1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Książki
  4. Seriale

„Ogień nie zabije smoka”, a słaby 8. sezon legendy „Gry o tron”? Nowa książka o kulisach serialu HBO to majstersztyk

ogień nie zabije smoka

Fani serialu „Gra o tron” przez cały okres istnienia serialu pragnęli poznać kulisy powstawania kolejnych sezonów, motywacje stojące za poszczególnymi wyborami fabularnymi i aktorskimi oraz dowiedzieć się, jakie relacje łączyły aktorów i twórców. Część tych tajemnic została przed nimi właśnie odsłoniętych dzięki książce „Ogień nie zabije smoka”.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o mediach, filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nie ma najmniejszych wątpliwości, że „Gra o tron” to absolutny fenomen i jeden z najważniejszych produktów popkultury z ostatniej dekady. Finałowy odcinek serialu HBO trafił do widzów grubo ponad rok temu, ale dyskusje na jego temat (i wszystkich 8 sezonów) toczą się jednak na jego temat do dzisiaj. Do czego oczywiście przyczynia się fakt, że „Gra o tron” wcześniej była niemal jak zazdrośnie strzeżony skarb, do kulis którego dostęp mieli tylko wybrani. Jednym z nich był James Hibberd pracujący przez niemal cały okres powstawania produkcji dla portalu Entertainment Weekly. To właśnie ten doceniany amerykański dziennikarz podjął się próby przedstawienia w pełnej okazałości monumentalnej próby, jaką było stworzenie 73 odcinków adaptacji „Pieśni lodu i ognia”.

Oczywiście, nie zrobił tego jako pierwszy, czy tym bardziej jedyny. Tysiące osób z całego świata trudziły się nad pytaniem o przyczyny popularności serialu HBO, a ostatnio brytyjscy i irlandzcy naukowcy wykorzystali w tej sprawie narzędzia statystyczne i matematyczne. „Ogień nie zabije smoka” nie jest nawet de facto pierwszą książką tego typu, która ukazała się w Polsce. Wcześniej miałem okazję recenzować dla Rozrywka.Blog „Nieoficjalny przewodnik po Grze o tron” Kim Renfro. Od wcześniejszych prób Hibberda odróżnia jednak jeden bardzo istotny szczegół. On naprawdę co roku był na planie, miał świetne kontakty z obsadą i zdobył mnóstwo własnych materiałów.

Ogień nie zabije smoka” to książka pełna anegdot, nieznanych wcześniej historii i ciekawych rozmów z twórcami.

Absolutnie trzeba docenić ten aspekt pracy wykonanej przez Amerykanina, bo choćby wspomniana powyżej Renfro co rusz korzystała z cudzych wywiadów i istniejących wcześniej artykułów, przez co wydawała się dosyć nieudolnie kopiować cudze pomysły. James Hibberd również od czasu do czasu korzysta z cytatów pochodzących z cudzych źródeł, ale zawsze w celu dopełnienia jakiejś myśli zasłyszanej osobiście od showrunnerów, aktorów czy samego George'a R.R. Martina.

Wielokrotnie na łamach książki znajdziecie wewnętrzne przemyślenia tak kluczowych dla popularności „Gry o tron” postaci jak Kit Harrington, Emilia Clarke, Sophie Turner, Maisie Williams czy właśnie autor oryginalnego cyklu powieściowego. Jednocześnie Hibberd doskonale zdaje sobie sprawę, że tworzenie serialu to gra zespołowa, więc oddaje głos postaciom drugoplanowym, osobom z produkcji, reżyserom i szefom HBO. Często to właśnie od tych osób można usłyszeć najciekawsze historie jak np. te o kręceniu scen bitew morskich na jednym parkingu w Irlandii Północnej, zatkniętej na pice głowie George'a Busha Jra oraz emocjonalnie wycieńczających kulisach kręcenia słynnego marszu wstydu.

James Hibberd prowadzi nas chronologicznie przez powstawanie serialu „Gra o tron”, zahaczając o wszystkie najważniejsze sceny i wątki.

Dla największych fanów produkcji tego typu przypomnienie nie jest z pewnością potrzebne, ale to zapewne wynik swego rodzaju kompromisu między pisaniem książki dla wielbicieli „Gry o tron” i bardziej niedzielnych widzów fantasy. Pewnym problemem jest też fakt, iż autor „Ogień nie zabije smoka” pracował przez cały ten czas dla Entertainment Weekly, więc część obecnych w książce historii wcześniej trafiła do sieci za sprawą właśnie tego portalu. Dość powiedzieć, że kulisy tragicznie nieudanego odcinka pilotażowego, który nieomal pogrążył serial na samym początku prac przedstawialiśmy niedawno dokładnie na Rozrywka.Blog. Do mediów wyciekła też zdradzona Hibberdowi przez George'a R.R. Martina informacja, jak będzie wyglądać scena ze śmiercią Hodora w „Wichrach zimy”.

W trakcie lektury „Ogień nie zabije smoka” bynajmniej nie można natomiast narzekać na nudę. Pojedyncze przypadki znanych nam już anegdot bledną bowiem w zestawieniu z liczbą zupełnie nowych informacji. Nie chcę zdradzać zbyt dużo, ale wielu fanów „Gry o tron” będzie zapewne zaskoczonych, w jaki sposób narodziły się tak ikoniczne sceny jak te przedstawiające Jona Snowa miażdżonego przez trupy w trakcie Bitwy Bękartów czy słynną przemowę oskarżonego o królobójstwo Tyriona.

Do „Ogień nie zabije smoka” można mieć pretensję tylko o jedną kwestię – fałszywą delikatność w stosunku do 7. i 8. sezonu.

To niestety kolejna pozycja, która zdaje się traktować widzów i twórców serialu HBO jak małe dzieci niegotowe na to, żeby usłyszeć bolesną prawdę. Hibberd poświęca ostatnim sześciu odcinkom serialu zaskakująco mało miejsca, bo mniej niż sto końcowych stron. Pozostawia też często dosyć bzdurne wypowiedzi np. Davida Benioffa i D.B. Weissa bez jakiegokolwiek komentarza, tak jakby były prawdą objawioną. Nie chodzi oczywiście o to, żeby dziennikarz EW co rusz kłócił się ze swoimi rozmówcami. Osobiście wolałbym jednak, żeby przyjął nieco bardziej aktywną rolę w „Ogień nie zabije smoka”.

Tymczasem ogranicza się tylko do rzuconej przez jednego czy drugiego aktora negatywnej uwagi (najczęściej wygłaszali je Conleth Hill grający Varysa i Liam Cunningham grający Davosa Seawortha), ale poza tym stara się ignorować wszelkie przejawy negatywnego odbioru 8. sezonu. Choć paradoksalnie to właśnie z jego książki wynika, że szaleńcze tempo kręcenia bitwy o Winterfell i innych starć ostatnich odcinków prawdopodobnie przyczyniło się do ich bardzo słabej jakości. I to pomimo olbrzymiego wysiłku włożonego w kręcenie tych odcinków przez ekipę oraz aktorów. Nie zmienia to natomiast ogólnej, zdecydowanie pozytywnej oceny „Ogień nie zabije smoka”.

„Gra o tron” zasługiwała na jakościową opowieść zza kulis i dostała ją właśnie za sprawą Jamesa Hibberda.