Filmy  /  Recenzja

„Gundala” kopie tyłki, dając początek indonezyjskiemu MCU. Oceniamy film superbohaterski dostępny na HBO GO

Picture of the author

Na pierwszy rzut oka „Gundala” może wydawać się indonezyjską podróbką filmów MCU. Nic bardziej mylnego. Jego twórcy korzystają z formuły wykształconej w tamtejszej kinematografii już wiele dekad temu.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

W jednej ze scen „Gundali” obserwujemy telewizyjną sondę uliczną. Przechodnie pytani są o ich odczucia względem viralowych wideo z kimś przypominającym superbohatera. Mówią, że jego działania dają im nadzieję. Jest to przejaw samoświadomości produkcji, który odnosi nas bezpośrednio do fenomenu indonezyjskich filmów powstających w czasie trwających 30 lat rządów prezydenta Suharto. Reżim „nowego porządku” rozpoczął się w 1968 roku. Od tej pory nikt nie mógł negatywnie wypowiadać na temat władzy. Rozkwitała za to kinematografia.

Rodzimi twórcy spoglądali na swoich kolegów ze Stanów Zjednoczonych i ich naśladowali, zwracając się w stronę eksploatacji. Ekrany zalewały miejscowe podróbki hollywoodzkich blockbusterów, a także women in prison movies, filmów kanibalistycznych, horrorów, a przede wszystkim tytułów określanych mianem kumpeni. To w nich roiło się od twardych mężczyzn, często obdarzonych nadludzkimi zdolnościami, walczących z niesprawiedliwością. I nawet jeśli w „Jaka Sembung” tytułowy bohater siłą przeciwstawiał się kolonizatorom, publiczność wiedziała, kogo tak naprawdę pokonuje.

Reżyserzy dbali o czytelność powiązań przedstawianych wydarzeń z aktualną polityką. Było to więc stawianie oporu dyktatorowi i jego autorytarnym zapędom. Widzowie wychodzili tym samym z seansów z podniesioną głową, gotowi zmierzyć się z otaczającą ich rzeczywistością, jednocześnie licząc na przybycie kogoś, kto będzie w stanie ją zmienić.

Nieskończonym źródłem inspiracji dla twórców były wtedy komiksy (przynajmniej do czasu, kiedy władza nie zorientowała się, o co chodzi i zakazała ich wydawania).

Jednym z nich był „Gundala Putra Petir”, którego pierwsza adaptacja zadebiutowała w 1981 roku. I dzisiaj, chociaż czasy się zmieniły, tytułowy superbohater ponownie zagościł na ekranie. Demokracja w Indonezji określana jest aktualnie mianem wadliwej, mieszkańcy kraju nie mogą cieszyć się pełnią swobód obywatelskich. I „Gundala”, tak jak wszystkie kumpeni sprzed kilku dekad, oddycha społecznym nieposłuszeństwem.

Robotnicy z fabryki mają dość wyzysku, pracownicy podpalają dom plantatora, a jeden z rezydentów sierocińca wywołuje powstanie przeciw surowym opiekunom. Co chwilę dochodzi do aktów rebelii, przez co świat przedstawiony aż buzuje od kolejnych, nieuniknionych wybuchów gniewu. W tle pojawiają się wątki z imigrantami, wojna światopoglądowa i korupcja polityków, a w sercu fabuły tkwi historia Sancaki. Po śmierci ojca i opuszczeniu przez matkę znalazł mentora pod postacią ulicznego wojownika. Ten nauczył go podstaw sztuki walki. Kiedy protagonista dorósł, odkrył, że po trafieniu piorunem zyskał nadludzkie zdolności. Postanawia je wykorzystać, aby walczyć ze złem i pomóc proletariatowi.

Mamy tu do czynienia ze standardowym origin story superbohatera z mocno uwydatnianym zaangażowaniem społecznym. Siła produkcji leży jednak w scenach akcji. O ile dzisiaj kumpeni jest oglądane z nostalgiczną łezką w oku przez miłośników filmów kultowych i „tak złych, że aż dobrych”, a u reszty widzów może wywoływać ironiczne uśmieszki, o tyle „Gundalę” zrealizowano z poszanowanie zasad wyznaczonych Garetha Evansa i jego dwie części „The Raid”. Joko Anwar dostarcza kinowej adrenaliny w najlepszy możliwy sposób. Przedstawiając walki, korzysta z długich ujęć, abyśmy mogli docenić każdy szczegół ich wymyślnej choreografii. Nie ma mowy o skonfundowaniu widza szybkim i teledyskowym montażem, jak to ma nieraz miejsce w hollywoodzkich blockbusterach. Zamiast tego możemy podziwiać uderzenia i wyprowadzane kopniaki. Narracja pędzi od jednego mordobicia do drugiego w takim tempie, że można dostać zadyszki. Nie brakuje też humorystycznych wstawek. Więc kiedy akurat mamy przerwę od podziwiania starć protagonisty z przestępcami, to pośmiejemy się z chwytliwego one-linera czy slapstickowych gagów.

Gundala

Wszystko gra tu w zabójczym tempie, abyśmy nie nudzili się ani chwili.

W świecie przedstawionym łatwo się zatopić. Niestety „Gundala” cierpi też na bycie pierwszą częścią franczyzy. Twórcy za sprawą filmu rozpoczynają Kinowe Uniwersum Bumilangit (BCU) prowadzone na wzór MCU (Joko Anwar otrzymał nawet błogosławieństwo od szefa Marvel Studios Kevina Feige’a). Wprowadzają kolejne postacie i nie mają czasu, aby je porządnie rozwinąć. Sugerują jedynie ich powrót w kolejnych odsłonach, pozostawiając nas z poczuciem niedosytu. Nie jest to jednak przypadek „Daredevila” z Benem Affleckiem, gdzie łatwo było pogubić się przez to w fabule i oglądać ją bez jakiegokolwiek zaangażowania. W tym wypadku znajdziemy tyle serducha, że każdy szanujący się fan produkcji superbohaterskich będzie z wypiekami na twarzy czekał na kontynuację i inne adaptacje komiksów Bumilangit.

Film „Gundala” obejrzycie na platformie HBO GO.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst