REKLAMA
  1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Muzyka

Katy Perry definiuje na nowo pojęcie power popu

Katy Perry powraca z podwójnym przytupem. Dopiero co na świat przyszło jej dziecko, a tymczasem fani mogą także się przysłuchać kolejnej, tym razem muzycznej latorośli gwiazdy popu. „Smile" niesie ze sobą masę pozytywnych dźwięków. Choć to też w żadnym razie wybitny album.

Fragment okładki płyty Smile od Katy Perry
REKLAMA
REKLAMA

„Smile" przedstawiany jest przez samą Perry jako próba autoterapii po trudnych przejściach i odpowiedzi na nie pozytywną, podnoszącą na duchu i dającą siłę muzyką. I pod tym względem „Smile" spełnia swoją rolę na piątkę (bez plusa). To rzeczywiście przebojowa, bezpretensjonalna płyta pop napakowana kawałkami z mocnymi refrenami, które podbiją liczne kluby na całym świecie. Jeśli lubicie takie muzyczne wycieczki i znacie repertuar Katy Perry, to „Smile" nie przyniesie żadnych rewolucji brzmieniowych, ale też was nie rozczaruje.

Perry ciągle ma nosa do dobrych producentów, którzy dbają, by jej dokonania cechowały się klarownym brzmieniem, przyjemnymi i wpadającymi w ucho aranżami i motywami, bez nadmiernego eksperymentowania, ale za to bezbłędnymi jeśli chodzi o przebojowość. Tego albumom Katy Perry odmówić nie można. Choć jej dokonania to przeważnie średnia liga, to jednak na każdym krążku nie brakuje prawdziwych hiciorów. I tak też jest na „Smile". W tym przypadku wręcz wokalistka atakuje nas najmocniejszymi przebojami już na samym początku.

Pierwszy to Never Really Over, który jest pełnoprawnym popowym hymnem z ciekawą rytmiką i potężnym refrenem napisanym jak prawidła Biblii przebojów pop nakazują.

Usłyszycie go raz i nie wyjdzie z waszej głowy. Bez względu na to, czy tego chcecie, czy nie.

Cry About It Later jest jeszcze lepszy pod tym względem. To jeden z tych kawałków, które często pojawiają się w tle wakacyjnych wypadów. Proste, ale niebanalne aranże w tle udanie otaczają pozytywny acz trochę melancholijny wokal Perry i składają się na bodaj najlepszy kawałek na „Smile".

Cała reszta krążka jest już trochę w kratkę. Pojawiają się kawałki dość przeciętne i mało wyraźne (choć i tak przyjemne w obyciu), jak Teary Eyes, Harleys in Hawaii, Resilient czy brzmiący jak odrzut z sesji The Weeknd (może ktoś się pomylił?) Not the End of the World.

Ale są i mocniejsze momenty. Jak na przykład spokojniejszy Daisies, który ma kapitalny, potężny i pełen emocji refren.

REKLAMA

Potencjalnymi globalnymi hitami mogą się też stać Tucked czy Champagne Problems. Żaden z nich nie jest perełką popu, ale Perry znalazła idealny złoty środek, huśtając się blisko linii kiczu, lecz jej nie przekraczając. Kawałki na „Smile" nie powalają, ale też zgrzeszyłby ktoś, kto uznałby, że są kompletnie beznadziejne.

To typowo rozrywkowy krążek, jego zadanie to zapewnienie muzycznego eskapizmu. Tym niemniej Perry ewidentnie stoi w miejscu pod względem muzycznym. „Smile" to po prostu kolejna inkarnacja tego, co już słyszeliśmy w jej artystycznym CV. Jeśli autorce i odbiorcom to wystarcza, to kim ja jestem, by zrzędzić pod nosem? Szkoda jedynie, że ów album, zawierający ewidentnie letnią, wakacyjną muzykę trafia pod strzechy już na sam koniec lata...

REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA
REKLAMA