Komiksy  /  Recenzja

Nikt nie zapłacze po Mufasie. Komiksowy „Król Lew” to nieudane przeniesienie filmowego oryginału na inny język

Picture of the author

Jeśli chce się to zrobić dobrze, tłumaczenie hitu jednego medium na inne nie należy do łatwych. Odbywa się według dobrze znanej studentom metody kopiuj, wklej, ale też wytnij i dodać coś po drodze. I to w tych dwóch ostatnich punktach kryje się klucz do sukcesu. Jeśli się je pominie, albo nie przyłoży do nich wagi, bez problemu będzie można wyczuć nieudolność, a jego autora trzeba wtedy oblać. Dlatego też gdyby komiksowy „Król Lew” był pracą zaliczeniową, Bobbiemu JG Weissowi i Sparky’iemu Moore’owi należałoby wystawić ocenę niedostateczną.

Dla mnie i wielu osób z mojego pokolenia „Król Lew” z 1994 roku wiąże się z pierwszym kinowym doświadczeniem. I z tego powodu animacja siłą rzeczy zawsze będzie nieco idealizowana. Jednakże ciągle ma w sobie mnóstwo magii, o czym łatwo się przekonać, oglądając ją chłodnym okiem po latach. Będąc dojrzalszym widzem można zauważyć, że wychowaliśmy się na Hamlecie w bajkowej odsłonie i dojrzeć umykające w młodszym wieku konteksty, jak hieny maszerujące niczym nazistowscy żołnierze. Ten klasyczny już film Disneya praktycznie wcale się nie zestarzał. Mimo to Myszka Miki postanowiła go jakiś czas temu odświeżyć. Jon Favreau wyreżyserował nową wersję przygód Simby, kopiując oryginał, niewiele wycinając i jeszcze mniej dodając od siebie. W efekcie otrzymaliśmy jeden z najbardziej niepotrzebnych remake’ów w historii. Oglądało się go jednak całkiem przyjemnie. O wiele przyjemniej niż czyta się komiksową odsłonę dobrze nam znanej z wielkiego ekranu opowieści.

Komiks pierwotnie został wydany w 2007 roku w ramach serii Disney Junior Graphic Novel.

Podobnego odświeżenia doczekało się wiele nowszych i starszych animacji Disneya i jest to podejście jak najbardziej godne pochwały. Za pomocą interesujących i znanych już historii pozwala młodszym czytelnikom zaprzyjaźnić się z nowym medium. Niestety, jego wykonanie to już zupełnie inna sprawa. Przerzucając kolejne strony łatwo dojść do wniosku, że korporacja próbuje niskim kosztem zarobić jak najwięcej i nawet tego nie ukrywa. Sugeruje to już niezbyt imponujący rozmiar wydawnictwa. Na przestrzeni niecałych 50 stron nie sposób odtworzyć znanej z wielkiego ekranu narracji. Siłą rzeczy trzeba ją ograbić z wielu motywów, chwytów i całego oryginalnego pomysłu. Niemożliwym okazuje się również wykorzystanie w pełni innego języka. Pozostaje więc naśladownictwo.

Nie jest to z pewnością przypadek powieści Marvela, w których komiksy wydawnictwa zostały poddane literackiemu liftingowi. Można im oczywiście wiele zarzucić, ale czuć w nich masę serducha. Udało się w nich przetłumaczyć oryginały na zupełnie inny przecież język. W przypadku „Króla Lwa” można o tym jedynie pomarzyć. Ze względu na małą liczbę stron Weiss i Moore pędzą ze swoją opowieścią na łeb na szyję i nie mają szans na zawarcie w niej jakiegokolwiek ładunku emocjonalnego. Kiedy historia aż prosi się o rozszerzeniu kadru na całą planszę, gdy chcielibyśmy przyjrzeć się demonicznemu Skazie, czy rzucającemu mu wyzwanie Simbie nie mamy na to szans. Wszystko co otrzymujemy to malutkie okienka przywodzące na myśl obrazki z pierwowzoru. Wygląda to jakby twórcy wzięli po prostu stopklatki z pierwszego filmu i dodali do nich dymki z wypowiedziami bohaterów.

Król Lew/Egmont

W oryginale duża część narracji prowadzona jest za pomocą chwytliwych piosenek.

Pozwala to twórcom na zwiększenie nawiasu nieprawdopodobności i wykorzystanie konwencji musicalu w celu uwiarygodnienia uproszczeń. Siłą rzeczy w komiksie tego nie ma. Jednakże medium ma na tyle rozwinięty język, że jego gramatyka z łatwością pozwala znaleźć jakieś chwyty zastępcze. Wymagałoby to jednak odrobiny wysiłku. Weiss i Moor się na to nie zdecydowali. Z każdego kadru bije lenistwo zarówno scenariuszowe jak i rysunkowe. Nie ma więc magii, ale pojawia się wściekłość czytelnika na zniszczenie obiektu kultu. Brakuje tu inwencji, kreatywności, jakiegokolwiek pomysłu. Jest za to próba grania na naszej nostalgii i skrzywdzenia dzieci, które nie miały jeszcze okazji płakać po śmierci Mufasy.

Oscarowe i głośne tytuły możesz obejrzeć w CHILI za darmo dzięki nowej promocji Logitech – sprawdź

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst