Seriale  /  Recenzja

Dawno nie widziałam tak dobrej ekranizacji. Oceniamy serial „Normalni ludzie” na podstawie bestsellerowej powieści

Picture of the author

Po miesiącach oczekiwania, w końcu możemy w Polsce obejrzeć serial Hulu, „Normalni ludzie”. Produkcja od dziś dostępna jest na HBO GO. To ekranizacja bestsellerowej powieści Sally Rooney, która ukazała się w tym roku w Polsce.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Muszę przyznać na wstępie, że miałam duże oczekiwania w stosunku do ekranizacji „Normalnych ludzi”. Książka Sally Rooney wzbudziła we mnie wiele różnych emocji – od uczucia niepokoju, przez melancholię, nadzieję, aż po smutek. To, zdawałoby się, zwykła historia dwójki młodych ludzi z Irlandii, która ma w sobie pewien magnetyzm, coś właśnie, na przekór pozorom, niezwykłego.

I choć brzmi to pewnie banalnie, siła tej opowieści tkwi w jej prostocie.

W tym, że każdy, niezależnie od pewnych doświadczeń miłosnych, może odnaleźć siebie w Marianne (Daisy Edgar-Jones) i Connellu (Paul Mescal). Może przejrzeć się jak w lustrze, bo zrozumie ich bolączki, wątpliwości, tęsknoty.

Normalni ludzie – recenzja serialu

Ta dwójka chodzi razem do liceum. W szkole nie spędzają jednak ze sobą czasu. Marianne jest traktowana jak dziwaczka, snobka. On z kolei jest popularny, ma wielu przyjaciół, a koleżanki włóczą za nim tęsknym wzrokiem. Dziewczynę i chłopaka dzieli też przepaść finansowa. Marianne pochodzi z bogatego domu, z kolei Connella wychowuje tylko matka, która dość wcześnie zaszła w ciążę. Mimo tych różnic nastolatkowie są na siebie niejako skazani – matka chłopaka pracuje jako pomoc domowa w domu Marianne.

I właśnie to zacisze rezydencji staje się miejscem, w którym Marianne i Connell, trochę wbrew całemu światu, a przynajmniej ich licealnej rzeczywistości, mogą być sobą.

Chłopak i dziewczyna rozmawiają ze sobą, aż w końcu to niewinne wspólne spędzanie czasu staje się przyczynkiem do czegoś większego. Marianne i Connella łączy silne, nastoletnie uczucie, choć ciągle są niepewni siebie. Sytuacji nie poprawia fakt, że Connell nie chce przyznawać się przed nikim do tego, co ich łączy. I ta decyzja odciśnie piętno na ich relacji na bardzo długi czas.

„Normalni ludzie” to zapis wspólnej historii Marianne i Connella, która przypomina trochę wiersz Jana Brzechwy o żurawiu i czapli. Młodzi, ale już dorośli, ciągle mijają się, zmieniają. Zmienia się też ich położenie i pewna dominacja w tej specyficznej, silnej relacji, która z jednej strony zdaje się móc przetrwać wszystko, a z drugiej strony jest tak krucha, że jedno słowo, jedno przemilczenie czegokolwiek może ją zniszczyć. Roztrzaskać na tysiąc małych kawałeczków.

Reżyser serialu, Lenny Abrahamson (nominacja do Oscara za film „Pokój”), przygotował wierną ekranizację książki. I udało mu się wzbudzić w widzu, a przynajmniej we mnie, te same emocje co podczas lektury.

Odtwórcy głównych ról, Daisy Edgar-Jones i Paul Mescal, radzą sobie fenomenalnie. Choć początkowo, z uwagi na książkowy opis postaci, wydawało mi się, że Mescal niekoniecznie pasuje do roli Connella, aktor tchnął w niego nowe życie. Edgar-Jones to Marianne wprost z kart powieści – neurotyczna, urocza, choć nie w ten oczywisty sposób. Czuć między nimi chemię, a sceny seksu są piękne, autentyczne.

„Normalni ludzie” wprowadzają w trans. To wieczna sinusoida, która i nam się udziela. Jeśli miałabym określić ten serial jednym słowem, powiedziałabym: prawdziwy. Jeśli dwoma, dodałabym: cholernie. Dawno, dawno nie widziałam tak dobrej ekranizacji, która bezbłędnie oddaje ducha powieści.

Serial „Normalni ludzie” obejrzycie w serwisie HBO GO.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst