Filmy  / Recenzja

Świetne widowisko, które wyciska ze srebrnych ekranów ostatnie soki. Pierwsze wrażenia po seansie filmu „Tenet”

Picture of the author

Seans „Tenet”, czyli najnowszego filmu Christophera Nolana, a zarazem pierwszej tak głośnej kinowej premiery od miesięcy, już za mną. Czy było warto spędzić bite 151 minut w maseczce na twarzy podczas seansu? To zależy, z której strony spojrzeć.

W recenzji unikam spoilerów na temat zakończenia „Tenet”.

Minione pół roku nie było łaskawe dla branży kinowej, a chociaż pandemia jeszcze się nie zakończyła, to i tak wielu ludzi widzi w kilkukrotnie już przekładanej premierze filmu „Tenet” szansę na renesans X muzy. Christopher Nolan uparł się w końcu, by widzowie zapoznali się z jego najnowszym dziełem po bożemu, a nie za pośrednictwem streamingu. I całkiem słusznie.

Tenet” jest świetnym widowiskiem, które wyciska ze srebrnych ekranów i potężnych kinowych głośników ostatnie soki.

Nowy film reżysera takich hitów jak „Interstellar”, „Mroczny Rycerz” czy „Incepcja” jednocześnie się ogląda, jak i całym ciałem czuje. Sam dałem się jego twórcom zaskoczyć i porwać aż nazbyt agresywnej ścieżce dźwiękowej Ludwiga Goranssona oraz świdrującym trzewia efektom dźwiękowym. Jako widzowie jesteśmy w tym wszystkim przez większość czasu niezwykle zagubieni — niczym bezimienny bohater.

Już na samym początku jedna z wpadających tylko na chwilę postaci pobocznych sugeruje zresztą Protagoniście granemu przez Johna Davida Washingtona, by nie myślał, tylko czuł — a widzowie tę radę również powinni wziąć sobie do serca. Rozpracowywanie struktury filmu na bieżąco, bez możliwości wciśnięcia pauzy i przewinięcia, nie ma racji bytu.

Jesteśmy w jeszcze gorszej sytuacji od bohaterów, którym 151-minutowy „Tenet” nie daje przecież ani chwili oddechu.

Film jest długi i czuć, że sporo materiału poszło tu pod nóż, a i tak już od pierwszej sceny akcja nie zwalnia ani na chwilę. Bohaterowie, którym jako ludzie uwięzieni w domach z powodu koronawirusa możemy tylko tego pozazdrościć, zwiedzają przy tym w zasadzie cały świat — podróżują pomiędzy Ukrainą, Indiami, Wietnamem, Estonią i jeszcze kilkoma innymi lokacjami.

Tempo jest zabójcze i przez większość czasu, nim zorientujemy się, o co chodzi w danej scenie, musimy sami wykoncypować, co się działo pomiędzy nią a poprzednią. Przeskoki czasowe i geograficzne mogą być jednak celowym działaniem, by do widzów nie dotarło, że coś tu nie ma sensu. Mamy zachłysnąć się feerią barw i świateł, by potem… wydać pieniądze na kolejny bilet.

Ponowny seans „Tenet” będzie niezbędny, by dostrzec rzeczy, które umkną za pierwszym razem.

Tych będzie z pewnością cała masa i aż nie mogę się doczekać chwili, gdy Reddit zaroi się od ludzi, którzy film widzieli. Ba, przy zakupie biletu powinno padać pytanie, czy widz ma już konto w tym serwisie, a jeśli nie, to pracownik kina powinien mu je założyć! Jestem przekonany, że fani będą rozbierać „Tenet” na czynniki pierwsze jeszcze przez długie tygodnie, jeśli nie lata.

Takie próby kolektywnego rozszyfrowania ukrytych znaczeń, począwszy od wieloznacznego palindromu w tytule, aż po rolę bohaterów i kolejność zdarzeń, będą sprawiały wiele frajdy. Sam ciągle nie mam wszystkich odpowiedzi, bo nie wszystko jest tu oczywiste — chociaż my postrzegamy rzeczywistość w sposób liniowy, to film wielokrotnie zmienia tę perspektywę.

Nowy obraz Nolana jest w końcu, jak to zwykle u niego bywa, w równej mierze filmem akcji, co łamigłówką.

