Filmy  /  Opinia

Aktywiści: zbanujmy „365 dni” na Netfliksie. Widzowie: dajcie nam nowe części erotyku

Picture of the author
101 interakcji
dołącz do dyskusji

Szturmu filmu „365 dni” przez światowe rynki ciąg dalszy. Polska produkcja stała się bodaj największym fenomenem czasów pandemii. I podczas gdy kolejne masy ludzi siadają z chęcią (i dreszczykiem podniecenia) do jego oglądania, pojawiają się też zakusy na to, by go nawet usunąć z Netfliksa.

Nie chcę się tu stawać po stronie filmu „365 dni”, bo choć jego sukces (w postaci oglądalności i popularności na całym świecie) jest niezaprzeczalny, to sam film jest szkodliwy i promuje patologiczne zachowania. Już nawet pomijam jakość jego treści czy aktorstwo – skoro ludzie chcą i lubią oglądać szmiry, to kim ja jestem by tego zabraniać? Niech każdy robi ze swoim ograniczonym czasem na Ziemi, co mu się żywnie podoba. Prywatnie mogę o tych ludziach myśleć co chcę, ale nie chcę niczego zabraniać.

Co innego jednak uważa np. organizacja Pro Empower. Zwróciła się ona do samego Netfliksa (a konkretniej do jego brytyjskiego oddziału) z prośbą o umieszczenie ostrzeżenia, że „365 dni” zawiera niewłaściwe treści, a wręcz o usunięcie go z serwisu.

Prawdą jest, że „365 dni” z porwania i gwałtu czyni punkt wyjścia dla romansu, ale też prawdą jest, że opierając się choćby tylko na badaniach z wyszukiwarek internetowych, jest niemała liczba kobiet, które mają fantazje seksualne związane z gwałtem.

365 days film rape

Można się więc oburzać (słusznie) przekazem filmu „365 dni”, bulwersować tym, jakie wzorce wpaja widzom do głów (przystojny mężczyzna z nieograniczoną ilością pieniędzy może robić z kobietą co chce, a ona sama jeszcze się na to zgodzi); można się zastanawiać, jakim cudem, w XXI wieku, w wyemancypowanym i post-feministycznym świecie pokutują tak obleśne i staroświeckie stereotypy. Niech jednak tym się zajmą specjaliści.

Natomiast nie rozumiem tego, dlaczego ktokolwiek miałby np. cenzurować albo usuwać z serwisu streamingowego film, który ludzie masowo chcą oglądać? Czy to już cenzura prewencyjna?

Przypomina to trochę zabawę w kotka i myszkę z dziećmi w piaskownicy. Dzieci sięgają po „zakazany owoc”, wkładają do buzi brudne zabawki, a opiekuni za nimi biegną i zabraniają. Tyle tylko, że w sytuacji „365 dni” mówimy o dorosłych ludziach. Sami podjęli decyzję, że chcą obejrzeć tego typu film. Jego popularność (podobnie jak fenomen „Pięćdziesięciu twarzy Greya”; tak przy okazji, czy to przypadek, czy te quasi-pornosy muszą mieć zawsze cyfry w tytule?) świadczy o tym, że ludzi (w tym wypadku w sporej części kobiety) kręcą takie tematy. Może właśnie dlatego, że to abstrakcyjna fantazja, utrzymana w bezpiecznych ryzach naszej wyobraźni bądź ekranu z filmem. Jest popyt – jest podaż. Proste prawidło rynku.

Sukces „365 dni” jest imponujący pod względem zasięgowym. To jest fakt. Poza tym, można uważać, że ten film jest szkodliwy, ale też nie da się zaprzeczyć, że cała masa kobiecej widowni już po jego seansie, była, mówiąc wprost... napalona.

Dlaczego kobiety tak chętnie rzucają się na te najbardziej brukowe i wypaczone fantazje relacji damsko-męskich? To pytanie do psychologów i seksuologów.

365 dni sceny seksu

Jest to zapewne bezpośredni odpowiednik męskich gustów względem pornografii. Uznajmy więc może filmy (i książki) typu „365 dni” za soft-porno, nałóżmy na nie jakieś ograniczenie wiekowe, tak by widzowie np. do 18 roku życia nie mieli do nich dostępu, ale banowanie ich dorosłym, świadomym widzom, którzy masowo chcą je oglądać, uważam za objaw nadgorliwości.

Zresztą wątpię, by jakikolwiek serwis tak po prostu usunął ze swojej biblioteki jeden z najpopularniejszych obecnie filmów. W dodatku, tego typu działania – jak owa petycja Pro Empower – sprawiają, że temat „365 dni” nie schodzi z czołówek newsowych doniesień na całym świecie, a więc tylko bardziej go promuje. Choć trudno mi nie zgodzić się z postulatami dotyczącymi jawnie szkodliwego przekazu filmów typu „rape fantasy”, to jednak organizacje takie jak Pro Empower powinny działać w tych sprawach po cichu, bo choć racja jest po ich stronie, to argument większości jest przeciwko nim.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst