1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Halo, Polsko — mamy problem. I wcale nie chodzi o awanturę wokół Kazika. Czy jesteśmy gotowi na polską falę #MeToo?

polska fala metoo nie nadejdzie film latkowski sekielscy

Zamiast po raz setny emocjonować się piosenką Kazika i tym, jak poszczególne środowiska rozgrywają nią swoje interesy, czas wreszcie skupić się na tym, co afera z Listą Przebojów Trójki chcąc nie chcąc skutecznie przyćmiła. Głęboki kryzys dotyczący seksualnego wykorzystywania nieletnich nie przyszedł nagle, ale zarówno „Zabawa w chowanego” braci Sekielskich, jak i „Nic się nie stało” Latkowskiego, wydobyły go na zewnątrz, obnażając słabość nas wszystkich: polityków, kościelnych hierarchów i dziennikarzy. Bo niemówienie o złu jest przykładaniem do niego ręki. Bez względu na to, czy sprawca nosi koloratkę, czy buja się po hipsterskich klubach.

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Ostatni tydzień był prawdziwym rollercoasterem dla wszystkich, którzy choć trochę interesują się bieżącymi wydarzeniami w kraju. W minioną sobotę bracia Sekielscy opublikowali film „Zabawa w chowanego”, czyli drugą część trylogii o problemie pedofilii w Kościele katolickim, a zaledwie kilka dni później Telewizja Polska wyemitowała reportaż Sylwestra Latkowskiego „Nic się nie stało”, który również skupia się na kwestii nadużyć seksualnych, tyle że w showbiznesie (choć tytuł sugerowałby raczej, że to film o wzlotach i porażkach naszej narodowej kadry).

Na domiar i tak silnych wrażeń, oba tytuły (choć ze względu na zbieżność czasową większe konsekwencje odczuwają Sekielscy) zostały przyćmione sobotnią awanturą w radiowej Trójce, wywołaną słynną już piosenką Kazika Staszewskiego, który — jak to on— mając za nic polityczne i społeczne konwenanse, pozwolił sobie na parę subtelnych przytyków w stronę władzy (zresztą nie pierwszy raz i wobec każdej władzy, co udowadnia w swoim obszernym tekście Konrad Chwast). 

Przed nami gigantyczne lekcje do odrobienia.

Trzydniowe wzmożenia medialno-polityczne mają jednak to do siebie, że w dużej mierze są po prostu biciem piany, a czasem po prostu grą znaczonymi kartami. Z obu filmów — Tomasza i Marka Sekielskich, jak i Sylwestra Latkowskiego — wyłania się obraz patologii, która powinna wymusić na władzach (i państwowych, i kościelnych) zdecydowaną reakcję. Tymczasem, jak to zwykle bywa, w ruch poszło parę ostrzejszych zdań i padło kilka deklaracji podjęcia kroków naprawczych. Czy to jednak nie kolejne działania pozorowane? Czy w publicznej debacie znowu nie wracamy do punktu wyjścia, w którym dwie strony sporu są tak zajęte przerzucaniem się oskarżeniami (i odpowiedzialnością), że właściwie już dawno straciły sprzed oczu meritum problemu, którym jest przecież dobro ofiar?

Powiedzmy sobie wprost: gdyby miały powstać odpowiednie piony śledczych, obiecywane komisje urzędników i zespoły zajmujące się ostrymi reakcjami w Kościele, miałoby to miejsce już parę lat temu. Film Latkowskiego przeleżał swoje na półkach TVP (czekając na Sekielskich?), a jego główne tezy wybrzmiewały już nie raz — zarówno w artykułach dziennikarzy śledczych, jak i książkach, które trafiały na rynek księgarni. Struktury postawione dziś na baczność mogły od dobrych paru lat działać i wykazywać swoją skuteczność. Ale nic takiego się nie działo. Z kolei film Sekielskich opisujący korporacyjny układ w Kościele, gdzie ważniejsze od wyjaśnienia sprawy była rozumiana w chory sposób troska o wizerunek instytucji, nie odkrywa Ameryki, ale udowadnia, że na poziomie mentalności nie zmieniło się wiele. I choć część diecezji współpracuje dziś z organami ścigania, realnie pomaga ofiarom (odszkodowania, wsparcie psychologiczne) i nie ucina działań oddolnych inicjatyw (takich jak np. telefon zaufania działający w ramach akcji „Zranieni w Kościele”), to na poziomie myślenia strukturalnego lekcje do odrobienia są gigantyczne. 

Przemoc karmi się milczeniem: moim i twoim

Obawiam się, że po raz kolejny dajemy się wciągnąć do emocjonującej gry, w której znaczone karty widać z daleka. I tak jedni próbują filmem Latkowskiego spychać odpowiedzialność z Kościoła na wszystkie grupy społeczne, tak z kolei inni zamykają uszy i oczy, gdy tylko usłyszą nazwisko celebryty czy artysty, z którym akurat im po drodze: politycznej, biznesowej… Jedni będą udawać, że nie wiedzieli, dlaczego ksiądz był przenoszony co pół roku z parafii na parafię, a drudzy, że nie mieli pojęcia, co dzieje się w ich ulubionym klubie nocnym. Milczenie jest tu absolutnie ponadpartyjnym elementem patologicznego konsensusu. A że na to wszystko nakłada się jeszcze kolejna odsłona maratonu kampanii wyborczych, to efekt jest dość oczywisty. Przeciąganie liny trwa w najlepsze, cierpią na tym tylko ofiary, których los staje się kartą przetargową do wielu małych i doraźnych celów. 

Polska nie jest gotowa na #MeToo. Jeszcze do tego nie dojrzeliśmy?

W takiej układance nie ma szans na żadną odsłonę ruchu #MeToo w polskiej wersji. Nawet biorąc pod uwagę to, jak trudne dla prokuratorów do zweryfikowania i udowodnienia są to przestępstwa (zwłaszcza po latach), nawet zwracając uwagę na problem zmowy milczenia w poszczególnych korporacjach (od tej z koloratkami u szyi po tę z blaskiem kamery u boku), wydaje się, że utopilibyśmy dziś każdą taką historię w codziennej naparzance dwóch uli, jak barwnie ujął to w „Polityce” (kiepskim skądinąd filmie Patryka Vegi) jeden z głównych bohaterów. Nie dorośliśmy do zmierzenia się z problemem na poważnie, bez ściemniania i odgrywania dawno rozpisanych ról, do rewolucji myślenia na poziomie społecznym —  jak choćby w USA — nie dojdzie, przynajmniej nie dziś.

A los ofiar, wykorzystywanych chłopców i dziewcząt? Owszem, kilka fundacji - i chwała im za to! - zostanie uruchomionych, choć raczej wbrew (w najlepszym razie - przy milczącym chłodzie) niż przy aprobacie instytucji i struktur, które mogłyby to finansować i rozwinąć. Być może kilku potencjalnych sprawców będzie miało dziś w sobie więcej obaw i strachu o konsekwencje swojego zachowania. To dużo, a zarazem dramatycznie mało, ale w życiu publicznym, które działa od zrywu do zrywu, od afery do afery, na całościowe spojrzenie nie ma dziś szans.