Uncategorized  /  Recenzja

„Billie Eilish: Świat lekko zamglony” to jeden z najlepszych dokumentów muzycznych ostatnich lat

Picture of the author

Fenomen Billie Eilish trwa. Pomimo tego, że ma ona na swoim koncie dopiero jeden album, a jej kariera zaczęła się na dobre raptem w 2018 roku, już teraz dostajemy film dokumentalny, którego Eilish jest główną bohaterką. I jest to znakomity film dokumentalny.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Siadając do oglądania filmu „Billie Eilish: Świat lekko zamglony” w Apple TV+ obawiałem się, czy, biorąc pod uwagę tak krótki staż Billie Eilish w masowej świadomości, znajdziemy w nim wystarczająco interesujący materiał. Moje obawy tylko wzrosły, gdy spostrzegłem, że dokument ten trwa aż 140 minut. Ale już po około kwadransie, który minął mi nie wiadomo kiedy, wiedziałem, że te obawy są bezpodstawne.

Twórcy dokumentu „Billie Eilish: Świat lekko zamglony” zawitali do jej życia z kamerami w idealnym momencie. Film, po wstępie, na którym widzimy pierwsze chwile tuż po tym, gdy jej pierwsza piosenka Ocean Eyes stała się hitem, przygląda się z początku procesowi powstawania debiutanckiego albumu Eilish, czyli „When We All Fall Asleep, Where Do We Go?”. To, co czytaliśmy z newsów, bądź słyszeliśmy w wywiadach, teraz widzimy na własne oczy - Billie naprawdę pisała wszystkie piosenki na ten krążek razem z bratem w jego pokoju.

I już za samo sfilmowanie tego procesu twórcy dokumentu „Billie Eilish: Świat lekko zamglony” mają u mnie wielkiego plusa.

Komponowanie muzyki, pisanie tekstów do piosenek i układanie tego wszystkiego w całość, to, przynajmniej dla mnie, proces fascynujący i trochę mistyczny. W filmach czy dokumentach opowiadających o muzykach mimo wszystko rzadko jest on nam pokazywany. W przypadku produkcji Apple TV+ możemy się dokładnie przyjrzeć temu, jak Bille, wraz z bratem Finneasem, krok po kroku składali do kupy kawałki, które dziś wszyscy znamy i uwielbiamy.

Następnie, sukcesywnie przyglądamy się temu, jak jej kariera zaczyna nabierać coraz to większych obrotów. Kolejne koncerty, premiera debiutanckiego albumu, trasa po Europie, następnie rosnąca sława, występ u Jimmy’ego Kimmela czy na Coachelli, aż po nagrody Grammy. A w przerwach między tym medialnym szaleństwem oglądamy Eilish w domu rodzinnym, żartującą czy narzekającą podczas rozmów z bliskimi, siedzącą w pokoju czy w ogródku, które nijak nie pasują do naszych wyobrażeń o życiu gwiazdy pop, która ma miliony obserwujących na Instagramie i setki milionów sprzedanych utworów.

Cała rodzina Eilish ochoczo wpuściła kamery do swojego skromnego domku w Los Angeles, dzięki czemu jesteśmy w stanie zawitać na chwilę w świecie młodej artystki, spędzić trochę czasu w jej pokoju, ogródku, z jej rodzicami, a przy okazji także i w jej głowie.

To z kolei prowadzi nas do samej głównej bohaterki.

Billie Eilish jest postacią tak charyzmatyczną, wymykającą się nudnym szablonom, kolorową, trochę z innego świata i swojej własnej, kreskówkowo-mrocznej bajki, że naprawdę szybko przestałem się dziwić, iż omawiany film dokumentalny o wycinku ostatnich dwóch lat jej życia trwa prawie dwie i pół godziny.

Eilish jest na tyle oryginalną osobą, w dodatku z charakterystycznymi i nadającymi jej jeszcze większego wyrazu problemami natury psychofizycznej (cierpi m.in. na zespół Tourette’a), że chwilami wydaje się, jakby była postacią fikcyjną, wykreowaną na potrzeby publiczności przez płodnego pisarza. Dołączmy sobie do tego wszystkiego jej własną wyobraźnię, niesamowity talent i wyczucie stylu, które idealnie trafiło w gusta dzisiejszej młodzieży, a przed waszymi oczami stanie istny fenomen i artystyczna siła natury. By w pełni ogarnąć jej osobowość przydałby się wręcz nie tyle film, co od razu serial, minimum jednosezonowy.

Na wielki plus dokumentu „Billie Eilish: Świat lekko zamglony” trzeba też zaliczyć umiejętne wyłapanie kontrastów przez jego twórców. Przyglądamy się bowiem w gruncie rzeczy skromnej dziewczynie, pełnej kompleksów i niepewności siebie, która w zaciszu swojego absolutnie zwyczajnego i również skromnego pokoju tworzy piosenki stające się globalnymi przebojami. Eilish co chwila przemieszcza się z tych swoich skromnych progów na areny świata. O jej występach mówią wszyscy, jest na billboardach w całych Stanach Zjednoczonych. Ale przy tym wszystkim jest ona też klasyczną outsiderką, skupiającą w sobie wszystkie niepokoje, lęki i neurozy całego pokolenia dzisiejszych nastolatków.

Nieczęsto mamy możliwość oglądania udokumentowanego origin story gwiazdy popu. „Billie Eilish: Świat lekko zamglony” jest właśnie takim cennym materiałem.

Pokazuje jak wiele i jednocześnie niewiele zmienia się w życiu gdy pojawia się sława. Szczególnie w przypadku, gdy natrafia ona na osobę, która nie została zaprogramowana do bycia sławną, tylko po prostu jest to skutek uboczny jej barwnej, artystycznej duszy. W filmie oczywiście nie zabrakło miejsca na kulisy koncertów Eilish, making of klipu do utworu when the party’s over; dostajemy też wcale niemało urywków z jej występów, a niektóre z nich okazują się naprawdę poruszające. To z pewnością mile widziany bonus szczególnie dla fanów.

Przede wszystkim jednak z „Billie Eilish: Świat lekko zamglony” bije szczerość, a to, mimo wielu chęci, nie zawsze wychodzi w filmach dokumentalnych. Dla fanów jest to pozycja obowiązkowa. A dla wszystkich innych prawdopodobnie najlepszy sposób, by w końcu dowiedzieć się na czym właściwie polega fenomen Billie Eilish. Pierwszorzędny dokument!

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst