Filmy  /  Artykuł

Krytycy pokochali, a fani nienawidzą. Blockbustery z największa różnicą na Rotten Tomatoes mówią wiele o kinie

Picture of the author

Co łączy filmy takie jak: „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi", „Transformers: Zemsta upadłych", „Noe: Wybrany przez Boga" czy „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości"? Wszystkie znalazły się w nowym zestawieniu produkcji cieszących się najbardziej rozbieżnymi ocenami między widzami i krytykami. A w ten sposób zarazem dużo mówią o współczesnym kinie.

Na temat postępującego dysonansu między średnimi ocen wystawianych przez widzów i krytyków mówi się już co najmniej od dwóch lat, ale dopiero teraz w jednym miejscu zebrano wszystkie popularne blockbustery (dolna granica wynosiła 50 tys. ocen od widzów i 250 recenzji ze strony mediów) cieszące się właśnie taką rozbieżnością. Przynajmniej część produkcji znajdujących się na liście nie budzi wielkiego zdziwienia. Filmy takie jakie „Gwiezdne wojny: Ostatni Jedi", „Ghostbusters. Pogromcy duchów" czy „Kapitan Marvel" od samego początku swojej obecności w kinach wzbudzały duże kontrowersje. Z tej prostej przyczyny, że krytycy zapowiadali fenomenalne kino, a fani „Star Wars" czy MCU w ogóle tego nie widzieli.

W podobnych przypadkach nie chodziło zresztą tylko o różnicę w ocenie jakości jakiegoś dzieła. Bardzo wiele z filmów będących w zestawieniu zostało ustawionych w szerszym kontekście kulturowej wojny, jaka (rzekomo lub naprawdę, w zależności kogo spytać) toczy się między Hollywood a dużą częścią widowni. Fandomy oskarżono o kierowanie się nostalgią, rasizm i toksyczną działalność w internecie, a krytycy z kolei mogli usłyszeć, że trafili do kieszeni wielkich wytwórni takich jak Disney. A przy okazji działają ręka w rękę z poprawnością polityczną.

Zbadanie wyników dostępnych na Rotten Tomateos pokazało dużo ciekawych rzeczy i obaliło pewien mit krążący na temat współczesnego Hollywood.

Przede wszystkim między bajki można odłożyć tezę, że Disney ma władzę nad opiniami dziennikarzy. Podobna teza cieszyła się dużą popularnością wśród fanów DC i części fandomu „Gwiezdnych wojen". Wielbiciele Batmana czy Supermana uważali, że tytuły z tymi bohaterami są niesprawiedliwie traktowane („Liga Sprawiedliwości", „Batman v Superman" i „Legion samobójców" znalazły się w omawianej topce), ale uważne wpatrzenie się w statystyki raczej tego nie potwierdza.

Nie jest oczywiście tak, że środowisko hollywoodzkie jest wolne od korupcji (afera związana z nominacją „Emily w Paryżu" do Złotych Globów dobrze to pokazuje), ale oceny produkcji Disneya czy Warner Bros. w prasie bywają naprawdę bardzo różnorodne. Na powyższej grafice widać to zresztą wyraźnie. Dziennikarze docenili „Kapitan Marvel" i „Ostatniego Jedi", a nie znosili „Skywalker. Odrodzenie" czy nowego „Króla Lwa". A z kolei udane filmy DC takie jak „Wonder Woman" czy „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera" wcale nie są niesprawiedliwie atakowane przez media.

Najbardziej znienawidzonym przez widzów filmem jest „Ostatni Jedi", a z kolei krytycy nie cierpią „Transformers: Zemsta upadłych".

Rozbieżność w ocenie obu tytułów wynosi odpowiednio 48 proc. i 37 proc. W pierwszym przypadku to dziennikarze lepiej ocenili film Disneya, a w drugim bardziej pozytywne nastawienie prezentują widzowie. Czy któraś z tych grup ma częściej rację? Wysunięcie podobnego wniosku jest raczej niemożliwe, bo obie grupy kierują się absolutnie subiektywnymi przesłankami. Od krytyków w teorii wymagamy więcej, bo widzom łatwiej wybaczyć brak obiektywnych przesłanek w ich ocenie. Ale po prawdzie to wszyscy mają coś za uszami.

Bo przecież wiele racjonalnych argumentów przemawia przeciwko „Ostatniemu Jedi" czy żeńskiemu remakowi „Pogromców duchów", a oba te tytuły przedstawiciele mediów ocenili pozytywnie. Z drugiej strony tak hurraoptymistyczne przyjęcie leniwych i wtórnych do bólu „Króla Lwa" i „Aladyna" pokazuje olbrzymi wpływ nostalgii na obiór współczesnego kina przez widownię. Argumentowanie dobrych ocen wystawianych „Skywalker. Odrodzenie" niechęcią do „Ostatniego Jedi" jak na dłoni pokazuje też, że fani potrafią być okropnie mściwi. Na czym czasem tracą lub zyskują tytuły, które nie zasłużyły na podobne traktowanie.

Inna sprawa, że choć różnić będziemy się zawsze (i nie ma w tym nic złego), to widoczne gołym okiem rozbieżności rysują dosyć niepokojący obraz popkultury rządzonej przez prywatne interesy i zanikające autorytety. Jeżeli nikt nie ufa nikomu, a jedynym argumentem stawianym za jakąś nowością staje się „A mi się podoba", to realna ocena kultury staje się niemożliwa.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst