1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Fatality czy flawless victory? Oceniamy film „Mortal Kombat”

„Mortal Kombat” – oceniamy film, na który czekały miliony fanów
218 interakcji
dołącz do dyskusji

Miliony fanów popularnej serii gier wideo czekało na ten moment od lat. W końcu świat ujrzał nową filmową inkarnację „Mortal Kombat”. Czy warto było czekać?

Dyplomatycznie odpowiem, że na pewno „Mortal Kombat” AD 2021 jest filmem lepszym niż „Mortal Kombat: Unicestwienie”. Ale, który film nie jest lepszy niż „Mortal Kombat: Unicestwienie”? Sequel pierwszego kinowego MK, który okazał się niemałym przebojem w 1995 roku, to jedna z najgorszych produkcji w historii kina. A i wspomniany wyżej „Mortal Kombat” AD 1995 nie należy do filmów wybitnych.

Ale w końcu mówimy tu o materiale źródłowym, który jest niezwykle i absurdalnie brutalną serią gier wideo z gatunku krwawych bijatyk. Z jednej strony rozumiem potrzebę fanów gry, by zobaczyć jej bohaterów i pojedynki w wersji kinowej, ale z drugiej – historia rozpisana w „Mortal Kombat” jest tak niedorzeczna i durna, że siłą rzeczy pchamy się w rejony kina klasy C. Oprócz samych walk mamy tu jeszcze nadprzyrodzone moce, postaci z innych wymiarów i pozaziemskich światów, w tym bogów, czarodziei, demony. Taka mikstura idealnie nadaje się do tło bijatyki w formie gry wideo, ale jeśli chodzi o kino, to tu już jesteśmy wystawieni na sporą dozę wyrozumiałości.

Mając to wszystko na uwadze, pierwszy „Mortal Kombat” z 1995 roku „działał” nadzwyczaj dobrze.

Sub-Zero kontra Liu Kang w filmie Mortal Kombat z 1995 roku

Twórcom udało się połączyć elementy kina kopanego z fantasy, kampowość z przymrużeniem oka; stworzyć produkcję rozrywkową i jednocześnie pokazać na ekranie kultowe postaci oraz pojedynki.

W „Mortal Kombat” z 2021 roku udaje się to tylko częściowo. Film zaczyna się od, funkcjonującego jako prolog, wstępu rozrywającego się w XVII-wiecznej Japonii, kiedy to Bi-Han (późniejszy Sub-Zero) morduje z zimną krwią cały klan Hanzo Hasashiego (późniejszego Scorpiona) wraz z jego rodziną i nim samym.

Zresztą film ten powtarza ów prolog z niedawnej animacji studia Warner Bros., czyli recenzowanego u nas ”Mortal Kombat: Scorpion’s Revenge”. Obie te produkcje oparte są na podobnym schemacie fabularnym tak w ogóle, także jeśli widzieliście animację, to nie czeka was wiele nowego pod tym względem.

Konflikt między Hasashim a Bi-Hanem także i w nowej odsłonie MK jest istotnym spoiwem fabularnym.

Wiem, że nie dla fabuły siądziecie do oglądania „Mortal Kombat”, ale wspominam o niej, bo, niestety, jest jej tu trochę sporo. Wręcz za dużo.

Cała pierwsza połowa filmu jest zdecydowanie, jak na tego typu kino, przegadana. I trochę przynudza... Nie sądziłem, że napiszę kiedyś coś takiego o „Mortal Kombat”…

Oczywiście, co parę scen trochę się dzieje, ale to wszystko raczej drobne przymiarki do realnych walk i pojedynków w pełnej krasie. Dialogi wypowiadane przez postaci są tak kuriozalne, że właściwie nie polecam oglądania tego filmu bez „wspomagaczy”. Być może dla osób nie obeznanych z mitologią Mortal Kombat ta cała przydługa ekspozycja okaże się przydatna, ale nie oszukujmy się – oglądać ten film będą w większości fani gier i ci, którzy znają ten świat.

Mam też sporo zastrzeżeń do samych postaci. Nie przekonuje mnie Raiden, który, pomimo faktu, że jest bogiem, nie prezentuje żadnej charyzmy i nie budzi respektu należnego tak potężnej istocie. Przypomina raczej trochę zbyt poważnego wujaszka. To już nawet Christopher Lambert, który sam podchodził do grania w „Mortal Kombat” AD 1995 ze sporym dystansem i co chwila mrugał okiem do widza, robił lepsze wrażenie.

Podobnie jest z Liu Kangiem, który został tu zredukowany do nudnego nauczyciela (a i nawet w tej kwestii grający go aktor nie wypada przekonująco). Sonya Blade jest kompletnie pozbawiona wyrazu (nie pomaga też fakt, że gra ją bardzo drewniana aktorka). Kano ma poniekąd najlepsze kwestie z całej obsady. Ewidentnie pełni tu rolę comic relief podczas niepotrzebnej nieobecności Johnny’ego Cage’a. Ale co z tego, skoro jest potwornie irytujący?

Kadr z filmu Mortal Kombat

A ta nieobecność Cage’a, który jest jedną z najpopularniejszych postaci z gry, jest skutkiem tego, że twórcy woleli oddać pole azjatyckim postaciom i ograniczyć liczbę tych „zachodnich” – brzmi trochę rasistowsko mimo wszystko, ale tak to jest z dzisiejszą poprawnością polityczną i inkluzywnością…

Nie rozumiem też dlaczego, mając w stajni Mortal Kombat tyle postaci, twórcy filmu postanowili w centrum postawić zupełnie nowego bohatera, który w dodatku jest potwornie nijaki i wypada blado na tle praktycznie wszystkich wojowników dotąd stworzonych na potrzeby serii gier.

Szczerze mówiąc także Sub-Zero i Scorpion nie zrobili na mnie dobrego wrażenia.

Sam design ich kostiumów wypada gorzej niż proste, ale bliskie grom, szaty z filmu z 1995 roku. Może przemawia tu za mną nostalgia, choć jeśli tak, to jest to przedziwna nostalgia z postaciami wyrywającymi sobie kręgosłupy.

Scorpion w filmie Mortal Kombat

A propos. Jak już akcja w pełni się rozkręci, niestety dopiero po jakiejś godzinie seansu, to pojedynki są tak krwawe i brutalne, że w pełni zasługują na logo „Mortal Kombat” w tytule. Odcinanie kończyn, przepoławianie ciał, palenie żywcem, rozgniatanie czaszek, wysysanie duszy. W tych momentach żałowałem, że ten film w ogóle ma fabułę i niepotrzebne przerywniki dialogowe. No, ale wtedy byłby już praktycznie grą wideo, więc zaczynam się zapętlać w swoich własnych przemyśleniach. Nie spodziewajcie się jednak tego, że film jest pełen takich momentów.

Szkoda, że poza krwawością i brutalnością sceny walk nie są też widowiskowe.

Było nie było „Mortal Kombat” to, u źródła, seria skupiona wokół sztuk walk. Aż prosi się więc o najwyższej jakości choreografię pojedynków i dostarczenie sekwencji, które zapadną w pamięć na dłużej. Niestety, tego mi tu zabrakło.

Liu Kang i Kung Lao w filmie Mortal Kombat

Twórcy tak się skupili na tym, by przenieść kultowe postaci i ich „moce” do świata filmu, że trochę w sumie zapomnieli o tym, by po prostu zrobić świetnie kino kopane. A na pewno się dało, bo budżet filmu wyniósł prawie 100 mln dol. Mając to na uwadze oczekiwałbym od „Mortal Kombat” mikstury walk z „Transportera”, „Johna Wicka”, „Ong-bak” i „The Raid” w jednym. Dostałem tymczasem przeciętną, względnie nieźle sfilmowaną kopaninę klasy B, która jest na poziomie dzisiejszych produkcji telewizyjnych. Świetny serial „Wojownik” (który na marginesie niedawno wzięło pod swoje skrzydła HBO, ku mojej uciesze) ma lepsze sceny walk.

Koniec końców, nowe „Mortal Kombat” ogląda się trochę jak niemal dwugodzinny teaser czegoś większego, co ma dopiero nadejść.

Szkoda, bo gdy mówimy o tak znanej marce wydaje się to niepotrzebne. Twórcy skupili się na otwieraniu furtek do ewentualnych sequeli bardziej niż na tym, by dać nam w pełni udany film za pierwszym razem. Jeszcze jedna kwestia – jeśli oczekujecie po tym filmie znanego z gier turnieju, tytułowego Mortal Kombat, to też go tu nie znajdziecie. Im dalej w las tym bardziej się zastanawiam czemu w ogóle ten film powstał. Poza zaspokojeniem próśb fanów od lat domagających się kinowego MK.

Sub-Zero w filmie Mortal Kombat

Jeśli jednak przymkniecie oko na durną fabułę, fatalne dialogi, potwornie drewniane aktorstwo, nietrafione wybory castingowe i to, że praktycznie pod każdym względem jest to zły film, a skupicie się na przyzwoitych walkach i jaraniu się postaciami, które znacie z gier wideo, to co niektórzy z was mogą się względnie dobrze na tym bawić.

Ja się mimo wszystko rozczarowałem, bo od „Mortal Kombat” oczekiwałem nie tylko krwawych pojedynków, ale też imponujących wizualnie walk, a poza paroma tanimi błyskotkami, nie otrzymałem tego. Może miałem zbyt duże oczekiwania? Cóż… jeśli macie mniejsze, to tym lepiej dla was. Może przemawia za mną nostalgia, ale dla mnie nadal najlepszy z tej serii pozostaje pierwszy kinowy „Mortal Kombat” z 1995 roku. Prawdopodobnie najlepszy film Paula W.S. Andersona, cokolwiek to oznacza...

Oscarowe i głośne tytuły możesz obejrzeć w CHILI za darmo dzięki nowej promocji Logitech – sprawdź