1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Foo Fighters wracają, kiedy potrzebujemy ich najbardziej. Recenzujemy krążek „Medicine at Midnight”

Foo Fighters Medicine at Midnight okładka płyty

10.  studyjny album Foo Fighters to zarówno powrót do korzeni kapeli, jak i interesujące eksperymenty brzmieniowe, które z radością przyjmą zarówno starsi fani Davida Grohla i spółki, jak i nowe pokolenie słuchaczy.

Nagranie dziesięciu studyjnych albumów to swoisty punkt graniczny dla każdego zespołu i jednocześnie świadectwo ich siły oraz popularności. Nie każda grupa potrafi wytrwać ze sobą tyle lat i tyle nagrań. Nie każda też jest w stanie utrzymać się na topie i w świadomości fanów tak długo, by móc bez przeszkód nagrywać kolejne krążki. Foo Fighters teraz już oficjalnie weszli do tego ekskluzywnego klubu gigantów rocka.

Udało im się to, pomimo faktu (a może w sumie dzięki niemu) oscylowania wokół tych samych motywów. Oczywiście Foo Fighters nie stosują metody rockowego kopiuj-wklej jak AC/DC przez ostatnie 30 lat, bo jednak posiadają umiejętności, chociażby przejawiające się w muzycznych niuansach, wprowadzania zmian i odświeżania brzmienia. Tym niemniej, jako osoba słuchająca Grohla i spółki raczej z doskoku, głównie w momencie premier ich kolejnych płyt, mam wrażenie, że ich kawałki zlewają się trochę w jedną całość. Oczywiście do pewnego stopnia to dobrze – zespół ma swoje własne brzmienie i konsekwentnie się jego trzyma. Z drugiej, po tylu latach istnienia i nagrywania kolejnych albumów z czasem pojawia się głód większej wolty. Tego Foo Fighters nam nie przynoszą na „Medicine at Midnight”, ale wszystko poza tym nie rozczarowuje.

Muzycy znaleźli złoty środek pomiędzy ogranymi motywami, które recyklingują od lat, powrotem do bardziej surowego grania z pierwszych albumów, a świeżymi, nowymi akcentami, nadającymi temu albumowi swoją własną tożsamość.

Pierwsze, co rzuca się w uszy, to fakt, że nowy krążek Fightersów jest lżejszy względem poprzedników. Oczywiście nie chodzi tyle o brzmienie gitar, bo te cały czas przyjemnie świdrują nasze małżowiny, ale bardziej o ogólny nastrój i atmosferę „Medicine at Midnight”. Ponoć punktem odniesienia dla Grohla był w tym przypadku album „Let’s Dance” Davida Bowie’ego. I to ukierunkowanie na brzmienie bardziej popowe, śmiałbym rzec, że wręcz trochę taneczne, jest wyczuwalne.

Rozpoczynający album Making a Fire niemal od razu wita nas melodyjnymi chórkami, które zapraszają do wspólnego skandowania i z pewnością, gdy powrócą koncerty na żywo, to Foo Fighters nieraz z nich skorzystają.

Shame Shame oparty jest na całkiem ciekawym rytmicznym mariażu gitary i perkusji i równie dobrze mógłby być kawałkiem spod pióra Muse.

Cloudspotter w zwrotkach oferuje nam niemal funkowy beat, a w refrenie zmienia się już w stadionowy rockowy hymn.

Waiting On A War to chwilowe zwolnienie tempa i powrót do bardziej klasycznego Foo Fighters. Grohl i spółka odkodowali bezbłędny przepis na pisanie przyjemnych dla ucha melodii i refrenów, które chce się wykrzykiwać tłumnie na świeżym powietrzu. Zresztą podobna formuła została powtórzona w późniejszej balladzie na krążku, czyli Chasing Birds, tutaj dodatkowo z wyczuwalnymi wpływami Beatlesów.

Utwór tytułowy to na dobrą sprawę mikstura rocka z popem, która na szczęście nie podróżuje w rejony banału. Tutaj mamy świetną linię basu, mocny wokal Grohla i udany refren, jak i również przyjemną w odsłuchu solówkę.

No Son of Mine to już czysty, dynamiczny rock n’ roll, pełna energii jazda na wyższych obrotach, przy której można się solidnie wyszaleć. Na razie tylko we własnym pokoju, ale dobre i to.

„Medicine at Midnight” to kawał rzetelnej muzycznej roboty. Jest klarownie, rozrywkowo, melodyjnie, dynamicznie.

Krążek nie jest długi (raptem 36 minut z sekundami) – sprawia to, że najnowsza propozycja od Foo Fighters idealnie wpasowuje się w początek tego kolejnego dziwnego i pełnego niepokojów roku. Nie powali was ten album na kolana, ale raczej nie taka jego rola. „Medicine at Midnight” to rockowa guma do żucia, ale na dobrej jakości składnikach i zostawiająca po sobie długotrwałe uczucie świeżości.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.