1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Seriale

„Kluczowe było przeniesienie historii na polskie realia” - rozmawiamy z twórcami „W głębi lasu” od Netfliksa

Leszek Dawid i Bartosz Konopka o W głębi lasu. Wywiad z reżyserami

Leszek Dawid i Bartosz Konopka stanęli za kamerą „W głębi lasu”, czyli drugiego polskiego serialu Netfliksa, a jednocześnie kolejnej już adaptacji prozy Harlana Cobena przygotowanej przez streamingowego giganta. W rozmowie z nami mówią o wyzwaniach jakie przed nimi stanęły i jak wyglądało tłumaczenie amerykańskiej książki na rodzime realia.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Rafał Christ: Zacznijmy może od książki. Co takiego panowie wyciągnęli z „W głębi lasu” Harlana Cobena, że zdecydowali się wziąć udział w projekcie Netfliksa?

Leszek Dawid: Pierwszą styczność z książką miałem już po tym po tym, jak Netflix złożył mi propozycję realizacji serialu. Oczywiście trafiła do mnie jej wyrazista konwencja gatunkowa, ale najlepsze było to, że w ramach tego gatunku istniała szansa na złapanie perspektywy bohatera, czyli zgłębianie tajemnicy i przejście przez całą historię razem z nim. Jest to bardzo subiektywna opowieść i podąża się w niej za protagonistą. To przekłada się natomiast na ciekawą podróż filmową. Bardzo lubię, kiedy w kinie obiera się taką perspektywę, więc to do mnie najbardziej przemówiło.

Bartosz Konopka: Dopiero w trakcie dokumentacji uświadomiłem sobie, z jak wielkim fenomenem mamy do czynienia. Jeździliśmy po różnych miejscach i wszędzie widzieliśmy jego książki. Były w sądzie, na poczcie, w kioskach, po prostu wszędzie. Wcześniej nie zwracałem na to uwagi. Nie miałem też przyjemności poznać jego twórczości, więc kiedy przeczytałem „W głębi lasu”, podobnie jak Leszek miałem wrażenie, że jest to bardzo ciekawy przykład, jak ja to nazywam, kryminału refleksyjnego. Opowieść płynie z głowy bohatera i jest w niej dużo jego przemyśleń czy też wspomnień. Nie mamy w tym wypadku do czynienia z klasycznym ciągiem przyczynowo-skutkowym, tylko z porozrzucanymi wszędzie plamami z przeszłości i teraźniejszości. Właśnie to mnie najbardziej zaciekawiło i zafascynowało. I kiedy rozmawiałem o tym z żoną, która zna więcej książek autora, powiedziała mi o innych, podobnych motywach. To mnie utwierdziło, że pisze on o sobie, znanych mu ludziach i swojej wizji świata. Jest w tym prawda i szczerość. Nie dało się jednak tego literackiego języka przenieść na bardziej obiektywny język filmu i do adaptacji podeszliśmy nieco inaczej.

To jaki był w takim razie klucz do interpretacji powieści?

L.D.: On przyszedł z pierwszą wersją treatmentu. Nie zaczynaliśmy prac od książki, tylko startowaliśmy już z poziomu adaptacji napisanej przez Anię Nagler, która jest też producentką kreatywną serialu. Ona przeniosła ją na polski grunt. My musieliśmy się zastanowić nad tym, jak wzmocnić wątek 1994 roku. Nie chcieliśmy, żeby pojawiał się on w formie flashbackowych wspomnień, tylko był równoległą narracją. Musiał tym samym mieć równoprawnych bohaterów, a oni swój rozwój, ciąg i historię, która ma toczyć się przez całe opowiadanie. Wiadomo, chodzi o perspektywę Pawła Kopińskiego i wspomnienie nią wywołane, tylko ono musi żyć własnym życiem. Trzeba było równomiernie rozmieścić całość na dwóch płaszczyznach czasowych, odtwarzając tamten świat beztroski i młodzieńczych uniesień w pełnokrwistym wymiarze.

B.K.: A przecież nie było to łatwe. Mieliśmy przed sobą wiele wyzwań. Książka jest bardzo amerykańska. Opowieść została zakorzeniona w tamtejszej rzeczywistości. Są w niej wątki dotyczące konfliktów rasowych czy cały motyw Rosji i wpływu służb specjalnych na życie bohaterów. Nie mogliśmy więc przełożyć tego wprost. Polacy mieli inne doświadczenia i są innym narodem. Trzeba było coś potraktować inaczej i coś dopisać. Problem leżał w tym, że musiało to być zgodne z duchem książki. Harlan nad tym czuwał i na szczęście nie jest on jednym z tych autorów, dla których literatura jest czymś lepszym, a film może co najwyżej być jej marnym odzwierciedleniem. On rozumiał, na czym polega przekład. Zgadzał się na daleko idące zmiany, chociaż nie znał pewnie polskiej specyfiki i musiał nam wierzyć na słowo, że tak by to wyglądało. Kluczem do adaptacji było to, żeby nie trzymać się kontekstów politycznych, społecznych i uwarunkowań naszej rzeczywistości. Nie o tym będziemy opowiadać, a chcemy mówić o świecie przez bohaterów. Naszym celem było wyciągnąć z książki uniwersalność. Pokazać, z jakimi problemami radzą sobie postacie, jak układają sobie życie, jak przez nie przechodzą, co z tego wynika, kiedy się poddają i jak wstają. Sprowadza się to do walki człowieka o siebie, o życie, o bliskość i o miłość.

R.Ch.: Chociaż to się udało, wydaje mi się, że polskość gra pierwsze skrzypce, a te uniwersalne wątki brzmią tu bardzo swojsko…

L.D.: Kluczowe było przeniesienie historii na polskie realia, bo w nich realizujemy serial. To musi być spójne i wiarygodne. Nie jesteśmy w stanie naszej rzeczywistości kreować jako wiernego odzwierciedlenia realiów amerykańskich. Dużo roboty było z głównym bohaterem. Pawła Kopińskiego trzeba było osadzić inaczej niż Paula Copelanda z książki, chociażby przez to, że jest prokuratorem i system sądowniczy u nas wygląda inaczej niż w Stanach Zjednoczonych. Tak samo obóz. Nie może on przypominać amerykańskiego „camp”, a musi być naszymi domkami w lesie, które wszyscy pamiętamy. Zastosowaliśmy dużo zabiegów, żeby przenieść to na nasz grunt, ale myślę, że taka była idea stojąca za adaptacjami książek Cobena w różnych miejscach na świecie. Netflix chce odnaleźć lokalność tych historii i pokazać budowaną na niej uniwersalność.

Leszek Dawid i Bartosz Konopka na planie W głębi lasu/fot.: Netflix

B.K.: Jeśli chodzi o metaforyczny pokład naszej opowieści, mówimy o transformacji, a dokładniej o pokoleniu transformacji. Wyszło to po części intuicyjnie, chociażby przez wiek Kopińskiego, który ma czterdzieści lat. Nie dało się tego uniknąć, a zostało to jeszcze podbite przez te dwie płaszczyzny czasowe. Życie głównego bohatera jest podporządkowane pracy i pogoni za sukcesem czy tam szczęściem. Jego współczesna Warszawa pozbawiona jest zapachu młodości, zieleni, tych barw i intensywności przeżyć, jakich doświadczał w latach 90., kiedy zachłystywaliśmy się wolnością. Rozmawialiśmy z dziennikarzami i oni też o tym mówili, przez co myślę, że to jest ważne. Tylko dotykamy tych tematów, ale one nam tam siłą rzeczy weszły, przez co w ten sposób patrzymy na całą fabułę.

R.Ch.: To, co panowie mówią, jest bardzo spójne ze sobą. Rozumiem więc, że chociaż każdy ma swoją artystyczną wrażliwość, to na planie nie było żadnych spięć.

L.D.: Nie, nic z tych rzeczy. Mieliśmy świadomość, że lepiej dla serialu, żeby był spójny. Z takiego założenia wyszliśmy, przystępując do pracy. Przed realizacją dużo czasu poświęciliśmy, aby się rozpoznać. Znamy się osobiście, więc chodzi bardziej o kontekst zadania, jakie nam powierzono. Musieliśmy się wybadać, sprawdzić kto jak myśli, a potem pozbierać wszystko do spółki i wytyczyć kierunek, który podczas realizacji będziemy mogli odrębnie prowadzić. I chociaż każdy robił to na swój sposób, wiedzieliśmy, że podwaliny są takie same.

B.K.: Przed zdjęciami wydawało nam się, że jesteśmy podobni. Mamy podobne doświadczenia i wywodzimy się z dokumentu. Na planie okazało się, że jesteśmy zupełnie różni. Tak nam mówili aktorzy. Twierdzili, że mamy inne sposoby pracy, inaczej podchodzimy do danych spraw i innych rzeczy szukamy. Ale dla nich to chyba było fajne, bo musieli poszerzać wachlarz swoich środków wyrazu i czuli, że jest wobec nich więcej oczekiwań.

Leszek Dawid i Grzegorz Damięcki na planie W głębi lasu/fot.: Netflix

R.Ch.: W takim razie ile autorskiego charakteru pisma znajduje się w tym projekcie?

L.D.: Dużo. Tylko dlatego zgodziliśmy się wziąć w nim udział. Właściwie tego się od nas oczekuje. Naszym zadaniem jest nadanie opowieści wyrazistości. Nikogo nie interesuje ogólnikowość, tylko ten ujednolicony i podporządkowany wynikającej z książki narracji charakter pisma. Netflix był bardzo otwarty. Pozwolono nam mówić oryginalnym językiem i dano swobodę eksperymentowania. Mogliśmy przekraczać granice, które dawno zostały wyznaczone.

B.K.: Przy serialach to jest normalne, że pracuje się z innymi reżyserami. Jest zupełnie inaczej, niż jak robimy autorskie rzeczy, gdzie musimy uwypuklić własną wizję. Tutaj musimy się chować, bo chodzi o komunikatywność. Tak układamy wszystkie elementy opowieści, aby one razem były dla widza ciekawe i poruszające. To zawsze jest ciekawa lekcja pokory i rzemiosła.