Film

„Godzilla vs. Kong” daje to, co obiecuje - mordobicie mitycznych stworów

Picture of the author

Fani filmów o potworach łączcie się, bo macie nie lada święto. Jeśli od zawsze marzyliście o tym, by zobaczyć wysokobudżetową wersję starcia Godzilli i Konga, to wasz mokry sen właśnie się spełnia. I prezentuje się bosko!

Stało się. W końcu! Największy crossover dwóch popularnych marek od czasu miksu Tic Taców z Coca-Colą. Najbardziej oczekiwany pojedynek, przy którym nawet walka Kazimierza Marcinkiewicza z Liberem wypada jak każde starcie Marcina Najmana (podpowiadam - mało ekscytująco).

Niewiele znam obecnie filmów, które są tak bezpretensjonalnie szczere z widownią, do której chcą trafić.

Film „Godzilla vs. Kong” w reżyserii Adama Wingarda spełnia wszystkie obietnice, które składają plakaty, trailery, zapowiedzi oraz sam tytuł. Twórcy nie stosują żadnych uników, nie przeciągają w nieskończoność, tego, na co wszyscy czekają, nie zostawiają tytułowego starcia na finał.

Po niedługim wprowadzaniu, średniej jakości ekspozycji postaci i zawiązaniu akcji, gdzieś tak w okolicach trzydziestej minuty seansu dostajemy pierwszy pojedynek kultowych tytanów pośrodku oceanu. Zero taryfy ulgowej. Walka zwala z nóg także i widza. Wingardowi oraz operatorowi Benowi Seresinowi udało się zaprezentować starcie Godzilli i Konga z rozmachem, który wbija w fotel. Niemalże czujemy, że i pod nami ziemia trzęsie się od zadawanych ciosów. Proszę państwa, cóż to jest za walka!

Pojedynki nie tylko robią wrażenie rozmachem, ale i warstwą plastyczną.

Oczywiście, oglądamy bijatykę i to bijatykę stworzeń zrodzonych z zer i jedynek na komputerach, ale są w „Godzilla vs. Kong” ujęcia po prostu epickie i piękne.

godzilla vs kong trailer kong warbat

Stopklatki z nich można by oprawić w ramkę i powiesić na ścianie jak imponujące obrazy.

Nie muszę chyba nadmieniać, że właściwie jedynym w pełni nadającym się do oglądania „Godzilla vs. Kong” ekranem jest ten kinowy, szczególnie IMAX (czekamy na otwarcie kin!). Jeśli macie dobry sprzęt dźwiękowy oraz duży telewizor, to pół biedy. Każda inna opcja poniżej tych standardów zabierze wam istotny procent wrażeń i zabawy z tego filmu.

„Godzilla vs. Kong” to klasyczny przykład nowoczesnego blockbustera, jakiego już dawno nie widziałem. To kino ruchu, dynamiki, ogromnej skali i podziwu dla maestrii efektów specjalnych w stanie czystym. Jeśli więc oczekujecie od kina rozrywkowego czegoś więcej niż epickiego mordobicia (na przykład fabuły), a okładanie się po twarzach olbrzymich stworów w CGI nie robi na was absolutnie żadnego wrażenia, to odpuśćcie sobie ten seans. Jeśli uniwersum potworów studia Toho, w tym przede wszystkim kultowe japońskie filmy o Godzilli, nie są wam znane i przez was lubiane, to również „Godzilla vs. Kong” niekoniecznie trafi w wasze gusta.

To specyficzne kino, które skupione jest głównie na tytułowym starciu tytanów. Wokół niego kręci się wszystko. I to „wszystko” jest też dość pretekstowe. Fabuły w sumie nie ma co streszczać, bo ani nie jest do niczego potrzebna, ani nie jest sama w sobie nadmiernie interesująca. Jest środkiem do celu.

Aktorzy też właściwie są w filmie „Godzilla vs. Kong” po to, by wypełnić czymś czas pomiędzy bijatykami potworów. Obsada wydaje się całkiem interesująca (Alexander Skarsgaard, Rebecca Hall, Millie Bobby Brown czy Eiza Gonzalez), ale nie ma zupełnie nic do grania. Bobby Brown jest na ekranie łącznie jakiś kwadrans i na dobrą sprawę jej postać nie robi właściwie nic istotnego. Gonzalez też jest chyba tylko po to, by być i rzucić paroma kiepskimi zdaniami.

Nie obraziłbym się, gdyby scenariusz „Godzilla vs. Kong” był trochę lepszy.

Nie jest mi on wprawdzie niezbędny, bo wiem, po co oglądam ten film, ale jednak historia mogłaby być ciekawsza, mniej durna i mieć mocniejsze podłoże dramaturgiczne. Postaci też mogłyby budzić więcej zaangażowania emocjonalnego u widza i tym samym pobudzać go do większej immersji z tym, co ogląda. Udało się to osiągnąć, przynajmniej moim zdaniem, w „Godzilli” z 2014 roku, czyli pierwszej odsłonie hollywoodzkiego MonsterVerse, którego „Godzilla vs. Kong” jest częścią. Także „Kong: Wyspa Czaszki” był o wiele bardziej interesujący pod tym względem.

Ale dobra, już kończę, bo narzekanie na fabułę w filmie o Godzilli i King Kongu jest jak... narzekanie na fabułę w filmach dla dorosłych. Bo „Godzilla vs. Kong” to trochę taki monster porn i to szalenie satysfakcjonujący. Jeśli byliście kiedyś jednym z dzieciaków, które w zaciszu swego pokoju zderzał ze sobą figurki tych stworów, to teraz macie szansę zobaczyć imponującą, kosztującą ok. 160 mln dol., projekcję tych zabaw. I będziecie się na niej bawić znakomicie.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst