak łatwo uciec.

Możliwe, że to pokłosie pandemii, w której osoby związane z przemysłem rozrywkowym mają trudniej i chwytają się wszelkich sposobów na zarobek. Jednak taka na przykład Magda „Besos” Gessler, koleżanka po fachu i również idolka internautów, nie jest już tak wszechobecna, a jej restauracje też nie miały się zbyt dobrze w lockdownie. Wszystko jednak powoli powraca do normy i wkrótce pan Robert będzie robił to, co umie najlepiej – odkrywał przed nami kuchnie świata. Niesmak jednak może pozostać.

Oscarowe i głośne tytuły możesz obejrzeć w CHILI za darmo dzięki nowej promocji Logitech – sprawdź

* Zdjęcie główne: program TVP

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst