Filmy  /  Felieton

Tak wygląda Ameryka zatopiona we własnych śmieciach. Film „Joker" wylądował na Netfliksie

Picture of the author

Jack Nicholson, czy Heath Ledger? Na pewno nie Jared Leto, więc przechodzimy od razu do Joaquina Phoenixa. Tak, to jest Joker na miarę naszych czasów. Widzowie i krytycy pokochali film Todda Phillipsa. I nic dziwnego. W końcu łączy w sobie hollywoodzkie trendy fabularne ostatnich dekad, jednocześnie z publicystycznym pazurem oceniając kondycję współczesnego społeczeństwa.

Chociaż zabrzmi to jak komunał tyczący się prawdopodobnie również każdej innej produkcji, powiedzmy to sobie jasno: „Joker” nie mógłby powstać w żadnych innych czasach. Możemy jedynie gdybać, że w latach 90. zgodnie z modą w kinie komiksowym wyznaczoną przez Joela Schumachera i jego „Batmany” byłby mocno groteskowy, zabawny, kolorowy i skierowany do młodszego odbiorcy. O mroku Todda Phillipsa moglibyśmy jedynie pomarzyć. Co innego kilka dekad później, kiedy Ameryka okazuje się już zupełnie inna, a Hollywood zmienia swoje priorytety.

Chaos i bezsens przemocy po 9/11

Nie sposób spojrzeć na fenomen „Jokera” bez przywołania jednej z największych, a na pewno największej w XXI wieku tragedii, jaka dotknęła Stany Zjednoczone. Zamach z 11 września 2001 roku na zawsze zmienił życie Amerykanów i wpłynął na kształt X muzy w nadchodzących latach. Kino się zmieniło. Czuć było zaskoczenie i niezrozumienie tego aktu przemocy. Oto w łaskach wytwórni znalazł się chaos i zamieszanie.

Steven Spielberg tworzy „Wojnę światów”, w której kosmici niszczą wszystkie możliwe budynki, aby Tom Cruise, tak jak ma to już w zwyczaju, mógł sobie pobiegać. Kilka lat później widzów porywa „Projekt: Monster”. Wielki potwór, nie wiadomo do końca skąd, na pewno nie wiadomo dlaczego, atakuje świat. A my oglądamy to wszystko z niesamowitym poczuciem realizmu. Dzięki wykorzystaniu poetyki found footage produkcja przywodzi na myśl amatorskie wideo nagrywane podczas zamachu na World Trade Center. To jednak nie wystarczało do przerobienia traumy Amerykanów.

Piła” zmieniła pejzaż horrorów, dając początek tzw. torture porn. Twórcy kina grozy rozsmakowują się w prezentowaniu bezsensownej przemocy. Brutalność podkręcają do 11, szukając ku temu najdrobniejszych pretekstów. Motywy morderców nie mają znaczenia. Liczy się jedynie bezsens odrywanych członków i rozlewanej krwi. To jednak szybko minęło i dzisiaj nurt ten reprezentują na dobrą sprawę jedynie kolejne części (i nadchodzący spin-off) wspomnianego na początku akapitu filmu. Amerykanie przeszli bowiem do następnego etapu przeżywania żalu.

Gniew, chęć zemsty i superbohaterowie

Twórcy filmowi postanowili wybrać się do samego jądra ciemności i źródła amerykańskiej traumy. Fabuły coraz częściej są osadzane na Bliskim Wschodzie, a tam dzielni żołnierze stawiają czoła wrogowi. My możemy podziwiać ich bohaterstwo i kupować bilety do kina dziękując im za ich służbę. W tym samym rejonie co oni rozbrajają bomby, a agenci CIA tropią terrorystów dochodzi do narodzin marvelowskiego superbohatera. Porwanie przez Al-Ka’idę pozwala Tony'emu Starkowi zmienić się w Iron Mana, a MCU zaczyna podbijać serca milionów fanów na całym świecie.

I kiedy z jednej strony Amerykanie mszczą się na wszystkie sposoby, czekając aż Maya doprowadzi do zabicia Osamy bin Ladena we „Wrogu numer jeden”, twórcy horrorów postanawiają zrozumieć naturę zła. Sięgają do naszych starych, kinowych koszmarów. W remake'u „Koszmaru z ulicy Wiązów” Freddy Krueger nie jest już boogeymanem z ledwo naszkicowaną przeszłością, a staje się człowiekiem z krwi i kości. Zło coraz częściej zyskuje ludzkie oblicze. Potwory przestają być jednowymiarowe. Ich motywacje zarówno w kinie grozy, jak i ogólnie Hollywood są już o wiele bardziej zniuansowane niż wcześniej. A swoją cegiełkę do tego trendu dorzuca sama wytwórnia Walta Disneya (dwie części „Czarownicy” i nadchodząca „Cruella”).

Utrata poczucia humoru

Jak w takich okolicznościach utrzymać pogodę ducha? Poczucie beznadziejności jest obezwładniające. Humor staje się miłym wspomnieniem. Rodzi się trend nieśmiesznych komedii (najlepiej widać to w filmach Ricka Alversona, czyli ironicznie tak zatytułowanej „Komedii” i „Rozrywce”). Amerykanie jako tako, ale nie do końca poradzili sobie z traumą 9/11, a w ich kraju po latach rozluźnienia za dwóch kadencji Barracka Obamy, Donald Trump podsyca ksenofobiczne nastroje i dzieli całe społeczeństwo. Idzie przecież zwariować.

W „Jokerze” rysuje się portret Ameryki zatopionej we własnych śmieciach. Społeczeństwo aż buzuje od gniewu na podziały klasowe. Musi dojść do rewolucji, na której czele, chcąc nie chcąc, stanie tytułowy i totalnie niezabawny, aspirujący komik. A wszystko to w położonym gdzieś poza czasem i przestrzenią Gotham City. Nawias nieprawdopodobieństwa co prawda jest tutaj ewidentny, ale film jednocześnie wydaje się niebezpiecznie rzeczywisty. To sen wariata. Jesteśmy świadkami powolnego rozpadu psychiki tytułowego (anty)bohatera. Phillips bardzo mocno to podkreśla, a jednak jesteśmy skłonni kibicować protagoniście. Dostrzegamy jakiś sens w jego działaniach, współczujemy mu, a nawet rozumiemy.

„Joker” okazuje się bowiem wypadkową najnowszych wydarzeń i kinowych trendów. Łączy w sobie najpopularniejsze motywy fabularne w Hollywood pierwszych dekad XXI wieku, jednocześnie wpisując się w kontekst społeczno-polityczny czasów swojego powstania. Podczas seansu z tyłu głowy cały czas brzęczy głos Jacka Nicholsona pytającego „gdzie jest Batman”. A odpowiedź jest jasna. Nie ma go. Jest dzieckiem. Nikt nas nie uratuje. Przynajmniej na razie... Bo teraz, ze względu na pandemię będziemy potrzebować nadziei. I kino z pewnością nam jej dostarczy.

Film „Joker” obejrzycie na platformie Netflix.

Oscarowe i głośne tytuły możesz obejrzeć w CHILI za darmo dzięki nowej promocji Logitech – sprawdź

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst