Muzyka  /  Recenzja

Dlaczego Taco Hemingway rapuje o sobie? Bo to najlepiej mu wychodzi. Słuchaliśmy już płyty „Jarmark”

Picture of the author

Przesłuchałem „Jarmark” Taco Hemingwaya i to jedna z najlepszych płyt rapera, ale i tak uważam, że lepiej jak nawija o sobie, niż o Polsce. 

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o mediach, filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Ach, zapach lata. Kiedyś najcieplejsza pora roku kojarzyła mi się z irytującym dźwiękiem obwoźnej lodziarni, kiczem polskiego wybrzeża, a przede wszystkim z zapachem. Gdybyście zapytali mnie, co mam na myśli, nie odpowiedziałbym, bo jest w tym zapachu coś nieuchwytnego. Mam też przekonanie graniczące z pewnością, że takie charakterystyczne skojarzenia są subiektywne i działają zależnie od naszych bardzo osobistych doświadczeń. Dla jednego zapach skoszonej trawy będzie przywodził wakacje i luz, innym – wczesną i przymusową pobudkę. Jednym zapach skwierczącego niemal asfaltu przywiedzie przed oczy dziecięcą zabawę w odbijanie dłoni na tej nagrzanej powierzchni, inni z odrazą skrzywią usta na myśl o wysokiej temperaturze w mieście.

Taco Hemingway plasuje się gdzieś w pobliżu kiczowatego, ale nastrojowego wybrzeża i dziecinnej naiwności.

I tak, coroczne premiery, mocno spięte z latem, nieodzownie łączą Taco Hemingwaya z „ostatnimi dniami wakacji”. I tak jak co roku Taco próbuje czegoś nowego, pracuje nad tym, aby jego głos wchodził na trochę inne tony. Od pocztówkowych i moim zdaniem dość celnych, acz powtarzalnych spostrzeżeń, mieliśmy przejście w konsumowanie swojego sukcesu, kilka prób zmierzenia się z własną erudycją – wyszło bardzo pretensjonalnie.

„Jarmark” to jednak album z potencjałem i o dość dużych ambicjach.

Najmocniejszym dowodem na to jest trzyczęściowy utwór Łańcuch, w którym raper przygląda się wzajemnej ludzkiej niechęci. Szkicuje kilka historii, całkiem celnie budując motywacje postaci, których drogi przecięły się przypadkiem i bez oceniania wskazuje, skąd biorą się złe emocje, dlaczego, jako ludzie i społeczeństwo, bywamy od siebie tak daleko. To jeden z najbardziej udanych kawałków w jego karierze, podbity jeszcze przez wspaniały głos Rojka i uzupełniony przez cytat z Doroty Masłowskiej głoszący, że „społeczeństwo jest niemiłe”.

Podobną wagę i niezłą konstrukcję ma kawałek W.N.P., gdzie Taco przygląda się pornosom.

Pornografii, która była – i zapewne niestety jest – częścią dziecięcego doświadczenia. Sprawnie udaje mu się tu połączyć młodzieńczą naiwność, infantylizm i zestawić je z brutalnością filmów dla dorosłych. Jestem pod ogromnym wrażeniem, jak celnie strzela Taco, jak poruszająco buduje świat marzeń młodego człowieka, którego wychowuje pornografia. Robi to tak sprawnie, że... aż znajomo. Raper jednak nie ucieka od tego, że konstrukcja bliska jest głośnemu kawałkowi Maty – Patointeligencji. Używa bowiem nawet cytatu pochodzącego ze wspomnianego kawałka.

Nawet kilka losowo rozrzuconych po niebie jaskółek nie czyni wiosny, bo reszta płyty jest w najlepszym przypadku przeciętna. Choć koń pociągowy tego albumu był omówiony z każdej strony, skorzystam z okazji, żeby powiedzieć o nim kilka słów. Zwłaszcza że o Polskim Tangu łatwiej jest mówić, gdy wybory już się zakończyły, co przy okazji zweryfikowało również jego moc. Jest to utwór tak niespójny, bo nihilistyczny, że dziwię się, iż człowiek, który „w nic nie wierzy” w ogóle podejmuje temat polityczny.

Fascynuje mnie, że przypisywano mu siłę, choć w gruncie rzeczy nawet blokowy rap ma teksty polityczne i (uwaga, muszę użyć tego słowa) patriotycznie szczersze, wypełnione większą świadomością, niż Polskie Tango. Taco miota się w nim niby człowiek w konwulsjach, który bardzo chce powiedzieć coś ważnego o Polsce, ale w sumie bardziej interesuje go „torba z białem”. Miesza tu tyle wątków, że widać, iż żadnemu z nich nie poświęcił nawet chwili namysłu. Z resztą pisanie zaangażowanego utworu z pozycji niewiary w to, o czym się rapuje, jest bardzo naiwne i wewnętrznie sprzeczne.

Podobną naiwność czuć w antyklerykalnym Dwuzłotówki Dancing.

Taco pokazuje w nim swoją niechęć do religii, łącząc to, w czym jest najlepszy, czyli rapowanie o własnych doświadczeniach z przemyśleniami na temat kultów, miejsc kultu i kapłanów. Mniej więcej taki sam temat i w bardzo podobny sposób poruszył Kazik Staszewski ćwierć wieku temu w kawałku Czy wy nas macie za idiotów. Lider Kultu w usta prostaczka włożył wątpliwości co do zasad funkcjonowania Kościoła katolickiego. Ta naiwność, ujmująca prostota pozwoliła Kazikowi pokazać bardzo proste rozumienie zasad wiary i ich sprzeczności z nauką instytucji. 25 lat później Taco dzieli się z nami dokładnie takimi samymi przemyśleniami, zadaje te same pytania, tylko że robi to bez pośrednika, bez nawiasu. Zupełnie serio pisząc frazy:

Mój ksiądz proboszcz robił cruisin' merolem po ośce

Albo:

Głodują dzieciaki, na stole są znowu pustki
Posiłek ostatni, to jak były u komunii
Tańcują na tacy błyszczące dwuzłotówki
Remont plebanii, bo nie wszyscy są po równo równi

Czy:

Pan Jezus umarł dla mnie, a to nieprzeciętny gest

Choć nie wiem, czemu w wierze tyle kwestii sprzecznych jest

Gdybym był złośliwy, to powiedziałbym, że jego argumentacja przypomina trochę tabloidowe tytuły Newsweeka, ale nie jestem, więc powiem tylko, że trochę głupio słuchać tak banalnego rapu, gdy jesteśmy po poruszających filmach Sekielskich, a nawet po „Klerze” Smarzowskiego. Wracając jeszcze do Kazika, to faktycznie widać, że Taco uwielbia lata 90., bo w tym numerze realnie nas do nich cofnął.

Nie będę jednak wyrażał swojej pełnej opinii o „Jarmarku”.

Bo to w gruncie rzeczy jedna z lepszych płyt Taco Hemingwaya. Widać, że raper uczy się wykorzystywać swoje mocne strony, jednocześnie poruszać się w innych, bardziej poważnych rejestrach. A że długa droga przed nim? Cóż, nie od razu Świątynię Opatrzności Bożej zbudowano.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst