1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Od „Moonrakera” po „Skyfall”. Wielki ranking filmów o Bondzie - od najgorszego do najlepszego

Ten tekst miał pierwotnie powstać na premierę 25. filmu o przygodach agenta 007 „Nie czas umierać”. Rzeczywistość 2020 roku pokrzyżowała jednak plany kinowe. Z odsieczą przybyło HBO, które od 1 grudnia będzie posiadać w swojej wirtualnej bibliotece wszystkie dotychczasowe filmy z Jamesem Bondem. Korzystając z okazji wracam więc wspomnieniami do poprzednich oficjalnych części. Przed wami ranking filmów o Bondzie, od najgorszego do najlepszego.

James Bond - oceniamy wszystkie filmy z serii

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Zabójczy widok

Lata 80. nie były dobre dla kina w ogóle, a dla Bonda okazały się nad wyraz surowe. „Zabójczy widok” oprócz tego, że przekracza wszelkie granice absurdu, to jeszcze robi to w tak nijakim i pozbawionym świeżości stylu, że wchodzi w rejony autoparodii Bonda.

Roger Moore prezentuje się tak nieprzekonująco w roli agenta 007, jak to tylko możliwe. Ani Grace Jones ani Christopher Walken na drugim planie nie tworzą interesujących postaci. Sekwencjom akcji bliżej do komedii. W ogóle cały film wydaje się być bezpośrednim prequelem przygód Austina Powersa.

Jedyne, co wyszło w „Zabójczym widoku”, to utwór tytułowy, który okazał się największym komercyjnym przebojem pośród wszystkich wcześniejszych kawałków.

Moonraker

Bond w kosmosie. Nawet po wielu latach od premiery, a także od mojego pierwszego obejrzenia „Moonrakera” nie dociera do mnie, że producenci i scenarzyści stwierdzili, że to dobry kierunek dla filmu o agencie 007.

W latach 70., za kadencji Rogera Moore’e, filmy o Bondzie zdecydowanie przekraczały granice kiczu i tandety i to do poziomu, w którym przestawały bawić, a zaczynały wzbudzać zażenowanie. I tak właśnie zapamiętałem „Moonrakera”. Jako zapowiedź upadku uniwersum Jamesa Bonda. A jego wizualnym symbolem jest sekwencja „bitwy ludzików” w kosmosie z poziomem efektów rodem z radzieckiego filmu telewizyjnego i odgłosami laserów: „piu, piu”.

Śmierć nadejdzie jutro

Ten film, choć niezbyt stary, miał bowiem premierę w 2002 roku, zestarzał się najbardziej ze wszystkich odsłon serii z Piercem Brosnanem. Fabuła rozpisana jest ciężką ręką, w podobnym stylu jawi się też reżyseria, bowiem film ten, poza paroma efekciarskimi przerywnikami, nie ma zbyt wiele do zaoferowania. No chyba, że szukacie seansu, podczas którego można wynajdywać sceny, z których będziecie się śmiać.

Powplatane gdzieniegdzie nawiązania do klasycznych Bondów (był to jubileuszowy, 20. film z serii nakręcony 40 lat po premierze pierwszej odsłony) są całkiem udane, ale poza tym „Śmierć nadejdzie jutro” jest do bólu kiczowate (i to w takim tanim stylu) oraz szalenie durne. Od kosmicznych gadżetów po absurdalne pościgi i sekwencje akcji rodem z kreskówek z wykorzystaniem niezliczonej ilości rakiet i... satelity strzelającego promieniami słonecznymi. Sam Brosnan wydawał się już znudzony tą rolą, zresztą próbował przekonywać producentów, by udali się w stronę bardziej mrocznych i poważniejszych klimatów, a nie efekciarskich głupot dla nastolatków, ale nic nie wskórał.

A na dokładkę, jako ostatni gwóźdź do trumny, należy dorzucić fatalny utwór wiodący w wykonaniu Madonny. Brrrr... Aż trudno uwierzyć, że raptem cztery lata później pojawiło się „Casino Royale”, która plasuje się kilka(naście) poziomów wyżej.

Diamenty są wieczne

Sean Connery, pomimo wcześniejszych zapewnień, że kończy z Bondem, zdołał się jednak przekonać (rekordową wówczas gażą) na powrót do roli agenta 007. Niestety nie był to powrót udany.

„Diamenty są wieczne” to jedna z najgorszych i najgłupszych odsłon serii. Zaczyna się wprawdzie szalenie dynamicznym prologiem, ale później zaczyna wiać nudą i brakiem jakichkolwiek ciekawych pomysłów. Dowodem niech będzie jedna z bardziej kuriozalnych sekwencji, jakie widziałem w wysokobudżetowym kinie, czyli Bond pędzący przedziwnym pojazdem „kosmicznym” po amerykańskiej pustyni, która wydaje się wyjęta rodem z kreskówek Looney Tunes.

Ośmiorniczka

Jakby się zastanowić i oglądać ten film jako komedię, albo świadomy pastisz filmów o Bondzie, to w sumie można się na “Ośmiorniczce” dobrze bawić. Rozumiem, tych, którzy darzą ten film sympatią, ale ja niestety wysiadam. Ta część stanowi najlepsze podsumowanie wszystkich grzechów, jakie miały filmy z serii z Rogerem Moorem w roli głównej. Począwszy na kiepskim scenariuszu rodem z kina klasy B, jednej z najgorszych piosenek otwierających, przez błaznującego i kompletnie nieprzekonującego Moore’a aż po slapstickowe i niedorzeczne sekwencje akcji, które fatalnie się zestarzały od tamtego czasu.

Tylko dla twoich oczu

Ta odsłona przygód Jamesa Bonda może nie jest aż tak epatująca pół poważnym kiczem i głupotami jak inne z Rogerem Moore’em w roli głównej, ale przez to na wierzch wychodzi fakt, że jest zwyczajnie...nudna (i nie jest to ostatni taki przypadek w obrębie tej serii).

Pomiędzy średniej jakości sekwencjami akcji (poziom telewizyjny, nawet na początku lat 80. będący sporym rozczarowaniem) nie dzieje się nic, co mogłoby zapaść widzom w pamięci. To klasyczna, trzymająca się starych schematów, historia szpiegowska, nie oferująca odbiorcom nic ponad to, co już widzieli i to w lepszej formie.

Świat to za mało

Ta odsłona przygód agenta 007 rozpoczyna się od napakowanego akcją (i najdłuższego) prologu, jakiego cała seria wcześniej nie widziała. Nawet dziś kino akcji serwuje nam takie widowiska w swoich finałach, a „Świat to za mało” weszło w te wysokie obroty w swoich pierwszych 10 minutach. Szaleńczy pościg, który zaczyna się na motorówkach, a kończy w… balonie, to klasyczne bondowskie motywy, tyle że na solidnych dopalaczach.

Szkoda tylko, że później „Świat to za mało” wyraźnie traci tempo i już go nie odzyskuje. Scenariusz jest nierówny, płynnie przechodząc od niezłych dialogów po kuriozalne sceny. Nierówny dualizm tej części idealnie obrazują dwie „dziewczyny Bonda”, które poznajemy w tej odsłonie. Grana przez Sophie Marceau Elektra King jest całkiem niejednoznaczną i interesującą postacią, ale już grana przez Denise Richards doktor Christmas Jones, która wygląda jak połączenie Pameli Anderson i Lary Croft, a przy tym jest (a jakżeby inaczej) genialnym fizykiem nuklearnym, to już powielenie najgorszych i najtańszych bondowskich stereotypów.

Człowiek ze złotym pistoletem

To chyba jedyny film o Bondzie, w którym czarny charakter niemalże ratuje całą produkcję, a na pewno wypada zdecydowanie lepiej od głównego bohatera. Choć i tak jest to odsłona, w której twórcy względnie poważnie traktują swoje postaci i widzów. W każdym razie Scaramanga w wykonaniu Christophera Lee to aktorska perełka. Już same jego motywacje wypadają świeżo na tle poprzedników.

Ta część powstała pod niemałym wpływem niezwykłej popularności filmów Bruce’em Lee w tamtym okresie. Są tego plusy, jak finałowy pojedynek ze Scaramangą, który został ciekawie przemyślany, choć oczywiście próby „zrzynania pomysłów” z „Wejścia smoka” są tu ewidentne.. Ale minusem z kolei są kompletnie niepotrzebne i wypadające żenująco sceny kung-fu.

Z pewnością były czasy, gdy „Człowieka ze złotym pistoletem” można było zaliczyć do lepszych Bondów, ale te czasy już minęły. Obecnie pozostaje przyjemnym średniakiem.

Jutro nie umiera nigdy

Ta odsłona Bonda miała całkiem spory potencjał na opowiedzenie zajmującej historii wprowadzającej publikę w XXI wiek. Szkoda tylko, że scenariusz okazał się tak fatalnie napisany, a partnerki Bonda zostały pozbawione jakiegokolwiek charakteru.

Natomiast jeśli chodzi o widowiskowe sekwencje, to fani serii nie mają na co narzekać. Pierwsza połowa filmu to na dobrą sprawę kino akcji z repertuaru Sylvestra Stallone’a, a drugiej bliżej do dzieł Johna Woo. Wtórne to, ale rzetelnie zrobione i daje masę dobrej zabawy. Brosnan, tutaj w swoim drugim podejściu jako agent 007, potwierdza, że był najlepszym Bondem od czasów Seana Connery’ego.

Szkoda tylko, że jako całość, „Jutro nie umiera nigdy”, choć to jeden z moich ulubionych tytułów filmu w całej serii, jest strasznie... nudne.

Quantum of Solace

Pozornie, oglądając “Quantum of Solace” (do teraz nie wiem czemu, do licha, polski dystrybutor nie wysilił się na spolszczenie tego tytułu, który w obecnej formie nic nie znaczy nad Wisłą) można odnieść wrażenie, że wszystko jest tu na swoim miejscu. Daniel Craig po raz drugi jako James Bond cały czas jest w formie. Tyle tylko, że właściwie cała reszta wyraźnie odstaje poziomem od poprzednika, czyli „Casino Royale”. I nie tylko.

Sekwencje akcji są fatalnie wyreżyserowane. Reżyser i operator chyba zbyt mocno zainspirowali się serią filmów o Jasonie Bournie, tyle tylko, że zrobili to w bardzo amatorskim stylu. Kamera podczas dynamicznych scen walk, strzelanin czy pościgów trzęsie się we wszystkie strony, a widz dosłownie nie wie, co się dzieje. Jakim cudem to przeszło przez stół montażowy i uzyskało zgodę studia?

Do tego dochodzi dziurawy scenariusz, pozbawiony wyrazu i zwyczajnie mętny - co jest z kolei skutkiem tego, że produkcja „Quantum of Solace” trafiła na okres strajku scenarzystów w Hollywood.

Oprócz tego film jest zbyt surowy i zbyt poważny, zabrakło mu tego „bondowskiego pierwiastka” poprzedników, który posiadały nawet te najmniej bliskie klasycznej formule odsłony. „Quantum of Solace” to po prostu średniej klasy akcyjniak, którego trudno odróżnić od podobnych hollywoodzkich tworów. Wielka szkoda, że po fenomenalnym „Casino Royale” seria zaliczyła aż taki spadek formy.

Żyj i pozwól umrzeć

To bodaj najmniej bondowski film z całej serii przygód agenta 007. Przy okazji jest to debiut Rogera Moora w roli Jamesa Bonda i jedna z nielicznych udanych odsłon z nim w obsadzie. Siła „Żyj i pozwól umrzeć” wynika z jego „egzotyki”.

To na dobrą sprawę po części solidny thriller sensacyjny i film blaxploitation w jednym. Z udanymi scenami akcji, urokiem i humorem (Moore, który jest jednocześnie poważny i z dystansem do samego siebie). Najmniej tu komiksowego przerysowania, choć pod koniec ta część zaczyna przypominać współczesną wersję Indiany Jonesa.

Głównym motywem nie jest walka z megalomańskim szaleńcem, który chce zawładnąć światem, a z narkotykowym bossem z Harlemu. Wrzucenie Bonda w sam środek kultury Afroamerykanów, kultu voodoo i stylistyki rodem z dzielnicy Harlemu pozwalało spojrzeć na agenta 007 (oraz na wszystkie brytyjskie maniery, zwyczaje itp.) z przymrużeniem oka.

Dodajmy sobie do tego świetną Jane Seymour jako mistyczne medium Solitaire oraz jedną z najlepszych piosenek promujących film – Live and Let Die w wykonaniu Paula McCartneya i grupy Wings, a dostaniemy naprawdę udane kino rozrywkowe,

Żyje się tylko dwa razy

Ta część przygód agenta 007 zaczyna się znakomitego twistu, w którym James Bond… ginie. Oczywiście jest to tylko początek jego kolejnej misji, a tym razem zostaje wysłany do Japonii. Egzotyczne krajobrazy Kraju Kwitnącej Wiśni nadają wyjątkowego kolorytu i świeżości tej odsłonie, choć całościowo czuć powoli, że seria zaczyna zjadać swój własny ogon i przydałoby się jej jakieś bardziej solidne odświeżenie.

Oczywiście to nadal było widowisko, które nie miało sobie równych w latach 60. Imponujące pojedynki, pościgi samochodowe, udanie rozpisane zwroty akcji i robiące wrażenia efekty specjalne to znaki rozpoznawcze tej części. To w niej też Bond staje po raz pierwszy oko w oko z Ernestem Blofeldem.

Szpieg, który mnie kochał

Trzeci film o agencie 007 z Rogerem Moorem w roli głównej to z pewnością jedna z lepszych odsłon z tamtego okresu. Ale, niestety daleko jej do ideału. Minusem jest fabuła, która nie tylko powtarza motywy i przepisuje strukturę scenariusza z „Żyje się tylko dwa razy”, ale i jej nierówny poziom.

Twórcom nie wyszło sprawne balansowanie na granicy widowiska i kiczu z elementami komedii (które średnio mi w ogóle do tej serii pasują). Rozczarowuje też główny przeciwnik Bonda, Stromberg, który jest zwyczajnie nijaki. Natomiast z tego, co się udało warto wymienić wspaniałą warstwę formalną. Zdjęcia, scenografia i sekwencje akcji to najwyższa półka z tamtego okresu (koniec lat 70.). Świetnie sfilmowane plenery Egiptu czy sekwencje podwodne.

Nie da się też nie zwrócić uwagi na ekranową partnerkę Bonda, która z łatwością zalicza się do czołówki całej serii. Barbara Bach w roli Anyi Amasowej, to kobieta posiadająca charyzmę, stanowiąca idealną i równorzędną kobiecą odpowiedniczkę Bonda, a w tamtych czasach nie było to wcale takie oczywiste. No i to w tym filmie po raz pierwszy spotykamy kultowego „stalozębnego” przeciwnika agenta 007 - Szczęki.

Pozdrowienia z Rosji

To pierwszy sequel w historii filmów o agencie 007 i, co ciekawe, odwrotnie jak ma to miejsce w dzisiejszych czasach, nie dostarcza widzom więcej emocji niż poprzednik. „Pozdrowienia z Rosji” mają trochę wolniejsze tempo (Bond pojawia się w nim dopiero w okolicach 18 minuty seansu, ok. 1/4 filmu rozgrywa się w pociągu), mniej wciągającą intrygę oraz bardziej surową (śladowa ilość gadżetów i brak auta) i mniej barwną formę.

Tym niemniej, mam jakąś słabość do tych pierwszych, klasycznych Bondów, szczególnie tych, w których jeszcze nie szarżowano tak z komiksowymi gadżetami oraz quasi-slapstickowymi pomysłami na sekwencje akcji.

„Pozdrowienia z Rosji” to rasowy film szpiegowski z elementami kina sensacyjnego w stanie czystym. Może nie najlepszy w tym gatunku, ale satysfakcjonujący. No i Sean Connery wyraźnie się w nim rozkręca i zaczyna wygodnie się czuć w roli 007.

Spectre

Nie jest to najlepszy Bond, przyznaję, daleko mu zarówno do “Casino Royale” jak i “Skyfall” (swoją drogą poziom serii póki co przypomina sinusoidę, co każe przypuszczać, że „Nie czas umierać” może być wybitną częścią). Mimo wszystko, oglądając „Spectre” naprawdę nieźle się bawiłem i zaliczam go do tych lepszych odsłon serii.

Na pewno fani widowiskowych sekwencji akcji nie mają tu na co narzekać, bo „Spectre” ma ich co niemiara i należą do najwyżej filmowej półki. Już sam początek filmu wita nas przecież imponującym mastershotem nakręconym w Meksyku. Pod względem zdjęć i montażu to absolutnie chyba najlepsza dotąd odsłona serii i w ogóle jeden z bardziej zachwycających oko filmów akcji ostatniej dekady.

Gorzej już ze scenariuszem, który jest ewidentnie nierówny i zawiera zbyt dużo niepotrzebnych wątków pobocznych. Widać też, że jego autorzy nie wiedzieli za bardzo, jak go umiejętnie domknąć, gdyż pierwsza połowa filmu jest zdecydowanie lepsza od drugiej, która zaczyna się stopniowo wykruszać do samego finału, przy którym już widz nie jest zbytnio zaangażowany w historię.

W obliczu śmierci

Pierwszy Bond z Timothym Daltonem w roli głównej, który zastąpił po latach Rogera Moora. „W obliczu śmierci” to też długo oczekiwana (i jakże pożądana) zmiana tonu. Zamiast niemal cyrkowo-komiksowej półpoważnej zabawy na granicy kiczu, dostajemy o wiele bardziej realistycznego (oczywiście w obrębie serii) i tym samym poważnego Bonda.

Dalton wydaje się chwilami aż za poważny, nie ma tej swady i luzu co poprzednicy, więc rozumiem tych, którzy uznają go za najsłabszego agenta 007, ale jak dla mnie, spisał się on na tyle przekonująco, że uważam to za udaną odmianę. Wniósł do tej serii i postaci ludzki pierwiastek i był o wiele bliższy literackiemu pierwowzorowi stworzonemu przez Iana Fleminga.

Przede wszystkim jednak w tej części największą robotę robi znakomicie rozpisany scenariusz, który pędzi na wysokich obrotach. Pierwsze 30 minut to nieustanna akcja i jej liczne zwroty. Potem dochodzi ciekawa szpiegowska intryga i jeszcze więcej akcji. To z pewnością jeden z bardziej widowiskowych Bondów spośród tych nakręconych przed „Casino Royale”.

Goldeneye

To był mój pierwszy Bond i jeden z pierwszych filmów, które obejrzałem w kinie. Nietrudno się więc domyślić, że wrażenie po sobie pozostawił niemałe w mojej pamięci. Sama tylko sekwencja napisów początkowych dosłownie zahipnotyzowała 10-letnią wersję mojej osoby siedzącą w fotelu kinowym i odegrała niemałą rolę w scementowaniu mojej miłości do ruchomych obrazów.

To był też pierwszy Bond, który pojawił się w kinach po tak długiej (trwającej 6 lat przerwie). I wreszcie był to pierwszy film z serii, który miał premierę w świecie po upadku żelaznej kurtyny, po Zimnej wojnie. I wiecie co? Wracając do „Goldeneye” po latach stwierdzam, że nadal daje radę.

Pierce Brosnan, debiutujący wówczas jako agent 007 nowej ery, spisał się naprawdę znakomicie i okazał się idealną miksturą charyzmy i uroku Seana Connery’ego oraz Timothy’ego Daltona. Udane sekwencje akcji (w tym ucieczka czołgiem ulicami Moskwy), jedna z moim ulubionych bondowskich piosnek (w wykonaniu Tiny Turner) i naprawdę niezły, jak na widowisko szpiegowskie, scenariusz, obfitujący w dobrze rozpisane zwroty akcji sprawia, że „Goldeneye” pozostaje jednym z moich ulubionych filmów o agencie 007 w czasach po Seanie Connerym.

W tajnej służbie Jej Królewskiej Mości

Jeśli miałbym wskazać film o Bondzie, z którego najbardziej korzystają współczesne odsłony z Danielem Craigiem, to bez zawahania wskazałbym „W tajnej służbie jej królewskiej mości”. George Lazenby może i nie był najlepszym Bondem, ale też nie dam się przekonać, że pasował do tej roli mniej niż Roger Moore.

A sam film jest zdecydowanie mniej kreskówkowy (jak dla mnie to wartość dodana), tempo ma całkiem przemyślane i na tyle dobrze rozegrane, że nie czujemy znużenia pomimo, że obroty są wyraźnie wolniejsze względem większości odsłon o przygodach 007. W tej części seria, na chwilę, wróciła do korzeni, gdyż pod względem nastroju i dynamiki przypomina „Doktora No”. To w dużej mierze świetne kino szpiegowskie z udanymi sekwencjami akcji w samym sercu i z domieszką prawdziwego romansu, czyli tego czego, moim zdaniem, zawsze brakowało „starym” Bondom.

Licencja na zabijanie

Ten film nie miał dobrej prasy, ani nie stał się sukcesem kasowym, ale dla mnie to jeden z lepszych Bondów. W końcu twórcy odeszli od quasi-komediowego i puszczającego oko do widza tonu, na zdecydowanie bardziej mroczy i poważny. I brutalny, bo „Licencja na zabijanie” to chwilami naprawdę mocny thriller, w którym nie ma wesołej zabawy szpiegowskimi motywami, tylko gra toczy się o wysoką stawkę. I można w niej naprawdę zginąć. Ba, sam Bond potrafi zabijać tu swoich przeciwników z zimną krwią. Po raz pierwszy oglądamy go nie jako agenta wywiadu, ale profesjonalnego zabójcę. W kolorowych i rozrywkowych latach 80. takie podejście traktowane było jako coś niechcianego, ale już w XXI wieku, twórcy Bondów z Craigiem udali się bardziej w tym kierunku niż ścieżkami produkcji z Moore’em i Connerym.

Do „Licencji na zabijanie” można się jedynie przyczepić pod tym względem, że właściwie w ogóle nie przypomina filmów o Bondzie. To raczej dość brutalna sensacja i kino zemsty w jednym. Sam Bond nie działa tu z polecenia Jej Królewskiej Mości, tylko z pobudek osobistych i pod tym względem tę odsłonę ogląda się bardziej jak spin-off. Ale mi to nie przeszkadzało, gdyż formalnie, jak na tamte czasy, było to udane kino sensacyjne, z paroma widowiskowymi scenami, dobrą muzyką, niezgorszym scenariuszem i jedną z moich ulubionych bondowskich piosenek w wykonaniu Gladys Knight.

Operacja „Piorun”

To w tej odsłonie po raz pierwszy Bond staje pięść w pięść z organizacją SPECTRE. Wcześniej, w „Doktorze No”, została ona tylko wspomniana z nazwy, a tym razem mamy okazję zajrzeć do ich siedziby i poznać jej członków, w tym Emilio Largo, który stoi za główną intrygą filmu.

„Operacja Piorun” może nie jest tak udana jak wcześniejsze filmy z serii, ale rozmachem z łatwością przebija poprzedników. Sekwencje rozgrywające się pod wodą do dziś robią wrażenie, a abstrakcyjne i komiksowe rozwiązania fabularne dają po prostu masę nieskrępowanej rozrywki, choć pewnie dla widzów, którzy zaczęli znajomość z serią na najnowszych produkcjach, mogą wydać się dość kuriozalne. Ale to i tak nic w porównaniu z późniejszymi Bondami.

No i nie zapominajmy o fantastycznym wykonaniu utworu tytułowego przez Toma Jonesa.

Doktor No

Od tego filmu wszystko się zaczęło. Choć z czasem filmy o Bondzie zaczęły odchodzić formalnie od „Doktora No”, to widać w nim zalążki wszystkich klasycznych motywów, które z czasem staną się znakami rozpoznawczymi serii. Od postmodernistycznej czołówki, przez słynne przedstawienie się Bonda oraz głównego przeciwnika, wyjętego rodem z tanich, pulpowych powieści.

Pierwszy oficjalny film o Bondzie to przede wszystkim wciągająca mieszanka kina szpiegowskiego i solidnego kryminału. „Doktor No” z pewnością ma zdecydowanie inne tempo niż jego następcy - jest wolniejszy, akcja nie pędzi jak szalona, choć poszczególne twisty są precyzyjnie rozpisane i nadal robią mocne wrażenie.

Trudno przy tej okazji nie wspomnieć o Seanie Connerym – pierwszy James Bond nadal jest dla wielu tym najlepszym. Connery wniósł do tej postaci charyzmę, wdzięk, dystyngowany urok, nawet jeśli zachowania samego Bonda, dziś w erze #MeToo, wydają się być na granicy dopuszczalności, to w jego wykonaniu mrużymy oczy i dajemy się ponieść zabawie.

Casino Royale

Ten film był dla mnie niczym uderzenie pioruna. Kompletnie nie spodziewałem się niczego ponad rzetelnie zrealizowanego Bonda z nowym aktorem w roli głównej.. A tymczasem „Casino Royale” to Bond na sterydach. Napakowane wirtuozerskimi sekwencjami akcji (parkourowy pościg w Madagaskarze to jedna z najlepszych sekwencji akcji, jakie kiedykolwiek nakręcono) pierwszoligowe widowisko, które zapiera dech w piersi.

Ten odcinek serii zręcznie wykorzystał klasyczne motywy bondowskiej mitologii i przemielił je przez współczesne trendy, jednocześnie rezygnując z konotacji z kinem klasy B, a przenosząc Bonda do klasy A. Może jedynie sam Daniel Craig nie do końca mi fizycznie pasuje do postaci Bonda, ale powiedzmy się od 2006 roku jakoś się przyzwyczaiłem. Tym bardziej, że twórcy świadomie portretują go w nowych odsłonach jako niekoniecznie przyjemnego gościa, raczej typa spod ciemnej gwiazdy, który akurat pracuje po stronie tych dobrych.

A gdy dodamy sobie do tego jedną z najbardziej charakterystycznych „Bond girls” czyli Vesper Lynd zagraną przez Evę Green oraz równie fascynującego Le Shiffre w wykonaniu Madsa Mikkelsena, otrzymujemy niemalże perfekcyjne kino akcji.

Goldfinger

Dla wielu jest to najlepszy Bond w historii. Trudno się dziwić. Przez długie dekady z jego scenariuszem oraz sekwencjami akcji żaden kolejny film w serii nie mógł się równać.
To w „Goldfingerze” na dobre ukształtowały się też te najbardziej charakterystyczne motywy serii – począwszy od kilkuminutowego prologu, który płynnie przechodził w sekwencję napisów początkowych; to w tym filmie Bond zaczyna w pełnej krasie korzystać z gadżetów od Q, dostaje po raz pierwszy Aston Martina, na jego drodze stają po raz pierwszy dwie damy. Do tego dochodzi jeden z jego najbardziej pamiętnych przeciwników – tytułowy Goldfinger oraz pierwsza piosenka wiodąca, która stała się przebojem.

Sekwencje akcji robią wrażenie nawet dziś, a co tu dopiero mówić o 1964 roku, kiedy to „Goldfinger” miał swoją premierę. To w „Goldfingerze” cała seria w końcu znalazła swój głos i określiła na dobre swoją tożsamość, w pełni bawiąc się zarówno wysokobudżetowym rozmachem jak i jawnie kreskówkową stylistyką rodem z telewizyjnego kina klasy B. Dało to widzom fenomenalne kino rozrywkowe, z którym Hollywood będzie w stanie konkurować dopiero ponad 10 lat później.

Skyfall

Nawet nie musiałem się długo zastanawiać, by wybrać najlepszą odsłonę Bonda - bez wątpienia jest nią “Skyfall”. To „Mroczny Rycerz” filmów o Bondzie. Bierze na warsztat całą mitologię tej serii, jak i również poprzednie odsłony rebootu z Craigiem i zmienia je w wielkie kino. To nie tylko widowisko, ale i przeszywający thriller i dramat w jednym.

Nawet nie wiem od czego zacząć. Cały wstęp, trwający kilkanaście minut, wystarczył by położyć mnie na łopatki. Tyle akcji przeważnie dostajemy w finałach superprodukcji, a nie na samym starcie. Genialnie zdjęcia (Roger Deakins na pokładzie) podnoszą ten film na wyższy poziom, a sama logistyka i choreografia scen akcji to już pułap masterclass.

Kapitalny scenariusz, który nie tylko kipi od emocji, ale i rysuje przed nami postaci z krwi i kości (te dobre i złe) angażuje widza jak żaden dotąd w całej serii o Bondzie. „Skyfall” to totalny egzamin dojrzałości rebootu i w ogóle Bonda jako zjawiska popkulturowego.