Trendy  /  Opinia

Czułam się jak hejterka, bo nie wzięłam udziału w akcji „dzień szpilek”. Dziś wiem, że to była słuszna decyzja

Picture of the author
396 interakcji
dołącz do dyskusji

Wydawałoby się, że w charytatywnym „łańcuszku” w social mediach nie ma nic złego — przeciwnie, łączenie dobrej zabawy z pomaganiem to świetny pomysł. Tymczasem przykład dnia szpilek, czyli akcji zainicjowanej przez luksusowy butik, pokazuje, że rzeczywistość bywa mniej cukierkowa, niż usiłują nam to sprzedać spece od marketingu.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Kiedy w piątek na moim facebookowym wallu zaczęły się pojawiać zdjęcia znajomych pozujących w butach na obcasie oznaczone hasztagiem #dzienszpilek, pomyślałam, że to po prostu kolejne nieszkodliwe „święto” pokroju Międzynarodowego Dnia Pizzy (to dlatego 9 lutego mam oznaczony w kalendarzu serduszkiem) czy Dnia Arkusza Kalkulacyjnego (tak, istnieje taki dzień i będziemy go „celebrować” już niebawem, bo 17 października). Kiedy okazało się, że to akcja charytatywna, dzięki której za każde takie zdjęcie opublikowane w social mediach mają wpłynąć 2 zł na rzecz fundacji Na Ratunek Dzieciom z Chorobą Nowotworową, pomyślałam sobie: wow, ale fajnie! A potem mój entuzjazm spadł nagle do zera. Dlaczego?

Czułam się jak hejterka, która nie chce pomóc „chorym dzieciom”

Przez chwilę nawet rozważałam, czy nie wziąć udziału w akcji. Zwłaszcza że zrobiły to nie tylko celebrytki i gwiazdy chcące się polansować na buty za kilkadziesiąt koła (to byłby raczej dla mnie kontrargument), ale bliskie mi kobiety, które szanuję — mądre, empatyczne i wrażliwe na krzywdę innych. 

Okoliczności były na tyle sprzyjające, że tego dnia miałam imprezę, na którą włożyłam buty na obcasie, a parę znajomych odezwało się na priv z zapytaniem, czy wezmę udział w akcji. 

I już miałam dać się złamać, już moja ręka z telefonem wędrowała w kierunku obutych w szpilki (co samo w sobie jest w moim przypadku pewnym świętem) stóp. A jednak, najwidoczniej wrodzona przekora wygrała we mnie z myślami pt. „nie bądź hejterką, przecież to tylko głupia fotka na Insta, a do dzieciaków popłynie realny hajs”. I wiecie co? Dziś jestem tej swojej niechęci do owczego pędu bardzo wdzięczna, bo uchroniła mnie przed wzięciem udziału w czymś, co skrajnie zaprzecza bliskim mi wartościom. Ale po kolei.

Konsumpcjonizm tak bardzo

Jako fanka luźnego stylu i minimalizmu, omijam luksusowe butiki szerokim łukiem. Nie inaczej jest z Moliera 2, który jawi mi się jako przybytek zarezerwowany dla ludzi z „wyższych sfer” czy celebrytek niemających pomysłów na to, jak wydać zalegające na ich kontach miliony. Jednak ten konkretny butik już dawno zwrócił moją uwagę, głównie za sprawą wielkoformatowych reklam, które ekspansywnie zalewają sporą część warszawskiej przestrzeni publicznej. Ich przekaz, oprócz tego, że reklamuje luksusowy sklep, delikatnie mówiąc, budzi kontrowersje i mój wewnętrzny sprzeciw.

Z billboardów promujących butik płynie przekaz sprowadzający kobiety do rozkapryszonych kokietek, które zrobią wszystko, żeby kupić kolejną parę markowych butów — a to wszystko oczywiście w tajemnicy przed partnerem lub mężem, stereotypowo nierozumiejącymi „kobiecych” wydatków.

Szczęśliwa żona to szczęśliwy mąż, dlatego nowe buty kupuję z myślą o nim

— czytamy na jednym z nich.

Wcześniej natrafiłam również na inne „kwiatki” (i nawet udało mi się na okoliczność tego tekstu wygrzebać z przepastnej galerii w moim telefonie zdjęcia, które załączam poniżej), utrzymane w podobnym tonie:

Moja zasada podczas wyprzedaży jest prosta: im więcej kupuję, tym więcej oszczędzam

Moja szafa na buty jest magiczna... zawsze znajdzie się miejsce na nową parę

— to tylko część z nich.

