REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Uncategorized

Ten kto ma nasze dane, ma nasze rozumy i serca - tego nauczyła nas sprawa Cambridge Analytica

Pamiętam, że gdy docierały do mnie pierwsze informacje o tajemniczej firmie, która miała odpowiadać za Brexit i wybór Donalda Trumpa na prezydenta USA, moim pierwszym skojarzeniem była nobliwa siedziba uniwersytetu, jednego zresztą z najbardziej prestiżowych i najstarszych w Europie. Całkiem niedawno dowiedziałem się, że nawet nazwa była manipulacją.

mindfuck
REKLAMA
REKLAMA

Choć Cambridge Analytica doprowadzi do erozji zaufania do mediów społecznościowych i spadku wiary w uczciwość procesu wyborczego, to firma ta była czubkiem góry lodowej i to czubkiem, który udało się dostrzec opinii publicznej. CA to bowiem firma założona przez SCL Group. Została powołana w na tyle mętny sposób, że niełatwo było dociec, kto jest jej prawowitym właścicielem. Christopher Wylie, jeden z najważniejszych ojców firmy, która zapisze się w historii wielkich manipulacji, pisze w swojej książce zatytułowanej „Mindfuck. Cambridge Analytica, czyli jak popsuć demokrację”:

Struktura właścicielska i organizacyjna nowego podmiotu była wyjątkowo zagmatwana i niejasna nawet dla osób bezpośrednio zaangażowanych w realizację poszczególnych projektów, które często nie miały pewności dla kogo tak naprawdę pracują.

Wszystko po to, aby móc pracować w bez trudu na terenie Wielkiej Brytanii i Stanów Zjednoczonych.

Demokracje w swoich przepisach wyborczych mają bowiem zwykle wynotowane, że kampaniami nie mogą zajmować się podmioty zagraniczne – jest to naturalne zabezpieczenie przez wpływami obcych państw.

SCL Group była firmą badawczą, która, jak opisuje sam Wylie, zajmowała się m. in. walką z ekstremistami i „obroną demokracji”. Zleceniodawcami było wojsko, różne agencje wywiadowcze  i faktycznie - część zleceń była związana z akcjami dezinformacyjnymi, powiedzmy, w dobrej wierze. Christopher Wylie opowiada jednak o projektach tak nieetycznych, że trudno przejść do porządku dziennego nad tym, że minęły niemal bez echa.

mindfuck czyli jak zepsuc demokracje class="wp-image-447304"

Autor książki „Mindfuck. Cambridge Analytica, czyli jak popsuć demokrację” opowiada o pracy na zlecenie Trynidadzkiego Ministerstwa Spraw Wewnętrznych. Politycy chcieli sprawdzić, czy analizując dane, da się wyodrębnić obywateli, co do których zachodzi największa obawa, że w przyszłości popełnią przestępstwo. Projekt, w nawiązaniu do powieści Philipa K. Dicka, został nazwany „Raport Mniejszości” (fabuła książki i filmu kręci się w pobliżu służb, które aresztowały ludzi mających w najbliższym czasie popełnić zbrodnię).

Brzmi to przynajmniej jak science-fiction; zapytacie, czy to w ogóle możliwe. W całej sprawie jest jednak jeszcze jedno pytanie – jak wiele danych musiałby posiadać rząd czy ministerstwo, które chciałyby aż tak kontrolować obywateli. Brytyjska firma otrzymała więc od polityków i urzędników dane z powszechnego spisu ludności, a dzięki współpracy z najróżniejszymi podwykonawcami, udało jej się śledzić w czasie rzeczywistym aktywność ludzi w internecie.

„Władze Trynidadu i Tobago zamierzały za jednym zamachem pogwałcić prywatność niemal wszystkich swoich obywateli” - pisze w książce Wylie.

Autor „Mindfuck. Cambridge Analytica, czyli jak popsuć demokrację” nie ukrywa, że firma SCL Group zajmowała się po prostu szpiegowaniem ludzi. I tym gruncie, pełnym nieetycznych i tak naprawdę neokolonialnych działań, wyrosła Cambridge Analytica.

Brytyjsko-amerykańska firma od samego początku miała określony kręgosłup ideologiczny. Sfinansowana przez prawicowego miliardera Roberta Mercera miała być bronią w wojnie kulturowej. Wylie był jednym z mózgów operacji – zanim się załamał i z zebranymi dowodami poszedł do prasy, a potem napisał wspomnianą książkę. W czasie pracy w CA udało mu się namówić do współpracy badaczy z Uniwersytetu w Cambridge, którzy umieli pozyskiwać dane z Facebooka i do tego udowodnili, że na podstawie „lajków” rozdawanych przez użytkowników serwisu, można zdekodować cechy osobowości każdego użytkownika serwisu.

Mając do dyspozycji 150 „lajków“ algorytm był w stanie określić podstawowe czynniki osobowości danej osoby trafniej niż członkowie rodzin. Przy 300 „lajkach” osiągał lepszy wynik od jej życiowego partnera lub partnerki – pisze w książce Wylie.

Pozyskane przez firmę dane w połączeniu z ankietami, które użytkownicy dobrowolnie wypełniali, były tak dokładne, że zawierały numer telefonu, status związku, liczbę potomstwa, szkoły, do których to potomstwo uczęszcza. A to jeszcze nie wszystko:

Dysponowaliśmy danymi z wniosków kredytowych, wiedzieliśmy, ile zarabia i czy posiada broń. Dzięki informacjom z programów lojalnościowych linii lotniczych mogliśmy sprawdzić, jak często lata samolotem. (…) Mieliśmy ogólne pojęcie o jej stanie zdrowia. Posiadaliśmy satelitarne zdjęcie jej domu, które zdobyliśmy bez trudu dzięki usłudze Google Earth - mówi Wylie.

Mając tak wiele danych, Cambridge Analytica była w stanie czytać nastroje społeczne, podrzucać w odpowiednie miejsca narracje, które później same niosły się niczym wirus.

W 2018 roku Facebook podał, że szemrana firma może dysponować danymi 87 milionów użytkowników serwisu. Dla prawicowego milionera i pracujących dla niego ludzi taka baza danych była kluczowa, aby realizować swoje polityczne cele. Szacuje się, że sztab Donalda Trumpa na usługi Cambridge Analytiki wydał ponad 6 mln dol. Sam Robert Mercer, którego pieniądze stoją za powstaniem firmy, był zwolennikiem Brexitu i jak podały media - politycy prowadzący kampanię referendalną również korzystali z jej usług.

Kluczem do zrozumienia potęgi danych jest mikrotargetowanie. Kiedy politycy chcą przekonać do siebie wyborców muszą skierować do nich przekaż. Spot wyborczy jest w porządku, ale inaczej powinno się mówić do mieszańców wsi, a inaczej do mieszkańców miast. Innych argumentów używa się, aby przeciągnąć na swoją stronę studenta, innych – by przekonać emeryta. A co jeśli obok wiedzy, iż ktoś jest studentem, znamy jego historię, wiemy, na kogo dotychczas głosował, czym się martwi i przejmuje? Wtedy komunikat może być bardzo, bardzo precyzyjny. Zaczyna przypominać on relację z drugim człowiekiem, a nie przekaz typowo reklamowy.

Christopher Wylie, opisując działania jednej z najważniejszych osób w CA, Alexandra Nixa, opowiada historię, jak chciano przekonać Steve’a Bannona do współpracy. Tego ostatniego nazywa intelektualistą, któremu od początku tłumaczono, że Cambridge Analytica ma siedzibę właśnie w Cambridge, a nie tylko w Londynie. Za każdym razem, gdy Bannon odwiedzał ich w Wielkiej Brytanii, do prowizorycznego biura w uniwersyteckim mieście przenoszono część komputerów i ekipy. Wynajmowano nawet dziewczyny, które miały udawać sekretarki. Cała maskarada zorganizowana była tylko po to, aby trafić do jednego człowieka o określonych słabościach i preferencjach. „Strategia była tak skuteczna, że nawet ktoś taki jak Alexander Nix mógł oszukać kogoś takiego jak Steve Bannon” - pisze Wylie, w ten sposób tłumacząc sposoby działania Cambridge Analytiki.

Wielką zagwozdką pozostaje fakt, jak skutecznie musiał działać wspomniany Nix, by Chris Wylie – z przekonania liberał, demokrata i działacz na rzecz równości, niegdyś zaangażowany w kampanię Baracka Obamy – zaczął pracować dla alt-prawicowych sił w Stanach i Wielkiej Brytanii. Na szczęście w porę zrozumiał swój błąd i opuścił Cambridge Analyticę (mimo zabiegów Nixa, któremu Chris był bardzo potrzebny). Jak pisze w książce:

„Jako jeden z twórców Cambridge Analytiki ponoszę współodpowiedzialność za to, co się wydarzyło, i wiem, że spoczywa na mnie obowiązek naprawienia popełnionych błędów. Podobnie jak wiele osób z branży nowoczesnych technologii, działałem szybko, tworzyłem potężne narzędzia, a kiedy zdałem sobie sprawę, co zepsułem, było już za późno.”

Fragment wspomnianej w tekście książki możecie przeczytać poniżej.

REKLAMA

Tekst powstał we współpracy z wydawnictwem Insignis.

REKLAMA
REKLAMA
Najnowsze
Aktualizacja: tydzień temu
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA