1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

„Smoleńsk” najgorszym filmem świata? 10 polskich produkcji, które mogą odebrać mu ten tytuł

Smoleńsk. Czy są gorsze polskie filmy? I to nie jeden.

„Smoleńsk” zyskał miano najgorzej ocenianego filmu na portalu IMDB, a co za tym idzie najgorszego filmu świata. Jaki on tam jednak najgorszy? Polskie kino może się pochwalić innymi produkcjami, które w najlepszym razie prezentują podobny poziom artystyczny, czy też jego brak.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

„Smoleńsk” najgorszy filmem na świecie? Meh, nie jest nawet najgorszym filmem polskim. Pod względem artystycznym poniższe produkcje albo są od niego gorsze, albo, w najlepszym razie, mocno depczą mu po piętach. Każdy z nich ma jednak jedną niewątpliwą zaletę, którego nie posiada ostatni tytuł sygnowany nazwiskiem Antoniego Krauzego. Żaden z nich (a przynajmniej ich znakomita większość) nie działa bowiem w służbie propagandy i dlatego nie ściągnął na siebie takiej nienawiści internautów.

Te polskie filmy są gorsze od „Smoleńska

Klątwa doliny węży

Gdy mowa o najgorszych polskich filmach, nie może zabraknąć tej produkcji. To ona zainspirowała nazwę antynagród znanych jako Węże. Marek Piestrak próbował tutaj przenieść na grunt rodzimego kina zasady Kina Nowej Przygody. A polskim Spielbergiem to on nie jest. Wyszło kuriozum, które fanom klasy B, do dzisiaj sprawia wielką frajdę podczas seansu. W „Klątwie doliny węży” z łatwością można doszukać się kampowych wartości, przez co to jedyny w zestawieniu tytuł „tak zły, że aż dobry”.

Jeśli średnie ocen na IMDB miałyby być wyznacznikiem najgorszym filmów, to w Bottom 250 znalazło się miejsce na jeszcze jedną, prócz „Smoleńska”, polską produkcję. „365 dni” ze średnią 3,2/10 trafiło na 50. miejsce zestawienie. Jego marną jakość potwierdzają również nominacje do Złotych Malin i to nie w jednej, a licznych kategoriach. Bo rzeczywiście, nawet jeśli użytkownikom mediów społecznościowych na świecie kiedyś się to udało, to trudno znaleźć w nim jakiekolwiek wartości.

Kac Wawa

Scenarzysta Piotr Czaja jak tylko mógł tłumaczył, że ten film to satyra. Szkoda, że nie wziął pod uwagę, że satyra powinna być zabawna. Ale scenariusz (napisany wraz z Jackiem Samojłowiczem i Krzysztofem Węglarzem) nie jest najsłabszym punktem tej produkcji. Dodajmy do tego drewniane aktorstwo, dziwaczny montaż i kilka innych rzeczy, a otrzymamy zdobywcę Węży w siedmiu kategoriach (tyle samo co „Smoleńsk”, ale mniej niż „Botoks”).

Na układy nie ma rady

Pan Piotr Czaja ponownie w zestawieniu. „Na układy nie ma rady” to kolejna satyra w jego scenariopisarskim dorobku. Tym razem na kanwę wziął świat polityki i panujący w nim nepotyzm. No i znowu się nie udało. Wartości artystycznych można ze świecą szukać, ale łatwo kręcić nosem z dezaprobatą, kiedy Michał Milowicz rzuca jakimiś wymyślonymi powiedzonkami.

W tym miejscu mógłby się znaleźć dokument „Oczy diabła”. Niestety, w dorobku Patryka Vegi znajdziemy mnóstwo nieudanych filmów fabularnych i wypadało się do nich ograniczyć. „Botoks” jest dotychczasowym rekordzistą w liczbie zdobytych Węży (otrzymał ich aż 9). I nic dziwnego. O jakiejkolwiek spójności można zapomnieć, gagi wyjęte są z drętwych żartów podpitego wujka na weselu, a gra aktorska praktycznie nie istnieje. Bohaterowie intonują kolejne przekleństwa i przeżywają następne dramaty, ale wydźwięk propagandowy filmu skutecznie je zagłusza.

Last minute

Na dobrą sprawą większą część tego zestawienia mogłyby wypełnić filmy Vegi. A skoro miejsce mamy ograniczone, a „Botoks” już był, czas na ostatnią „perełkę” w jego dorobku. Reżyser eksploatuje w tym wypadku losy rodziny, która wybrała się na wakacje do Egiptu, gdzie spotkała ich seria niefortunnych zdarzeń z bankructwem organizatora wycieczki na czele. Oj, słyszeliśmy o podobnych przypadkach nieraz, ale twórca zamiast potraktować temat poważnie... no cóż. Serwuje nam produkcję, której oglądanie sprawia tyle samo radości, co chałupniczych filmów z zagranicznych wycieczek dawno niewidzianych znajomych. I wcale nie jest w lepszej jakości.

Polisz kicz projekt

W zestawieniu nie mogło zabraknąć chociaż jednego filmu z dorobku Mariusza Pujszo. A ci, co znają jego dorobek wiedzą, że jest z czego wybierać. W „Polisz kicz projekt” poczuł w sobie ducha Quentina Tarantino. Postanowił opowiedzieć o pracowniku wypożyczalni kaset video, który po stracie pracy postanawia zrealizować film. I to oczywiście satyra na branżę filmową, ale zupełnie nietrafiona i nieśmieszna. A do tego zagrana, nagrana i zmontowana po amatorsku.

Obce ciało

Co jest gorszego od braku jakichkolwiek wartości artystycznych? Pretensja! A w tym filmie jej stężenie jest nad wyraz wysokie. Krzysztof Zanussi jest oczywiście bardzo sprawnym twórcą, ale w tym wypadku wydaje się jakby zapomniał, jak należy opowiadać zniuansowane historie. W efekcie otrzymujemy istnego filmowego potwora Frankensteina, w którym żaden z elementów nie pasuje do drugiego.

Najgorsze efekty w polskim kinie? „Wiedźmin”! Tego nie da się zapomnieć. Film z Michałem Żebrowskim zażenował wszystkich widzów i twórcę książkowego oryginału Andrzeja Sapkowskiego. Z czasem jednak fani spojrzeli na niego niczym na dzieło kultowe, niemniej wciąż funkcjonuje jako przykład dlaczego Polacy nie powinni bawić się w kino fantasy.

Gulczas, a jak myślisz?

Bardzo słusznie film ten, do pary z „Yyyreeek!!! Kosmiczna nominacja” pokryty został kurzem zapomnienia. Eksploatacja popularności gwiazd „Big Brothera” nie była najlepszym pomysłem, przez co „Gulczas, a jak myślisz?” cierpi na każdym możliwym poziomie, od fabularnego zaczynając, na aktorskim kończąc.