Już wtedy, gdy zobaczyłam te reklamy (a było to jeszcze w styczniu), podskórnie czułam, że z marketingiem Moliera 2 jest coś nie tak. Bo jak w dobie tzw. ciałopozytywności i promowania naturalnych trendów wytłumaczyć fakt, że firma przekonuje kobiety, iż szczęście zależy od tego, czy ta wyda kilka tysięcy (ceny butów w butiku wahają się od 2-3 do 8 tys. zł za parę) na szpilki? Jak sugerowanie, że buty kupuje się nie dla siebie ale „dla męża” ma się do pielęgnowania wizerunku kobiety wolnej, świadomej i nieuwikłanej w kulturowo-historyczne, patriarchalne konwenanse? I wreszcie — czy w kontekście zagrożeń klimatycznych i promowania tak przecież modnej dziś ekologii, zachęcanie do gromadzenia kolejnych — przepraszam za wyrażenie — „szmat” w „magicznej szafie” nie jest pochwałą konsumpcjonizmu w najczystszej postaci?

Szpilki za osiem tysięcy kontra ochłapy dla potrzebujących

Żeby było jasne — nie oceniam i nie krytykuję kobiet, które wzięły udział w akcji. Większość z nich kierowała się szlachetnymi pobudkami i/lub chęcią zaangażowania się w niewinną zabawę, jakich w social mediach jest przecież wiele. Swoją krytykę kieruję do samej firmy, która pod płaszczykiem dobroczynności, wykorzystując ludzką wrażliwość, zbija na tej akcji złoty interes.

Jak donoszą media, z zeszłorocznej akcji #dzienszpilek na cele charytatywne przekazano ok. 30 tys zł. Ktoś powie — to nadal więcej niż zero — w czym problem? Ano w tym, że nie trzeba być wielkim matematykiem, żeby policzyć, że kwota ta to koszt zaledwie kilku par butów dostępnych w ofercie Moliera 2.

Tymczasem zasięg akcji jest ogromny — i o ile „zwykłe” uczestniczki akcji faktycznie nie oznaczały w swoich postach butiku, o tyle część celebrytek i gwiazd, już to robiła. Moliera 2 zyskała zatem nie tylko darmową akcję promocyjną na wielką skalę, ale przyłożyły do niej rękę influencerki, którym nierzadko nawet nie chciałoby się pochylić nad współpracą (np. lokowaniem produktu) opiewającą na 30 tys. zł (niedawno Kuba Wojewódzki wyznał, że swoje negocjacje rozpoczyna od kwoty 50 tys. zł wzwyż). Czy w kontekście sklepu obracającego zawrotnymi sumami ta kwota nie wygląda na smutny ochłap?

Diabeł tkwi w szczegółach

W tym roku akcja zwiększyła swój zasięg. Na Facebooku opublikowano ponad 400 tys. zdjęć z hasztagiem #dzienszpilek, a na Instagramie niecałe 200 tysięcy. Oznacza to, że firma powinna przelać na konto wspomaganej fundacji ponad milion złotych.

Na razie trwa liczenie zdjęć (oficjalne wyniki Moliera 2 ma ogłosić 5 października). O tym, ile ostatecznie pieniędzy zostanie przelanych na konto fundacji wspierającej chore dzieci, zadecyduje jednak regulamin. Wystarczy do niego zerknąć, by przekonać się, że nie każdy udostępniony post zostanie uwzględniony — w regulaminie akcji znalazły się bowiem zapisy mówiące o tym, że zabawa dotyczy tylko Facebooka i Instagrama (podczas gdy część pań wstawiała swoje zdjęcia na Twittera), a równie ciekawie wygląda definicja „szpilek” według Moliera 2: okazuje się, że „zaliczone” zostaną tylko te zdjęcia, na których widnieją buty na obcasie liczącym co najmniej 5 centymetrów. Więc tak — jeśli jesteście społeczni(cz)kami i wrzuciliście zdjęcie na FB w trampkach, ale za to z hasztagiem #dzienszpilek i poparciem dla inicjatywy, to równie dobrze mogliście sobie odpuścić fatygę.

To nie pierwsze kontrowersje wokół Moliera 2

Co więcej, zarówno bulwersujące reklamy, jak i kontrowersyjna akcja „charytatywna” to nie jedyne grzechy na koncie Moliera 2. O firmie było już głośno m.in. ze względu na relacje byłych pracowników, którzy mieli doświadczać mobbingu (o szczegółach opowiada m.in. Madam z Vogule Poland, którzy przepracował w butiku dwa lata i był świadkiem karygodnych poczynań marki), a także przez „występ” w głośnym filmie „365 dni” opartym na bestsellerze Blanki Lipińskiej (w jednej ze scen główna bohaterka robi zakupy na Moliera 2).

Cóż, mimo wszystko trzymam kciuki, by 5 października faktycznie okazało się, że obiecane przez butki pieniądze trafią do fundacji. Patrząc jednak na wątpliwe etycznie standardy firmy — pozostanę przy wspieraniu wybranych inicjatyw na własną rękę. A Moliera 2 nadal będę omijać szerokim łukiem — tak będzie lepiej nie tylko dla mojego portfela, ale i poczucia własnej wartości budowanego na nieco innych priorytetach niż para Louboutinów z nowej kolekcji.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst