Filmy  /  Artykuł

„Wonder Woman 1984” już dziś w HBO GO. To jedna z najgorszych adaptacji komiksów w historii kina

Picture of the author

Po świetnej pierwszej odsłonie „Wonder Woman” z 2017 roku cały świat patrzył z nadzieją zarówno na reżyserkę Patty Jenkins, jak i na kontynuację jej dzieła. Niestety niemal cały świat czeka teraz ogromne rozczarowanie. „Wonder Woman 1984” to istny filmowy potworek.

W artykule zdradzam istotne spoilery dotyczące fabuły„Wonder Woman 1984”. Nie żeby zepsuły wam one zabawę, bo i tak raczej nie będziecie się dobrze bawić na tym filmie, ale zawczasu was przed nimi ostrzegam.

Niestety, pomimo dobrych chęci trudno znaleźć cokolwiek pozytywnego, co można by opowiedzieć o „Wonder Woman 1984”. Obraz Patty Jenkins ma tyle problemów, zarówno natury fabularnej, jak i formalnej, że już w trakcie seansu zacząłem się zastanawiać, czy nie pomyliłem filmów.

Twórcy uznali, że po akcji rozgrywającej się podczas I wojny światowej tym razem trzeba przenieść Dianę Prince (Gal Gadot) do lat 80. XX wieku.

Prawdopodobnie dlatego, że w momencie gdy ten film powstawał (czyli 2018 rok), szał na lata 80. był niezwykle silny. Szkoda tylko, że poza tym faktem, nie było i nie ma żadnego solidnego uzasadnienia, dlaczego „Wonder Woman 1984” rozgrywa się akurat w latach 80., a nie, 70., 90., czy 2000. Fabularnie jest to bez znaczenia.

Co więcej, twórcy nawet nie wiedzą do końca, jak wykorzystać to, że akcja rozgrywa się tym razem w takim a nie innym czasie. Poza paroma smaczkami w soundtracku, kilkoma dialogami oraz sceną przymierzania strojów przez Steve’a Trevora (Chris Pine), szalonych i kolorowych lat 80. właściwie nie czuć w „Wonder Woman 1984”.

Główny motyw fabularny rozgrywa się wokół wrzuconego niczym strzelba Czechowa magicznego kamienia, który spełnia każde życzenie osoby, która go trzyma.

Już sam pomysł, by do filmu superbohaterskiego wrzucić element magiczny rodem z bajki dla dzieci jest co najmniej dyskusyjny.

Rozumiem, że po horrorach I wojny światowej Jenkins i spółka chcieli tym razem przedstawić na bardziej barwną i rozrywkową odsłonę Wonder Woman, ale wątpie, żeby świadomie celowali w infantylność. Tak im niestety wyszło.

W filmie poznajemy Barbarę Minervę, graną przez Kristen Wiig, która również sprawia wrażenie wyjętej z dobranocki bądź komiksu dla 6-latków. Wydaje się wręcz lustrzanym odbiciem Maxa Dillona granego przez Jamiego Foxxa w „Niesamowitym Spider-Manie 2”. Jest komiksowo niezdarna, nieumiejętna w kontaktach społecznych, wszyscy wokół ją ignorują (oczywiście poza szlachetną Dianą), a do tego, to najgorsze, nie potrafi chodzić w butach na szpilkach.

Gdy tylko dowiaduje się o mocy magicznego kamienia, od razu prosi o to, by stać się taka jak Diana. Jej dar to jednak nie tylko pewność siebie, wyczucie stylu, ale też nadludzkie moce. O, i zapomniałbym o najważniejszym symbolu jej przemiany – potrafi teraz perfekcyjnie chodzić w butach na szpilkach.

Nie, nie ironizuję. A to dopiero początek.

Niechcący swoje życzenie, trzymając magiczny kamień, wypowiada też Diana. Chce ponownie spotkać się ze Steve’em. Z jednej strony to piękne i romantyczne, ale z drugiej potwornie naiwne. Mamy niby uwierzyć, że Steve tak rozkochał w sobie Dianę (ich znajomość trwa raptem parę dni w filmie „Wonder Woman”), że ona przez kolejne ponad 60 lat nie może przestać o nim myśleć i nie jest w stanie poznać kogoś, kto go zastąpi? Czy według twórców „Wonder Woman 1984” Steve Trevor jest jedynym dobrym i poczciwym mężczyzną w historii ludzkości, a reszta jest niewiele warta?

Ale to pikuś w porównaniu z tym, że ostatecznie Steve Trevor powrócił, jak sobie tego zażyczyła Diana, tylko, nie wiedzieć czemu, musiał przy tym przejąć ciało innego, obcego mężczyzny.

I teraz pytanie – co się stało z duszą tego mężczyzny, którego ciało przejęła dusza Trevora? I czy gdy dochodzi do zbliżenia łóżkowego między Dianą i duszą Steve’a w ciele obcego mężczyzny, to tak naprawdę przyglądamy się scenie zakamuflowanego gwałtu?

Zadaję sobie te pytania, gdyż owe przedziwne decyzje fabularne sprowadziły autorów „Wonder Woman 1984” do ślepego zaułka, niepotrzebnie komplikując sprawy i generując dość kontrowersyjne zagadnienia. Nikt nie oczekuje od komiksowych adaptacji scenariusza na poziomie filmów Bergmana czy nawet Nolana, ale na litość boską, nie traktujmy widzów kochających kino superbohaterskie jak idiotów, którym można wcisnąć każdy scenariuszowy bubel. Ja sam jestem w stanie przełknąć niemałą liczbę scenariuszowych dziur, o ile nie są one aż tak ewidentnie i tak problematyczne dla odbioru filmu.

Z jednej strony jest w tym filmie  scena, w której Steve bez problemu pilotuje odrzutowiec, chociaż był martwy przez prawie 70 lat, a od tego czasu technologia lotnicza z pewnością poszła naprzód. Ale na coś takiego jestem w stanie przymknąć oko i dać się porwać dramaturgii sceny. Oczywiście jeśli ta jest angażująca i dobrze zrobiona.

Z drugiej jednym z fabularnych weretepów jest finał, w którym Max Lord (Pedro Pascal), główny antagonista filmu, przejmując moce kamienia życzeń na całego siebie i zwraca się poprzez odbiorniki telewizyjne do ludzi z całego świata, mówiąc do nich, a jakże, po angielsku, choć większość ludzkości po angielsku nie mówi i nie rozumie tego języka.

Wspomniałbym może jeszcze o ostatnich minutach filmu, kiedy to Diana rozmawia z mężczyzną, który w końcu odzyskuje swoje ciało. Już bez nadmiernego znęcania się napiszę, że reklama Merci wypada przy tej scenie mniej mdło i kiczowato.

Tak żenującego finału w wysokobudżetowym kinie superbohaterskim dawno nie widziałem.

Finałowa walka Wonder Woman z Cheetah, czyli poznaną wcześniej Barbarą jest koszmarna. Starcie, mające być apogeum całego filmu, nie tylko potwornie rozczarowało tym, że trwał chyba ze trzy minuty (tak długo widzimy kultową formę Cheetah w tym filmie), to jeszcze było fatalnie wyreżyserowane, a całość musiała rozgrywać się w ciemności, bo trzeba było przykryć słabe efekty CGI.

Pojedynek kobiet jest chaotyczny, nie ma w nim żadnego napięcia, choreografia jest nudna i nie ma w tych sekwencjach ani sekundy wartej zapamiętania.

„Wonder Woman 1984” to film tak zły, że tylko dzięki temu zapisze mi się jakkolwiek w pamięci. Efekty specjalne, w momentach gdy nie są przeciętne, wypadają wręcz żenująco i tandetnie.

Oprócz tego film ma olbrzymie problemy z tempem oraz stopniowaniem napięcia.

Po trwającym prawie kwadrans prologu pokazującym młodą Dianę podczas amazońskich igrzysk, który mógłby trwać równie dobrze 5 minut (i przez większość filmu nie wiąże się nawet z resztą fabuły), akcja rozkręca się bardzo ślamazarnie i opieszale. Gdzieś tak przez pierwszą godzinę nie wiadomo nawet do końca, w którą stronę ta historia zmierza. W drugiej połowie filmu „Wonder Woman 1984” w końcu łapie właściwy rytm. Fabuła jest nadal niedorzeczna, ale przynajmniej rytm się pojawia.

Całość jest źle zagrana, nie tylko przez Gal Gadot, którą uwielbiam, ale bądźmy szczerzy, aktorka z niej żadna; również Pedro Pascal rozczarowuje. Nie potrafi się do końca odnaleźć w konwencji, przez co ani nie jest zbyt poważny, ani nie przekonuje jako przerysowana wersja Donalda Trumpa z lat 80.

Najlepiej z obsady wypada, ponownie, Chris Pine, choć jego powrót to bezwstydny fan service, na który twórcy ewidentnie nie mieli dobrego pomysłu, oraz Kristen Wiig, ale jej postać z kolei nie zostaje w pełni wykorzystana.

Skąd więc taka olbrzymia różnica poziomów pomiędzy „Wonder Woman” a „Wonder Woman 1984”? Przede wszystkim okazuje się, że siłą tych filmów nie była wcale Patty Jenkins.

Przy produkcji pierwszego filmu Jenkins niemalże przyszła na gotowe, gdy większość prac preprodukcyjnych była już zakończona, łącznie ze scenariuszem, do którego Patty i Geoff Jones dorobili jedynie część poprawek. Do „Wonder Woman 1984” Jenkins była zaangażowana od dnia pierwszego i chyba to właśnie to okazało się piętą Achillesa tej produkcji.

Wygląda na to, że Jenkins nie ma zbyt ciekawej i spójnej wizji, nie potrafi zaaranżować ciekawych sekwencji akcji, a jej pomysły scenariuszowe są zwyczajnie kiepskie. Wystarczy porównać ze sobą pierwszą część z drugą, zestawić poszczególne wątki i decyzje fabularne. Dyskusyjne są też jej wybory reżyserskie oraz umiejętności formalne, które w drugim filmie o Wonder Woman zostały w pełni obnażone. I to też zapewne wynik tego, że pierwszy film miał już gotowe na jej przyjście storyboardy z rozrysowanymi sekwencjami akcji.

Niemała część ekipy została także zamieniona przy sequelu „Wonder Woman”. Scenarzysta poprzedniego filmu Allan Heinberg został przy „Wonder Woman 1984” całkowicie zastąpiony przez Jenkins i Geoffa Jonesa, także chyba jasnym jest kto odpowiada za wymieniane wcześniej głupoty fabularne.

W najlepszym przypadku „Wonder Woman 1984” będzie dla was niczym lekkostrawna, choć trochę mdława, filmowa guma do żucia o smaku tutti frutti.

Może nie będziecie oglądać tego filmu w pełnej ekscytacji, ale jeśli zignorujecie wszystkie fabularne nonsensy i przedrzecie się przez pierwszą godzinę nudów, to sądzę, iż jest cień szansy na to, że niektórzy z was przyjemnie spędzą czas na tym filmie. Szybko raczej o nim zapomnicie.

Jeśli jednak nie czujecie rozdzierającej potrzeby obejrzenia tego filmu i nie jesteście zagorzałym fanem produkcji superbohaterksich, to z góry oznajmiam, że „Wonder Woman 1984” to twór ze wszech miar fatalny, żenujący, rozczarowujący i absolutnie niewart waszego czasu. Dziwię się, że nie został nominowany do Złotych Malin.

Film „Wonder Woman 1984” dostępny jest od dziś w serwisie HBO GO.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst