1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka

Orgia bezsensu. Recenzujemy „Nowy wspaniały świat” dostępny na platformie Netflix

Nowy wspaniały świat. Recenzja serialu dostępnego na Netflix

„Nowy wspaniały świat” zadebiutował na platformie Peacock w 2020 roku. Po 1. sezonie serwis zdecydował się nie kontynuować tej produkcji. Czy słusznie? Właśnie trafiła na Netfliksa, więc to sprawdzamy.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Chcąc zekranizować uznane dzieło mające już swoje lata, trzeba stawić czoła wielu wyzwaniom. Nie chodzi tylko o przetłumaczenie oryginału na język X muzy. Trzeba znaleźć jego istotę i zmienić obecne w nim motywy tak, aby były atrakcyjne dla współczesnego widza. Wymaga to znalezienia aktualnych kontekstów, w jakich można osadzić fabułę. Wiedział o tym Damon Lindelof, który w „Watchmen” zmienił zimnowojenną paranoję z oryginału, na obawy przed eskalacją rasizmu. Wiedzieli o tym również Grant Morrison, Brian Taylor i David Wiener. Tylko próbując przerobić prowokacyjną i zmuszającą do przemyśleń książkę Aldousa Huxleya doszli do wniosku, że mogą wypełnić narrację licznymi scenami seksu. Naprawdę licznymi. W „Nowym wspaniałym świecie” akcja podąża od stosunku do orgii seksualnej. Opowieść naszpikowana jest erotyzmem, a każdy, kto pod zalewem nagości chciałby znaleźć jakiś sens, musi mocno wytężyć swój umysł.

W ogarnięte obsesją na punkcie seksu społeczeństwo wprowadza nas plansza pojawiająca się na początku pierwszego odcinka serialu.

Zasady, jakimi rządzi się świat przedstawiony, są jasne. Żadnej prywatności, żadnej rodziny, żadnej monogamii. Jak się dowiadujemy, dzięki temu wszyscy są szczęśliwi. A jeśli nie są, to wystarczy, że łykną Somę — tabletkę „wyrównującą poziomy”. Żółta pigułka i można zapomnieć o stresie. Chyba, że nerwy są mocne, to wtedy trzeba zażyć dwie, albo sięgnąć po pomarańczową lub czerwoną i można wrócić do swoich ściśle określonych obowiązków. Każdy należy do klasy oznaczonej literami greckiego alfabetu, przypisanej danej osobie na podstawie jej inteligencji i zdolności do pracy. Na samym szczycie są Alfy zajmujące kierownicze stanowiska, pod nimi znajdują się podporządkowane im Bety, a obu grupom służą Gammy. Na samo dno hierarchii trafili Epsilony, czyli proletariat. Żeby uwydatnić pozycje konkretnych sfer, większa część akcji rozgrywa się w Centrum Stabilizacji, gdzie w piwnicy swoje lokum mają robotnicy fizyczni, a kolejne piętra zajmują osoby o wyższym statusie. Wiecie do czego to zmierza prawda?

Jak w wielu (wszystkich?) innych szanujących się antyutopiach i dystopiach musi dojść do przewrotu klasowego. Ale bardziej niż z samej opowieści, domyślamy się tego ze znajomości gatunku. Świat przedstawiony wcale nie pulsuje od gniewu, jak chociażby w „High-Rise”. W filmie Bena Wheatleya od początku czuło się nadchodzącą erupcję agresji. Tutaj można o tym zapomnieć. Różnice klasowe znikają z pola zainteresowania twórców i wracają, tylko kiedy jest im to na rękę. A przecież odpowiednie ich zarysowanie i skupienie na nich wystarczyłoby, aby uaktualnić historię. Można by nawet pokusić się o poruszenie kwestii rasowych (serial oryginalnie był emitowany w 2020 roku jeszcze za kadencji Donalda Trumpa), ale są to marzenia ściętej głowy. Co tam emocje, łykniemy Somę, albo dwie i szykujemy się na kolejną orgię. Tylko jeszcze czekamy na postać innego, który ma wprowadzić chaos w naszym idealnym społeczeństwie. Morrison, Taylor i Wiener nie muszą śpieszyć się ze swoją opowieścią, więc powoli i bez angażowania widza podążają istotnymi punktami w fabule powieści Huxleya.

Doradca z Centrum Stabilizacji Bernard Marx wraz z Leniną Crowne wyruszają poza granice nowoczesnej cywilizacji.

Bohaterowie wybierają się na wycieczkę do rezerwatu Dzikich, gdzie wciąż panują zasady monogamii i religijna moralność. Tam czeka na nich niespodzianka, bo trzymani w rezerwatach ku uciesze mieszkańców Nowego Londynu ludzie szykują się do buntu. Mają dość życia za murem jak jakieś zwierzęta. Czyli bez większego wysiłku odnajdujemy kolejny punkt, który mógłby posłużyć za uaktualnienie wizji Huxleya. Wystarczyłoby nieco bardziej skupić się na wątku muru. To aż nazbyt oczywiste. Ale nie w „Nowym wspaniałym świecie”. Zamiast tego twórcy doprowadzają do zderzenia różnych wartości. Wspomniane postacie wprowadzają Dzikusa Johna do ich wiecznie naćpanego i napalonego społeczeństwa. On będzie ich stopniowo uczył, że emocje wcale nie są czymś, co trzeba tłamsić, miłość jest wartością nadrzędną, a zasady są po to, żeby je łamać.

Wszystko odbywa się według dobrze nam znanych reguł. O zaskoczeniach można zapomnieć. Świat przedstawiony nieuchronnie runie, ale chciałoby się, żeby twórcy nieco przyśpieszyli swoją opowieść i pozwolili sobie na odrobinę szaleństwa. Trudno tu bowiem mówić o jakichkolwiek ciekawych wnioskach. Być może serial został pomyślany jako satyra na naszą obsesję na punkcie mediów społecznościowych. Rządząca światem przedstawionym sztuczna inteligencja zwana Indrą jest niczym Facebook, czy Instagram. Łączy każdego z każdym, pozwala im podejrzeć życie swoich towarzyszy, pochwalić się swoim i dba, aby poziom satysfakcji utrzymywany był na optymalnym poziomie. Dostajemy tu ostrzeżenie, bo pojawia się pytanie o to, co się stanie, jeśli algorytm wymknie się spod kontroli twórców i zacznie działać po swojemu. Do snucia takich interpretacji zachęca obecność w ekipie twórców Owena Harrisa, który wyreżyserował trzy odcinki „Czarnego lustra”. Niestety próżno tu szukać oryginalnego podejścia znanego z produkcji sygnowanej nazwiskiem Charlie'ego Bookera.

nowy wspaniały świat
Nowy wspaniały świat
Nowy wspaniały świat

Nawet seks zawsze w hipnotyzującej oprawie świetlnej, nie niesie ze sobą jakiegokolwiek poczucia transgresji.

Nie jest ani wystarczająco wyuzdany, ani wizualnie ekscytujący. A to chociaż w drobnej części wynagrodziłoby nam marnowany na każdym kroku potencjał. „Nowy wspaniały świat” najciekawszy jest w tych nieodkrytych i nieeksplorowanych jeszcze zakątkach. Czuć, że jest tam coś więcej, niż dostaliśmy. Tym samym oglądając skądinąd interesujący finał 1. sezonu trudno oprzeć się wrażeniu, że miał on być jedynie przedsmakiem. Jakby twórcy mieli dopiero rozwinąć skrzydła w kolejnej odsłonie. Platforma Peacock im na to nie pozwoliła. Może to jednak dobrze, bo gdyby jednak znowu chcieli dochodzić do puenty tyle czasu, moglibyśmy tego nie wytrzymać i poziomu produkcji nie podniosłaby już żadna, nawet najbardziej perwersyjna orgia.

„Nowy wspaniały świat” obejrzycie na platformie Netflix.