Czasami miałem zresztą wrażenie, że reżyser przesadzał z wodzeniem za nos, ale nie da się ukryć, że sięgał po sprawdzone wzorce. Uwielbiany przez wielu twórca starał się swe dzieło przynajmniej w ogólnym zarysie zakotwiczyć w takiej rzeczywistości, jaką znamy — nawet jeśli była ona momentami przedstawiana w nieco krzywym zwierciadle i wymagało to wszystko sporo zawieszenia niewiary.

Jako widz nie miałem z tym jednak większego problemu. Po pierwszym szoku, jaki wywołały wybuchy bomb podczas ataku na kijowską operę, zdecydowałem się zaufać Nolanowi — tak jak Protagonista zaufał swym nowym mocodawcom. Podobnie jednak jak i on, cały czas przez skórę czułem, że to ja jestem tu w centrum, skoro to widowisko zostało przygotowane właśnie dla mnie.

„Tenet” to prawdziwa gratka dla miłośników kina szpiegowskiego oraz science-fiction.

Widowiskowe strzelaniny, samochodowe pościgi połączone z napadami na konwój wiozący Pluton, aranżowane ze smakiem bójki w restauracyjnej kuchni, kapsułki z trucizną i rosyjski oligarcha handlujący bronią z piękną żoną — wszystko, czego można oczekiwać po tym gatunku kina, tu znajdziemy. „Tenet” to jednak dzieło wielowarstwowe, a nie James Bond bez Jamesa Bonda.

Nadnaturalny pierwiastek w postaci nietuzinkowo zrealizowanych podróży w czasie dodaje opowieści Nolana kolorytu i wyróżnia ją na tle klasyków obu gatunków. To właśnie z tego powodu widz po jakimś czasie zaczyna kwestionować wszystko, co widział do tej pory i ma szansę na ogromną satysfakcję, jeśli w porę zgadnie dalszy lub — z pewnego punktu widzenia — wcześniejszy tok akcji.

Christopher Nolan wykonał przy tym niestety krok wstecz, jeśli chodzi o uczłowieczenie bohaterów.

Częstym zarzutem wobec reżysera jest to, iż nie potrafi zbudować wiarygodnych postaci. Na wcześniejszym etapie jego kariery mógłbym się z tym nawet zgodzić, ale obecnie stoję na stanowisku, że Nolan nauczył się kreować postaci z krwi i kości, co nie raz już udowodnił. Dlaczego w takim razie „Tenet” zaliczył widoczny regres w tej materii w porównaniu do poprzednich jego dzieł?

Nie wiem, czy ta nomen omen podróż do przeszłości była świadoma, czy też to tylko i aż wypadek przy pracy, ale dość powiedzieć, że postaci w „Tenet” to często chodzące archetypy. To niestety sprawia, że ich motywacje można czasem zgadnąć ciut za szybko, a innym razem ich decyzje nie mają sensu. Sytuację ratuje brak linearności narracji, co nadaje pewnym decyzjom bohaterów nowe znaczenie.

Mimo to „Tenet” można uznać za przejaw zalążków kinowego odpowiednika grafomanii u Nolana.

Chociaż ważą się losy świata, to trudno identyfikować się z postaciami, jak w poprzednich dziełach tego twórcy o kameralnym charakterze i znacznie bardziej osobistym wymiarze. Momentami forma przeważa tu nad treścią, a warstwa wizualna staje się ważniejsza od uwiarygodnienia motywacji. Widać jednak, że aktorzy, a zwłaszcza Robert Pattinson, dają z siebie wszystko, ale też nie wszystko zależy od nich.

Najgorsze w tym wszystkim są niestety dialogi, na które odtwórcy głównych i pobocznych ról nie mieli właśnie żadnego wpływu. Niektóre momentami powodują wręcz zgrzytanie zębów ze względu na bijącą z nich sztuczność, a inne są przejawem nadmiernej ekspozycji, gdyż w scenariuszu notorycznie łamana była zasada „nie mów, pokazuj”. Potrafiło to niestety osłabić emocje towarzyszące kolejnym zwrotom akcji.

Mimo to „Tenet” jest pierwszą zupełnie nową hollywoodzką marką od lat, która mnie zaintrygowała mimo swych wad. W czasach, gdy popkultura uwielbia te swoje sequele, prequele, rebooty i remiksy, a widzowie z pewną dozą nieufności podchodzą do nowości, Christopher Nolan daje dowód na to, że kino w dobie streamingu nadal ma sens — przynajmniej wśród entuzjastów letnich blockbusterów.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst