1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

NIEPOPULARNA OPINIA: „WandaVision” to nie tylko mokry sen fanów Marvela

WandaVision. Czy w serialu MCU odnajdą się niedzielni widzowie?

„WandaVision” pojawiło się na Disney+ w momencie, kiedy Kinowe Uniwersum Marvela trwa sobie w najlepsze od ponad dekady i wielkimi krokami zbliża się prawdziwa rewolucja w świecie przedstawionym. Jak wiemy, wszystkie produkcje MCU są ze sobą w ten czy inny sposób połączone. Rodzi się więc pytanie, czy pierwszy serial należący do uniwersum może przypaść do gustu osobom, które nie śledzą wydarzeń w kolejnych filmach i nigdy nie mieli komiksu superbohaterskiego w ręce?

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Uwaga! Tekst może zawierać spoilery do „WandaVision” i filmów MCU.

Postawione przeze mnie pytanie może wydawać się absurdalne. Jak to ktoś nie śledzi wydarzeń w kolejnych filmach i nie miał komiksu superbohaterskiego w ręce? Jeśli nie płakałeś gdy Tony Stark odchodził i nie śledzisz doniesień na temat nadchodzących produkcji, to po co w ogóle miałbyś oglądać „WandaVision”? Tak, szukanie nawiązań do innych tytułów, komiksów i popkultury po ponad 10 latach sprawia wrażenie głównej atrakcji dla widzów MCU. A w serialu znajdziemy ich aż nadto. Twórcy co chwilę mrugają do nas okiem. W swojej recenzji siódmego odcinka mój redakcyjny kolega Piotr Grabiec napisał:

Podpisuję się rękami i nogami pod opinią, że „WandaVision” to zarazem mokry sen fanów komiksów, jak i koszmar dla niedzielnych widzów. Trafiłem na nią już kilka tygodniu temu, wertując serwis Reddit w poszukiwaniu informacji na temat easter-eggów, które mi umknęły. Ta myśl utkwiła mi w pamięci, a każdy kolejny odcinek utwierdza mnie w przekonaniu, że to naprawdę bardzo celne podsumowanie tej nietuzinkowej produkcji. Odpowiedzialni za nią ludzie odpięli bowiem wrotki i bawią się formą chyba jeszcze bardziej, niż miało to miejsce w „Legionie” telewizji Fox.

I nie ma tu z czym polemizować. Szczególnie w dowodzeniu, że to „mokry sen fanów komiksów”. Serial składa się z kolejnych odniesień, a widzowie to zauważają. Ciągle szukają połączonych ze sobą naczyń, zaglądając do bogatej biblioteki tytułów Marvela i wysnuwając liczne teorie. Serwis Reddit aż od nich buzuje. Tu ktoś zauważy coś, co zgadza się z wydarzeniami z jakiegoś komiksu, tam zastanawiają się, co stoi za danymi decyzjami castingowymi i w ogóle to każdy może być Mephisto. Rzeczywiście, żeby w pełni czerpać przyjemność z seansu „WandaVision” trzeba godzinami przeglądać wątki na fanowskich forach w poszukiwaniu przegapionych easter eggów, a także najlepiej znać na pamięć całe MCU, uniwersum X-Menów Foxa i wywiady z Kevinem Feige'em. Tak, wydaje się to prawdziwym koszmarem dla niedzielnego widza i może go zniechęcić do sięgnięcia po produkcję. A wiele przez to straci.

Kevin Feige i jego podwładni nie są w ciemię bici.

Przede wszystkim nieraz udowodnili, że traktują widzów poważnie. Wiedzieli chociażby, że wprowadzając Spider-Mana do MCU nie ma sensu po raz kolejny serwować nam origins Człowieka Pająka. Przecież wszyscy wiemy, jak to wyglądało, jeśli nie z komiksów to z dwóch poprzednich (i nie tak odległych) serii filmów o superbohaterze. Ponowne zabicie wujka Bena miało wtedy tyle sensu, ile teraz miałoby ograniczanie docelowych odbiorców do, nawet jeśli szerokiego, grona fanów. Wszyscy w Marvel Studios doskonale zdają sobie z tego sprawę. Szef jednostki w jednym z niedawnych wywiadów zapewniał też, że chociaż Wanda Maximoff przeniesie się bezpośrednio z „WandaVision” do „Doctor Strange in the Multiverse of Madness”, nie trzeba będzie znać serialu, aby połapać się w fabule filmu. Tak to przecież wyglądało od zawsze (oczywiście z drobnymi wyjątkami, jak chociażby „Avengers: Koniec gry”, którego zrozumienie bez śledzenia poprzednich produkcji należących do uniwersum, a tym bardziej czerpanie z całej emocjonalnej głębi fabuły praktycznie graniczyłoby z cudem).

Filmy MCU opierają się na tym samym podwójnym kodowaniu, co całe Kino Nowej Przygody. Znalezienie nawiązań do innych dzieł jest nagrodą dla uważnego i obeznanego widza, ale nie warunkiem koniecznym do czerpania przyjemności z seansu. Można nie wyłapać pewnych żartów, przegapić kilka zabiegów i zabawę daną konwencją, ale fabuła wciąż będzie zrozumiała. Tak właśnie prezentuje się sprawa z ekstremalnie naszpikowanym odniesieniami „WandaVision”. To w gruncie rzeczy prosta i uniwersalna historia o przerabianiu traumy i radzeniu sobie ze stratą. Wanda jest kimś na kształt czarownicy, wraz z nieżywym w rzeczywistości partnerem mieszka w jakiejś dziwnej podmiejskiej miejscowości, a jakaś tajemnicza organizacja próbuje odkryć, co się tam dzieje. Na wszystkie pytania dotyczące samej historii dostajemy odpowiedzi z wystarczającym zarysowanie kontekstu, aby nie pogubić się w opowieści. Niech zaświadczy o tym przykład z jednym z licznych fanowskich smaczków. W pewnym momencie pojawia się brat protagonistki, o którym chwilę wcześniej dowiedzieliśmy się, że zginął podczas walki. Niby istotne wydaje się czemu gra go inny aktor niż w retrospekcjach (i „Avengers: Czas Ultrona”), ale i to zostaje wyjaśnione (scena po napisach w siódmym odcinku wprowadza w tym temacie mały zamęt, przez co nawet najwięksi miłośnicy MCU wciąż zastanawiają się, kim jest fake'owy Pietro i jest to jedna z zagadek, która powinna zostać rozwiązana w jutrzejszym finale).

Mam wrażenie, że przez najpopularniejsze dyskursy wokół „WandaVision” z pola widzenia znikają nam pozafanowskie wartości serialu.

A jest ich przecież mnóstwo. Akcja rozgrywa się na przedmieściach, czyli przestrzeni mocno zmitologizowanej w zbiorowej świadomości mieszkańców USA. W czasach powojennych uchodziła za symbol amerykańskiego snu, definiowanego konserwatywnymi wartościami. Nawet jeśli już w latach 60. była postrzegana jako o wiele bardziej zróżnicowana niż wcześniej, nieodłącznie wiążą się z nią pojęcia unifikacji społeczeństwa i konformizmu, co od dawna jest obiektem zainteresowania twórców filmowych i serialowych. Kolejni reżyserzy krytykują popularne na początku drugiej połowie XX wieku wizje przedmieść (wystarczy wspomnieć „Blue Velvet” czy „Miasteczko Pleasantville”). Pierwszy serial MCU nie jest pod tym względem wyjątkowy, ale robi to w interesujący sposób.

Do statusu przedmieść jako symbolu amerykańskiego snu w dużej mierze przyczyniły się sitcomy, w których forsowano homogeniczny obraz przedmieść, które rządzą się patriarchalnymi zasadami, a społeczność żyje ze sobą w pełnej zgodzie. Tak to wyglądało chociażby w „Father Knows Best” czy „Leave it to Beaver”. „WandaVision” demitologizuje wprowadzaną przez nie symbolikę za pomocą formy... sitcomów. Znajdziemy tu przecież odniesienia do „The Dick Van Dyke Show”, „Ożeniłem się z czarownicą”, „Kocham Lucy”, „The Brady Bunch”, a z nowszych i popualrniejszych w naszym kraju tytułów będzie to „Pełna chata” czy „Współczesna rodzina”. W ten sposób twórcy przedstawiają kawał historii amerykańskiej telewizji, a tym samym samego społeczeństwa Stanów Zjednoczonych.

Znowu jest to przykład podwójnego kodowania, którego odkrycie wymaga posiadania wiedzy w określonym temacie.

Żarty są jednak na tyle uniwersalne, że rozbawią największego ponuraka, a zabiegi formalne nacieszą oczy każdego konesera telewizyjnych produkcji. Jest to przystępna dla wszystkich zabawa formą. Tym samym, wbrew pozorom, twórcy nie kierują serialu jedynie do ekskluzywnego grona fanów, a czynią go atrakcyjnym dla widzów bez względu na ich kompetencje odbiorcze. Jeśli więc nie śledziliście filmów MCU, nie jesteście fanami Marvela i nie chcecie siedzieć godzinami w serwisie Reddit, nie obawiajcie się. „WandaVision” wam się spodoba. I jest to potwierdzone info, bo znam osobę, która nigdy nie miała komiksu superbohaterskiego w ręce, widziała trzy filmy kinowego uniwersum wydawnictwa na krzyż i nie płakała podczas śmierci Tony'ego Starka, a za serialem szaleje.