1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Dzieje się

Czy słowo „Murzyn” jest obraźliwe? „Tu nie chodzi o cenzurę języka, lecz o empatię” – mówi prof. Kłosińska

stop calling me murzyn rasizm wywiad katarzyna klosinska
942 interakcji
dołącz do dyskusji

Czy słowo „Murzyn” jest obraźliwie? Jeśli tak, to czym powinniśmy je zastąpić? A jeśli nie, to dlaczego budzi dziś tak duże kontrowersje? O opinię na ten temat zapytaliśmy prof. Katarzynę Kłosińską, językoznawczynię z Uniwersytetu Warszawskiego i przewodniczącą Rady Języka Polskiego.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o trendach, filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Na fali wydarzeń w USA związanych z zabójstwem George'a Floyda i zamieszkami w Minneapolis, na nowo rozgorzała dyskusja na temat rasizmu. Kiedy polski internet obiegło zdjęcie czarnoskórej nastolatki, trzymającej transparent z napisem „Przestań nazywać mnie Murzynem”, pojawiły się głosy, że słowo to Polacy powinni wyrzucić ze słownika ze względu na negatywne, stygmatyzujące skojarzenia. Część osób twierdzi jednak, że „Murzyn” ma dla nich całkowicie neutralne znaczenie, a wszelkie próby cenzurowania tego terminu są przejawem tzw. poprawności politycznej.

O opinię w tej kwestii zapytaliśmy prof. Katarzynę Kłosińską, językoznawczynię z Uniwersytetu Warszawskiego, stojącą na czele Rady Języka Polskiego, a także poradni językowej PWN. Szerszej publiczności Katarzyna Kłosińska może być znana z emitowanej do nie dawna na antenie radiowej Trójki audycji pt. „Co w mowie piszczy”. To właśnie na łamach wspomnianej poradni doszło kilka dni temu do interesującej wymiany zdań na temat etymologii i znaczenia słowa „Murzyn”, również w kontekście rasizmu i niedawnych zamieszek w Stanach Zjednoczonych.

Dyskusja pod artykułem „Kłopotliwy Murzyn” była tak gorąca, że jedna z internautek zarzuciła prof. Kłosińskiej, że ta „najwyraźniej nie rozumie pojęcia rasizmu”. Postanowiliśmy spytać więc językoznawczynię, na czym właściwie polega problem z tym słowem, i czy rzeczywiście można je uznać za obraźliwe.

Magda Fijołek, Rozrywka.Blog: Pani odpowiedź na pytanie skierowane do poradni językowej PWN o to, czy słowo „Murzyn” ma wydźwięk pejoratywny, wywołała niemałe kontrowersje — została Pani nawet posądzona o niezrozumienie zjawiska rasizmu. Jak to w końcu jest z tym „Murzynem”? Czy to określenie rzeczywiście jest obraźliwe?

prof. Katarzyna Kłosińska: Skoro są w Polsce ludzie, dla których słowo „Murzyn” jest obraźliwe, to ze zwykłej życzliwości nie powinno się go używać. Jest wiele takich słów, które dla jednych są neutralne, ale dla innych wiążą się z negatywnymi skojarzeniami. Dla mojego pokolenia „Murzyn” brzmi neutralnie.

Czy można więc powiedzieć, że kwestia percepcji tego słowa wynika z różnic międzypokoleniowych?

W dużej części tak. W rozumieniu neutralnym „Murzyn” ma charakter jedynie opisowy, czyli odnoszący się do osoby czarnoskórej. Jeśli na przykład ktoś opisuje sytuację, w której brał udział, a — dajmy na to — jedna z czterech osób była czarnoskóra, to nie widzę problemu w powiedzeniu np. „przekazałam klucze tej Murzynce, która była z wami”. Dla wielu osób takie sformułowanie w ogóle nie jest nacechowane — ani pozytywnie, ani negatywnie. Natomiast jeszcze raz powtórzę: skoro są w Polsce ludzie — szczególnie ci, do których się to słowo odnosi — których to razi, boli i uznają je za raniące, to nie ma żadnego powodu, by go używać. Przede wszystkim w wielu sytuacjach nie ma w ogóle potrzeby używać tego określenia.

Ale „jakoś” powiedzieć przecież trzeba.

To zależy, bo jako ludzie mamy tendencję do zaszufladkowywania innych osób. Proszę zwrócić uwagę na komunikaty prasowe: jeśli powiemy, że 10 wypadków samochodowych jest spowodowanych przez obywateli naszego kraju, to przy tym jedenastym — spowodowanym np. przez Ukraińca — informacja o jego narodowości, choć nie ma znaczenia dla faktów, mimo wszystko się pojawia. Teraz jest to już rzadsze zjawisko, ale jeszcze niedawno słychać było o litewskich, ukraińskich czy białoruskich sprawcach wypadków, a nie mówiło się, że Polak zrobił podobne rzeczy. Bardzo często to już nie tyle dotyczy samej nazwy, ale stosunku do osoby. 

To znaczy?

Na przykład jeżeli ktoś lekceważy czy z pogardą odnosi się do osób czarnoskórych, to niezależnie od tego, czy użyje nazwy „Murzynka”, czy „czekoladka” albo „czarnulka”, będzie to użyte właśnie w tym celu.

Ale „czekoladka”, choć brzmi niewinnie, też może być postrzegana rasistowsko czy wręcz seksistowsko…

Oczywiście, że tak. Jeżeli o dziewczynie, która ma czarne włosy, mówi się „czarnulka”, można to potraktować jako coś miłego, ale jeśli powiemy tak o czarnoskórej kobiecie, to może być to dla niej przykre, że w ogóle zaznacza się jej kolor skóry.

Niedawno sieć obiegło zdjęcie ciemnoskórej dziewczyny trzymającej transparent ze słowami „Stop calling me Murzyn”.

Tak, tylko warto byłoby tę dziewczynę zapytać, co miała na myśli. Czy rzeczywiście chodziło o to, by nie używać słowa „Murzyn”, czy bardziej o komunikat w stylu „w ogóle nie interesuj się kolorem mojej skóry, nie etykietuj mnie z tego powodu”. Zdanie dosłownie znaczy „nie nazywaj mnie Murzynem”, ale może jest w tym głębsza potrzeba – nie używaj słów, które odnoszą się do koloru mojej skóry. Zaryzykuję tezę, że to nie musi być wyłącznie kwestia słowa „Murzyn” (choć, trzeba to jasno powiedzieć, niebagatelną rolę odgrywa tu to słowo, które – jak mówiłam – w odczuciu wielu osób jest obraźliwe).

Ale jednocześnie nie da się zanegować tego, że w języku polskim słowo to, choć niegdyś było neutralne, to przez lata nabawiło się niezbyt przyjemnych konotacji. W końcu „100 lat za Murzynami” nie wzięło się znikąd. Ba, swego czasu kontrowersje wywołały słowa Radosława Sikorskiego, który mówił o „murzyńskości” Polaków. Raczej nie miał na myśli komplementów.

Zgadza się. I dlatego coraz częściej w odniesieniu do osób mówimy o czarnoskórych, a nie Murzynach. Zresztą tak samo jak nie mówimy o kalekach czy nawet inwalidach, ale o osobach z niepełnosprawnością. Wyrażenie „osoba plus przydawka” wskazuje na to, że mowa o osobie, owszem, ma ona pewną odróżniającą ją od ogółu cechę, ale przede wszystkim jest człowiekiem. A „Murzyn”, „kaleka” czy „gej” naklejają słowo na fragment rzeczywistości i pokazują, że to inna kategoria ludzi.

Kiedy sięgnęłam do naukowych opracowań na ten temat, zdziwiło mnie „bogactwo” frazeologizmów, w zdecydowanej większości pejoratywnych, dotyczących Murzynów i „murzyńskości”. Mówi się, że w USA panuje tzw. rasizm systemowy. Czy analogicznie można powiedzieć, że Polacy przejawiają ksenofobię względem czarnoskórych na poziomie języka?

To zbyt daleko idący wniosek. Tak jak wspominałam na początku naszej rozmowy — dla wielu osób, zwłaszcza starszego pokolenia, „Murzyn” wcale nie niesie negatywnych konotacji. Natomiast rzeczywiście byłam zszokowana, gdy dwa lata temu w zeszycie ćwiczeń do języka polskiego do klasy szóstej czy siódmej znalazłam w jakimś zadaniu z gramatyki tekst mniej więcej tak brzmiący: „Jaś był w krajach afrykańskich poznawał murzyńskie piosenki”.

Dlaczego akurat to wyrażenie tak Panią zszokowało, skoro sama Pani przyznaje, że „Murzyn” niekoniecznie musi mieć obraźliwy wydźwięk?

No bo co to są „murzyńskie piosenki”? Rozumiem „afrykańskie” lub „zambijskie” ale „murzyńskie”? Było to całkowicie bezrefleksyjne uleganie pewnym stereotypom: że ludzie czarnoskórzy mają „swoje” piosenki, jedynie z tego powodu tego, że są czarnoskórzy. To trochę tak, jak byśmy my wszyscy o białym kolorze skóry też mieli te same piosenki. A przecież to absurd.

Abstrahując od rasizmu, to mam wrażenie, że do tego wszystkiego dochodzi jeszcze kwestia zwykłego uzusu i ekonomii języka. „Murzyn” ma dwie sylaby, a „czarnoskóry” cztery. To niby drobiazg, ale użytkownicy języka, dążący zwykle do „oszczędzania” i skracania form, mogą mieć z tym problem. 

To prawda, ale coś za coś. Niektórzy propagują też słowo „Afroamerykanin”, „Afropolak”. W Stanach się to przyjęło, w języku polskim częściowo też.

A jak zapatruje się Pani na pomysł, by z kanonu lektur szkolnych usunąć „W pustyni i w puszczy”? Niedawno, właśnie na fali wydarzeń w USA i dyskusji na temat rasizmu, pojawiła się taka propozycja.

Uważam, że powinno się ją wycofać, bo kolonializm jest w niej pokazywany w pozytywnym świetle, przez co utrwala się wyobrażenie o tym, że biali ludzie są po to, by cywilizować czarnoskórych. Jeśliby miała być omawiana, to raczej po to, by pokazać właśnie problem kolonializmu, a nie przygody Stasia i Nel. 

A „Murzynek Bambo”? Przecież na pierwszy „rzut ucha” nie brzmi rasistowsko, a może nawet sympatycznie.

Ach, ten nieszczęsny Bambo — wszyscy się na nim wychowaliśmy i nie zastanawialiśmy się nad tym, że dla osób czarnoskórych wierszyk jest po prostu upokarzający. Weźmy też „Przygody Koziołka Matołka”: „Wtem zakrzyknął przerażony: / «Dzicy tutaj pędzą ludzie!» / Czarni byli to straszliwcy! Wyją, krzyczą, szczerzą zęby, / W nosach mieli jakieś kółka, Farbą zaś znaczone gęby”. Podobnie zresztą – stereotypowo – Makuszyński ukazał Hindusów, Indian, a nawet naszych górali. Służyło to celom rozrywkowym – czytelnik miał się bawić; wówczas nikt nie zważał na to, że bawimy się kosztem innych. 

Wyobraźmy sobie jednak wierszyk o Polaku, czy „Polaczku” Adasiu czy Januszku, który nie wypije kakao, bo się boi o swój kolor skóry (tak jak Bambo bał się, że się wybieli po wypiciu mleka). Byłoby nam przykro i nie chcielibyśmy, by o nas takie wierszyki powstawały. Natomiast należy pamiętać, że w czasach Tuwima i Makuszyńskiego czy Sienkiewicza, kiedy pisał to Tuwim, to rzeczywistość była inna. 

Jak więc wybrnąć z takich słów-pułapek?

Wydaje mi się, że kluczem jest zwykła ludzka życzliwość: jeśli wiemy, że dane słowo może sprawić komuś przykrość, to go nie używamy przy tej osobie. Gdy rozmawiamy z kimś niskim, to nie mówimy o nim „kurdupel”, a gdy z kimś otyłym, to nie używamy pod jego adresem słów „spaślak” czy „grubas”.  

Czyli w całym tym sporze nie chodzi o zmianę w języku, ale w naszym zachowaniu?

Tak, bo języka nie da się zmieniać jakimiś narzucanymi odgórnie dekretami. 

A jednak, polemizująca z Pani tekstem w poradni językowej PWN internautka zarzuciła Pani, że podając w wątpliwość bezwzględnie negatywny wydźwięk słowa „Murzyn”, właśnie mniej więcej to się wydarzyło — nie potępiła Pani jednoznacznie tego wyrażenia.

Językoznawcy nie są od tego, żeby ustalać lingwistyczne zasady, ale by je opisywać. Oddzielając kwestię „Murzyna” od problemu rasizmu i związanych z nim emocji, to słowo należące do języka polskiego, jak każde inne, zasługuje na rzetelną analizę.

W polemice, o której pani wspomina, zwracano uwagę, że o nacechowaniu słowa nie może decydować osoba, która nie należy do opisywanej mniejszości. Tymczasem nie istnieje takie pojęcie, jak „decydowanie” o języku — rolą językoznawców jest pokazywać, jak słowo jest używane i co ono robi z nami, z naszymi relacjami. Uczulać na coś. Natomiast gdybyśmy wszyscy mieli poczucie życzliwości i patrzylibyśmy na czarnoskórych jak na ludzi, a nie koncentrowali się na kolorze skóry, to pewnie te problemy językowe byłby mniejsze.

Podobne kontrowersje dotyczyły nie tak dawnej akcji „Nie świruj, idź na wybory”. Pojawiły się głosy, że akcja mogła stygmatyzować osoby zmagające się z zaburzeniami psychicznymi. Zastanawiam się, gdzie przebiega granica między swobodnym używaniem języka, a momentem, w którym przyjdzie nam ocenzurować piosenkę „Jesteś szalona”.

To ciekawa kwestia, ale wydaje mi się, że mimo wszystko „świr” ma bardziej negatywne konotacje, niż „szalony”, czy „szalona”. Osoba „szalona” to niekoniecznie taka, która choruje psychicznie. To określenie może oznaczać na przykład, że ktoś ma nietypowe, odważne pomysły. Ważny jest również kontekst — wspomniana przez panią akcja przedwyborcza budziła kontrowersje, bo jej hasłu towarzyszyły nagrania, na których widzieliśmy aktorów udających osoby z zaburzeniami. I to rzeczywiście mogło rodzić wątpliwości.

Natomiast podkreślę raz jeszcze: tu nie chodzi o cenzurowanie języka, ale zwykłą ludzką empatię: czasami, zanim użyjemy jakiegoś słowa czy zwrotu, po prostu warto wczuć się na chwilę w sytuację osób, których dane wyrażenia dotyczą. W tym duchu zresztą jest prowadzona kampania społeczna Rady Języka Polskiego „Ty mówisz – ja czuję. Dobre słowo – lepszy świat”.

Dr hab. Katarzyna Kłosińska — pracownik naukowy w Instytucie Języka Polskiego na Uniwersytecie Warszawskim, przewodnicząca Rady Języka Polskiego przy Prezydium PAN. Od 2015 r. prowadzi poradnię językową PWN. Przez 16 lat prof. Kłosińska współpracowała w Programem Trzecim Polskiego Radia, gdzie m.in. prowadziła cykl audycji pt. „Co w mowie piszczy”. Ze współpracy z Trójką zrezygnowała w maju tego roku.

Nie przegap nowych tekstów. Obserwuj serwis Rozrywka.Blog w Google News.