REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Taco Hemingway niczym Remigiusz Mróz. Jego „Europa” nie ma szansy dobrze wybrzmieć w zgiełku „Jarmarku”

Przesłuchałam „Europę” Taco Hemingwaya i nadal uważam, że to jeden z najciekawszych polskich muzyków młodego pokolenia. Tyle że to, co Taco opowiada na całej płycie, Quebonafide streścił w jednej piosence o niepozornym tytule „Bubbletea”.

taco hemingway europa jarmark nowy album
REKLAMA
REKLAMA

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o trendach, filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Zasada „co za dużo, to niezdrowo”, najwidoczniej sprawdza się nie tylko w kontekście niedzielnego obiadu, czy piw wypitych na imprezie. Jeszcze nie zdążyłam okrzepnąć po świetnym „Polskim tangu” i dobrze przesłuchać „Jarmarku”, a Taco Hemingway w tempie Remigiusza Mroza uraczył fanów kolejnym albumem. Tak, „Europa” to kolejny dobry krążek rapera. Tylko dlaczego ciągle mam wrażenie, że to wszytko już… było?

Taco lepiej smakuje w wersji slow

Ja wiem, że żyjemy w erze fast foodów, a sześć zer na koncie może generować apetyt na więcej. Rozumiem też i doceniam, że Filip Szcześniak tworzący pod pseudonimem Taco Hemingway jest artystą na tyle płodnym i ciekawym, że grzechem byłoby, gdyby pisał „do szuflady”. A jednak, po wydanym tuż przed wyborami „Polskim tangu” i niedawnym „Jarmarku”, odczuwam lekki przesyt. Być może to właśnie echo ostatniego albumu nie pozwala mi w pełni zanurzyć się w „Europie” (albo po prostu starzeję się i nie nadążam za młodymi raperami — istnieje taka szansa), ale mam poczucie, że chodzi tu o coś więcej.

„Europa” to nadal kawał świetnego rapu

Po „uniwersalnym” Jarmarku, Taco wraca do opisywania świata własnych przeżyć i przemyśleń i zabiera nas w bardzo osobistą podróż po tytułowej Europie. Bardzo podoba mi się koncepcja albumu, przywodząca nieco na myśl chwyt zastosowany w „Trójkącie warszawskim”, gdzie poszczególne utwory odmierzały kolejne stacje metra (tu po każdym kawałku, raper „relacjonuje” kolejne etapy podróży, przywodząc na myśl komunikaty nadawane przez kierowców przez CB radio).

Fifi potrafi czarować na swoich albumach i udowodnił to już nie raz — stylistycznie „Europa” nawiązuje do „Szyprycera” z 2017 roku, a dzięki niesamowitej kreatywności rapera, faktycznie pozwala słuchaczowi poczuć się jak pasażer towarzyszący Taco w jego euro-tripie (przy czym słowo „trip” nabiera tu hmm, dość szczególnego znaczenia).

Te same problemy, innymi słowami

„Europa” zawiera w sobie wszystko to, za co wiele lat temu Polska pokochała Taco — genialne wyczucie wrażliwości współczesnego odbiorcy, niekonwencjonalne brzmienie i wreszcie — sprawienie, że rap stał się gatunkiem przyswajalnym dla mas (i wcale nie tylko dlatego, że udostępnia swoje albumy w sieci za darmo — za co nie zmiennie chapeu bas). Problem polega tylko na tym, że Taco ciągle rapuje na ten sam temat, tylko innymi słowami.

I to jest chyba to, czym najbardziej rozczarowuje „Europa” — znowu dostajemy garść frustracji i wku**u na rzeczywistość, w której już nawet nikt nie usiłuje odpowiedzieć sobie na pytanie „mieć czy być”. Szcześniak, nawet jeśli nie jest raperem doskonałym, to bardzo dojrzałym. Tylko ile można słuchać narzekań na sączący się zewsząd nihilizm, zwłaszcza z ust „małolata”, któremu nic nie brakuje?

To co Hemingwayowi zajęło całą płytę, Quebonafide opisał w jednym singlu

Nie twierdzę, że rap Taco jest niewiarygodny — przeciwnie, uważam go za jednego z najbardziej uczciwych twórców, który nie uległ pokusie pozowania na utrudzonego konsumpcjonizmem milenialsa i jak mało który twórca młodego pokolenia potrafi niuansować czarno-białą wizję świata.

Tylko że to wszystko, co Taco opisuje na nowym albumie (a więc —tęsknotę za latami beztroski i reliktami z czasów dzieciństwa, brutalną konfrontację wyobrażeń o wielkim świecie z jego faktycznym obliczem i ogólne rozczarowanie zdobyczami kapitalizmu), pobrzmiewa już w hicie tego lata, czyli nagranym w duecie z Darią Zawiałow Bubbletea Quebonafide.

REKLAMA

To, co proponuje „Europa” nadal kupuję, bo to po prostu lubię. Tylko ile razy można jeść ten sam, choćby najsłodszy, deser?

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA