Filmy  /  Recenzja

Dokument „Dzień dobry, Robin” doprowadzi was do łez. To łamiący serce zapis ostatnich tygodni życia Robina Williamsa

Picture of the author

Na VOD trafił właśnie dokument o Robinie Williamsie. Jednak „Dzień dobry, Robin” nie jest klasyczną biografią. Film ten szuka odpowiedzi na pytania związane z tragiczną śmiercią legendarnego komika.

Niedługo po tym, gdy świat obiegła straszna informacja o śmierci Robina Williamsa, media z miejsca wzięły na ruszt wszelkie domysły związane z tą tragedią. Do odbiorców docierały więc przeróżne komunikaty – a to, że Williams cierpiał na depresję, a to, że przedawkował narkotyki albo alkohol. Jedne komunikaty były bliskie prawdy, inne mniej.

Teraz, film dokumentalny „Dzień dobry, Robin” w końcu stawia kropkę nad „i” i wyjaśnia, co tak naprawdę było przyczyną zgonu genialnego aktora-komika.

Na szczęście twórcy nie urządzają sobie z tego tematu detektywistycznej gry, tylko w miarę szybko stawiają widza przed diagnozą. Robin Williams cierpiał na otępienie z ciałami Lewy’ego. To przerażająca choroba mózgu, która ostatecznie prowadzi do demencji. Chory ma omamy wzrokowe, objawy depresji, problemy z pamięcią czy koncentracją, urojenia, a nawet Parkinsonizm.

Już sama tylko świadomość chorego, że stopniowo traci on jakąkolwiek sprawność mentalną i powoli zaczyna „gasnąć” jest trudna do zaakceptowania.

Umysł Williamsa był niezwykły. Nie pamiętam, by ktokolwiek posiadał tak niesamowity refleks i zdolność do natychmiastowej improwizacji opierającej się na błyskawicznych skojarzeniach, powiązaniach i puentach. A to wszystko dodatkowo połączone z inteligencją oraz niezwykłą empatią.

W dużej mierze „Dzień dobry, Robin” jest poniekąd filmem informacyjnym – jego rolę i misję rozumiem jako poinformowanie świata, o tym czym jest otępienie z ciałami Lewy’ego i jak najwcześniejsza diagnoza tego przypadku. Robin i jego żona latami próbowali odnaleźć odpowiedź na to, co właściwie mu dolega, głównie dlatego, że w początkowych stadiach ta choroba często jest błędnie diagnozowana.

Trudno jednak stwierdzić, że „Dzień dobry, Robin” jest czymś więcej niż tylko tym zapisem symptomów otępienie z ciałami Lewy’ego.

Jest to film, który was zwyczajnie poruszy i zasmuci, natomiast nie jest to obraz, do którego będziecie wracać.

Ani też dzieło, które zostawi w was jakiś ślad. Nie jest to oczywiście tylko i wyłącznie ulotka rodem z kliniki leczenia chorób, bo ładunek emocjonalny włożony w film jest widoczny. Sam nie wiem czy oczekiwałem po nim czegoś więcej – może głębszego spojrzenia przy okazji na barwną karierę Williamsa? Zgłębienia jego fenomenu oraz burzliwych etapów życia i kariery? Podczas seansu miałem po prostu wrażenie oglądania reportażu a la TVN-owska „Uwaga!”. I jest to dobry reportaż, ale jednak reportaż.

Film „Dzień dobry, Robin” można oglądać w serwisach Premiery CANAL+ oraz e-kinopodbaranami.pl.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst