Filmy  /  Recenzja

Wiele hałasu o nic. Recenzujemy Snyder Cut, czyli film „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera”

Picture of the author

Nie owijając w bawełnę od razu napiszę, że jeśli spodziewacie się kompletnie innego/nowego filmu względem „Ligi Sprawiedliwości” z 2017 roku, to nie ten adres. Snyder Cut to dzieło tylko i wyłącznie dla zagorzałych fanów DCEU.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Pewnie wielu z was zna origin story filmu „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera”, ale niekoniecznie wszyscy czytający ten tekst, tak więc postaram się pokrótce przypomnieć o co to całe zamieszanie.

Z powodu osobistej tragedii oraz tarć między studiem a scenarzystami, Zack Snyder w 2016 roku, tuż przed rozpoczęciem post-produkcji filmu „Liga Sprawiedliwości”, zrezygnował z funkcji reżysera. Jego miejsce zajął Joss Whedon, zatrudniony także trochę wcześniej na stanowisku scenarzysty w celu dokonania poprawek w skrypcie. Whedon przejął proces post-produkcji, jak i również wyreżyserował tzw. dokrętki, czyli dodatkowe sceny, których nie było w filmie reżyserowanym na planie przez Snydera. W 2017 roku „Liga Sprawiedliwości” ujrzała światło dzienne, ale spotkała się z bardzo chłodnym przyjęciem zarówno dziennikarzy jak i fanów kina superbohaterskiego, w tym DCEU. Nie zdołała też przynieść zysków (a budżet był ogromny, bo wynoszący aż 300 mln dol.).

Przez lata fani domagali się tego, by światło dzienne ujrzała pierwotnie planowana przez Zacka Snydera wersja filmu, licząc zapewne, że była ona lepsza niż to, co poskładał Whedon. I w końcu stało się. Po raz pierwszy w historii kina, na bezpośrednie życzenie fanów, wytwórnia Warner Bros. dała „zielone światło” (oraz niemały, liczący ok. 70 mln dol. budżet) na to, by Zack Snyder dokończył swoje dzieło, tak jak to oryginalnie zaplanował. I tym właśnie jest „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera”, znana również jako Snyder Cut. Choćby tylko pod tym względem jest to projekt, który zapisał się w historii kina.

Ale i wersja filmu z 2017 roku była ciekawa ze względu na opisywane wyżej kulisy powstawania. Za główne zdjęcia na planach filmowych odpowiadał  Zack Snyder, ale już dokrętki oraz post-produkcja, czyli ułożenie tych filmowych puzzli w spójną całość, to dzieło Jossa Whedona. Powstał więc z tego filmowy potworek Frankesteina.

Niestety ze smutkiem donoszę, że Snyder Cut to nie jest kompletnie nowy film i zupełnie inna fabuła, niż to miało miejsce w „Lidze Sprawiedliwości” z 2017 roku.

Historia jest właściwie taka sama. Po śmierci Supermana (Henry Cavill), którą widzieliśmy w finale filmu „Batman v Superman: Świt sprawiedliwości”, Bruce Wayne (Ben Affleck) próbuje zebrać ekipę innych obdarzonych nadprzyrodzonymi mocami superbohaterów, by stawić czoła nadchodzącemu niebezpieczeństwu ze strony potężnego Steppenwolfa (tym razem w zupełnie nowym ubranku) i jego armii Parademonów chcących zniszczyć ludzkość.

Czym jest więc „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera”? Rzeczywiście pasuje do niej bardziej określenie Snyder Cut, bo to po prostu reżyserska wersja „Ligi Sprawiedliwości” z 2017 roku. Nie ma w niej scen dokręconych przez Jossa Whedona, ale te i tak stanowiły mniejszość poprzedniego filmu. W wersji Snydera dostajemy więc w większości sceny, które już widzieliśmy, tyle że trwające dłużej, bez niektórych cięć montażowych zastosowanych wcześniej przez Whedona. Widzimy też oczywiście niemało sekwencji nie wykorzystanych w poprzednim filmie, jak i trochę nowych scen, nakręconych niedawno, ale większość z nich nie wprowadza żadnych istotnych zmian do fabuły.

Tym samym, z filmu, który oryginalnie trwał dwie godziny nagle zrobiły się aż cztery. I niestety oglądając Snyder Cut nie miałem wrażenia, że te dodatkowe dwie godziny cokolwiek istotnego zmieniły. To znaczy, żeby być uczciwym, „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” jest lepszym filmem niż ten z 2017 roku. Whedon niepotrzebnie dołożył do swojej wersji sceny humorystyczne (w dodatku nieudane), miał problemy z tonacją i spójnością oraz położył absolutnie trzeci akt, dodając do niego masę przedziwnych i niepotrzebnych elementów.

Snyder Cut za to o wiele lepiej przygląda się głównym bohaterom.

Szczególnie Cyborg zyskuje. W końcu widzimy w pełnej krasie jego losy, a im bliżej finału, tym jego rola w filmie się powiększa aż w końcu staje się na dobrą sprawę nieformalnym liderem grupy.

Jednak to po prostu zasługa możliwości rozciągnięcia w czasie filmu. Whedon zmuszony był do większych cięć i do pewnego momentu nie poradził sobie z nimi wcale tak źle. Jego film miał zdecydowanie bardziej dynamiczne tempo i lepiej się to oglądało, ale właśnie Snyder Cut wygrywa pogłębionymi portretami bohaterów, ich motywacjami, historiami. Udało się przez to także o wiele lepiej zaakcentować tę bardziej kameralną i osobistą wersję opowieści.

„Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” o wiele lepiej też buduje poczucie niepokoju i napięcia związanego z planami czarnych charakterów. To też oczywiście zasługa niestandardowego czasu trwania. Wątpię, czy Snyder przedstawiłby to równie dobrze, gdyby też dostał do dyspozycji 120 minut.

Porównując oba te filmy, wchodzimy wręcz trochę na teren dyskusji seriale kontra filmy. Bo Snyder Cut to trochę taki mini-serial (film podzielony jest zresztą na rozdziały, które równie dobrze można traktować jak odcinki serii). A wiadomo, że serial w większości przypadków wygra z filmem, jeśli chodzi o głębsze podejście do postaci, bardziej rozległe wątki fabularne itd. I rzeczywiście, Snyder Cut z łatwością wygrywa z filmem z 2017 roku - jego fabuła ma więcej przestrzeni, oddechu, opowiadana historia wydaje się bogatsza i tym samym bardziej wciąga. Cały film jest też o wiele bardziej spójny. I o dziwo, te cztery godziny mijają względnie szybko.

Skłamałbym jednak twierdząc, że „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” to diametralnie lepszy film od wersji Whedona. Wiele z tych nowych czy wydłużonych scen wydaje się nie tylko niepotrzebnych, ale też na siłę rozciągniętych w czasie. Do tego, nawet te bardziej rozbudowane względem poprzednika wątki, nie wpływają koniec końców na fabułę na tyle, by cokolwiek zmienić w jej odbiorze.

Najwięcej zmian względem oryginału zawartych jest w finale, ale i on prowadzi do tego samego, co wcześniej.

W epilogu zobaczymy zupełnie nową sekwencję Knightmare, m.in. z Jokerem, którego widzieliśmy na zwiastunie (co ciekawe, nie wypowiada on już w filmie słynnego z memów „We live in a society” - jak widać Snyder użył tego tylko w zwiastunie, pogrywając sobie z fandomem). Powoduje ona jednak więcej konfuzji, niż cokolwiek wyjaśnia, a fakt, że pojawia się w ostatnich minutach filmu, tworzy z niej dość potężny cliffhanger, który chyba zostanie nierozwiązany, bo chodzą słuchy, że kontynuacji Snyder Cut nie będzie. Pojawiają się też niedługie sceny z co najmniej dwoma postaciami znanymi z uniwersum komiksów DC, których wcześniej nie widzieliśmy, ale nie będę ich tu spoilerował. I tak - również niewiele zmieniają.

Jest też oczywiście Darkseid, ale nie odgrywa zbyt wielkiej roli w Snyder Cut. W pierwszym akcie został on po prostu „wklejony” w miejsce Steppenwolfa z filmu z 2017 roku w sekwencjach opowiadających o mitycznej walce o losy Ziemi, która rozegrała się tysiące lat temu. Trochę mnie to rozczarowało, jeśli mam być szczery. Choć może to Steppenwolf był „wklejony” w miejsce Darkseida w filmie z 2017 roku? Spytajcie Snydera. Później widzimy go, Darkseida, kilka razy przez parę chwil, ale nie są to chwile, które zapamiętacie na dłużej.

Snyder Cut to więc przede wszystkim film dla fanów i fanatyków Zacka Snydera oraz DCEU, którzy mają potrzebę i ochotę wgryzienia się bardziej w postaci Flasha, Cyborga (bo to z nimi dostajemy najwięcej nowych scen), trochę mniej w Batmana, Wonder Woman, a Aquaman czy Superman to praktycznie postaci drugoplanowe, podobnie jak w 2017 roku. To produkcja dla ludzi lubujących się w wyszukiwaniu smaczków w tego typu blockbusterach. Nie znajdą oni ich tu dużo, ale jest szansa, że co niektórzy będą usatysfakcjonowani.

Cała reszta nie znajdzie tu dla siebie nic specjalnego. Osobiście zalecałbym „niedzielnym fanom DCEU”, którzy nie mają czasu, by obejrzeć nową wersję „Ligi Sprawiedliwości” seans pierwszych 50 minut wersji Whedona (jest to bardziej dynamiczny odpowiednik około 2 godzin Synder Cut) i potem niecałe 2 godziny „Ligi Sprawiedliwości Zacka Snydera” i z tej mikstury wyjdzie całkiem niezłe kino popcornowe, choć ciągle dalekie od finezji Marvela. Fabuła nadal wydaje się strasznie płytka i w gruncie rzeczy pusta, nawet jak na film tego typu. Nie brakuje też zbyt wielu podobnych motywów, które pojawiły się już w „Avengersach”. Sami Steppenwolf oraz Darkseid wypadają dodatkowo blado i jednowymiarowo przy ich marvelowskim odpowiedniku, czyli Thanosie.

Mimo wszystko dobrze, że „Liga Sprawiedliwości Zacka Snydera” ujrzała światło dzienne.

Od strony czysto filmowej jest to dzieło lepsze, bardziej koherentne i szczególnie fanom DCEU powinno się bardziej spodobać niż film z 2017 roku. Nie wiem tylko, czy wszyscy będą tak samo usatysfakcjonowani. Nadal jest to najsłabszy film Snydera i najgorsza (po „Wonder Woman 1984”) część uniwersum DCEU („Człowieka ze stali” i „Batman v Superman” stawiam zdecydowanie wyżej, nie wspominając już o pierwszej „Wonder Woman”).

Najlepsze jest jednak to, że fenomen Snyder Cut pokazuje tak naprawdę, jak wielką siłę ma dziś głos fanów w Hollywood. Kto wie, może to dopiero pierwszy krok ku zupełnie nowej relacji studio filmowe-odbiorca?

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst