Seriale  /  Recenzja

Zrodzone z nienawiści upiory dręczą czarnoskórą rodzinę. Horror „Oni" wywoła kontrowersje wśród fanów gatunku

Picture of the author

Ostatnie lata przyniosły szereg filmów i seriali grozy podnoszących temat amerykańskiego rasizmu. Tytuły takie jak „Uciekaj!" czy „To my" mają swoich zwolenników i przeciwników, ale nie sposób odmówić im wpływu na cały gatunek. Problem w tym, że moda potrafi przerodzić się w kliszę i tak właśnie jest w przypadku serialu „Oni".

Największą gwiazdą wspomnianego trendu bez dwóch zdań jest reżyser Jordan Peele, który w pewnym momencie swojej kariery porzucił komedię i stał się jednym z najważniejszych twórców kina grozy. Wyprodukowany w 2017 roku film „Uciekaj!" okazał się prawdziwym fenomenem i doczekał się Oscara za najlepszy scenariusz oryginalny. A przecież horrory przez dekady były pomijane przez jury najbardziej prestiżowych nagród. Było to więc naprawdę niebagatelne wydarzenie.

Inna sprawa, że dosyć szybko pojawiły się narzekania na formułę zaprezentowaną przez „Uciekaj!" i kolejne produkcje tego typu. Następny film Peelego pt. „To my" miał już dużo gorsze recenzje ze strony fanów horrorów, którzy narzekali na powtarzalność motywów, słaby suspens (z góry wiadomo, jakim postaciom nic w jego filmach nie grozi) czy spłycanie problemu rasizmu w Stanach Zjednoczonych. Nie zamknęło to jednak popularności horrorów ustawiających czarnoskórych bohaterów w pozycji ofiar systemowej przemocy. Następne w kolejce był m.in. serial „Kraina Lovecrafta" (jego recenzję znajdziecie TUTAJ) czy debiutująca właśnie na Amazon Prime Video antologia „Oni".

Premierowy sezon zatytułowany „Oni: Pakt" opowiada o czarnoskórej rodzinie, która w latach 50. przeprowadza się na białe osiedle.

Henry, Lucky, Ruby i Gracie Emory to zamożna rodzina, która na południu Stanów Zjednoczonych przeżyła prawdziwy koszmar i szuka miejsca do nowego startu. Dlatego podobnie jak wiele innych afroamerykańskich rodzin w tym okresie przeprowadzają się do stanu Kalifornia. Nowe miejsce zamieszkania mogłoby stać się dla nich prawdziwym rajem na ziemi, gdyby nie dwa bardzo poważne problemy.

Po pierwsze, ich nowe osiedle jest zajmowane w stu procentach przez białe rodziny, które nie życzą sobie takie towarzystwa i od razu to pokazują. A jeszcze większym kłopotem okazuje się fakt, że miejsce to jest nawiedzone przez przerażające istoty napędzane historią międzyrasowej nienawiści. W ciągu 10 dni od przeprowadzki rodzinę Emorych czekają najbardziej przerażające doświadczenia w ich życiu i tylko trudno stwierdzić, czy bardziej za sprawą białych rasistów czy upiorów.

Serial „Oni” dobrze obrazuje co staje się, gdy trend zmienia się w modę, a ona w kliszę.

Licząca dziesięć odcinków antologia została stworzona z olbrzymią dbałością o detale, a jej walory produkcyjne robią naprawdę olbrzymie wrażenie. Wszystko tutaj wygląda i brzmi jak żywcem wyjęte z epoki. Już na starcie premierowego odcinka zachwyca stylizowana na dawne thrillery czołówka, a późniejsze elementy od kostiumów, przez scenografię aż po odpowiednią grę aktorską pozwalają uwierzyć, że naprawdę cofnęliśmy się do lat 50.

Szkoda tylko, że wszystko to nie ma wielkiego znaczenia w kontekście omawiania fabuły „Oni: Pakt” i jej potencjału do straszenia. Historia rodziny Emorych nijak nie wyróżnia się z szeregu wielu podobnych opowieści, jakie trafiły na mały i duży ekran w ostatnich latach. To zbudowana na kliszach i eksploatująca grzechy Ameryki przypowiastka, w której wszyscy biali bez względu na pochodzenie, wykształcenie czy status społeczny są rasistami. A wszyscy Afroamerykanie płacą z tego tytułu najwyższą cenę.

W oparciu o takie schematy trudno zbudować poważną fabułę o problemie rasizmu w Ameryce, ani nawet jakoś wyraźnie zbliżyć widzów do cierpiących katusze na ekranie Emorych. Każdy przedstawiciel rodziny stanowi bowiem personifikację jakiegoś motywu afroamerykańskiej subkultury. Henry to ciężko pracujący ojciec, który stale musi udowadniać swoim współpracownikom i szefowi, że nie jest gorszy. Lucky odgrywa rolę matrony naznaczonej dekadami przemocy na czarnoskórych kobietach. Ruby jest z kolei przykładem czarnoskórej osoby próbującej odrzucić swoje korzenie, by być taka jak inni, a postać Gracie stanowi dyskusję ze stereotypem czarnoskórych dzieci mniej inteligentnych i gorzej wychowanych od swoich rówieśników.

Każde z nich będzie więc musiało zmierzyć się z innym demonem.

Na papierze taki pomysł wydawał się całkiem logiczny, a przy tym pozwolił na jak najszersze ogarnięcie negatywnych doświadczeń Afroamerykanów z rasizmem. Problem w tym, że w wyniku takiej decyzji każdy z duchów dręczących Emorych jest jak z innej bajki. Nie pasują do siebie ani na poziomie estetycznym, ani intelektualnym. Spośród całej czwórki tylko demony Ruby i Henry'ego są interesujące, a tylko działający trochę na zasadzie odwróconego blackface Tap Dance Man potrafi być autentycznie przerażający.

Inna sprawa, że 1. sezon serialu „Oni” cierpi nawet bardziej z powodu braku umiejętności reżyserów niż tylko scenarzystów. To po prostu nie jest dobrze zrobiony horror. Twórcy poszczególnych odcinków raz za razem sięgają po kolejne zgrane do bólu zagranie z gatunkowej biblioteki. Nie brak tu jump scares, najazdów na twarz, przechylonych kątów kamery, trzęsących się ujęć kręconych z ręki czy zbitek dwóch różnych ujęć jednocześnie.

Od czasu do czasu przebijają przez to faktycznie lepsze momenty, ale trudno nie oprzeć się wrażeniu, że wielu lepiej zorientowanych w tematyce fanów horroru otwarcie serii „Oni” po prostu wynudzi. Zwłaszcza w sytuacji, gdy na rynku jest już tak wiele produkcji podejmujących podobną tematykę. Widać, że platforma Amazon Prime Video zainwestowała spore pieniądze w „Oni: Pakt”, ale z pewnością można było sobie wyobrazić lepsze otwarcie antologii grozy.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst