1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. TV

Teatr TV w 2020 roku żyje katastrofą smoleńską i papieżem. „Bezkrólewie” to przestarzała satyra polityczna

Bezkrólewie Teatru TV to satyra polityczna spóźniona o 10 lat [Recenzja]

Teatr Telewizji to jeden z niewielu programów TVP, które w trakcie kwarantanny wciąż wypuszczają nowe premiery. Już dziś na antenie Telewizji Polskiej prapremiera spektaklu „Bezkrólewie”. Jak wypadło dzieło, które przez dekadę nie trafiło na deski polskiego teatru, rzekomo z powodów politycznych?

Polityka w teatrze to nic nowego. Bez względu na to, do jakich czasów się cofniemy, twórcy tej sztuki nie stronili od wyrażania swoich poglądów na rzeczywistość, a często byli też zmuszani przez okoliczności do zajęcia mocnego stanowisko. Niejednokrotnie wolność wystawiającego swoje dzieło autora była też ograniczana przez władzę lub właścicieli teatrów. Dlatego bynajmniej nie mam zamiaru ignorować słów dramaturga Wojciecha Tomczyka, gdy ten uskarża się na złe traktowanie i ignorowanie jego sztuki „Bezkrólewie” przed kilkoma laty.

Każde dzieło powinno jednak być w stanie wytrzymać na własnych siłach próbę czasu i późniejsze spotkanie z publicznością, jeśli faktycznie ma ambicję uchodzić za reprezentację doświadczeń całego pokolenia. Dlatego dzisiejsza prapremiera „Bezkrólewia” w ramach Teatru Telewizji wymaga oceniania sztuki Tomczyka oraz jej realizacji przez reżysera Jerzego Machackiego. I tylko tych elementów. A mówiąc całkowicie wprost, absolutnie nie może to być ocena pozytywna.

Teatr Telewizji premiera – Bezkrólewie:

Debiutujący w TVP spektakl opowiada o fikcyjnej, anachronicznej Polsce, która właśnie straciła króla. W wyniku tych wydarzeń gdzieś na prowincji spotykają się dwie skrajne różne grupy. Pierwsza z nich składa się z trzech polityków w różnym wieku: Kolo, Glansa i Gostka. Przedstawiciele jednej klasy politycznej (autorzy spektaklu nie próbują nawet ukrywać, o jaką partię chodzi) wypierają się swojej odpowiedzialności za nastanie bezkrólewia, ale straciwszy władzę postanawiają wydać fałszywą odezwę do ludu i zdobyć ich głosy. Pomóc mają im w tym właściciel przydrożnej gospody Józef, jego żona Zofia i córka Justyna.

Wojciech Tomczyk podkreśla, że „Bezkrólewie” ma być swoistym połączeniem niepokornej staropolskiej komedii rybałtowskiej oraz stylów Sławomira Mrożka i Samuela Becketta z PRL-owskim doświadczeniem jego pokolenia i stanem Polski po katastrofie smoleńskiej. Wzorców politycznych spektaklu łatwo się domyślić, bo jego autorzy raczej nie słyszeli o czymś takim jak subtelność. Zestawienie ze sławami teatru wydaje się tu jednak całkowicie nietrafione. Można mieć różny stosunek do dzieł Mrożka i Becketta (osobiście zdecydowanie bardziej przemawia do mnie twórczość tego pierwszego), ale nie sposób byłoby o nich powiedzieć, że są prostackie w swojej warstwie ideowej i jej prezentacji.

teatr telewizji premiera
Foto: „Bezkrólewie”/Natasza Młudzik/TVP

„Bezkrólewie” jest spektaklem płytkim, łopatologicznym i fatalnie odczytującym podstawowe cechy satyry.

Podstawową wartością przekazu politycznego w kulturze jest jego aktualność. Właśnie dlatego twórcy serialu „South Park” potrafią rozpoczynać pracę nad nowym odcinkiem zaledwie kilkanaście godzin przez jego premierą. Pokazywanie w krzywym zwierciadle wydarzeń sprzed kilku miesięcy traci wiele na sile swojego przekazu i nikogo już nie bawi. A przecież Tomczyk sięga jeszcze dalej do przeszłości i traktuje wydarzenia polityczne sprzed niemal 10 lat za siłę napędową swojego spektaklu. Podobny błąd zrobił niedawno Patryk Vega przy filmie „Polityka”, gdy próbował wyśmiać drugą stronę politycznego sporu.

Oglądając „Bezkrólewie”, nie sposób nie zauważyć, gdzie leżą sympatie i antypatie twórcy sztuki. I może nie byłoby to czymś tak strasznym, gdyby postaci ze spektaklu miały w sobie choć odrobinę głębi i życia. Glans i Gostek to stereotypowi politycy, za którymi nie stoją żadne idee poza chęcią przejęcia władzy i hedonistycznego palenia cygar. Józef jawi się z kolei jako człowiek bez skazy, który strofuje młodsze pokolenie, gdy to nie docenia świętości (czyli wyboru Karola Wojtyły na papieża).

Portret młodego pokolenia jest tu zresztą chyba najbardziej obraźliwy dla inteligencji widza. „Bezkrólewie” podobno ma być bowiem opowieścią o miłości.

Na to odważne stwierdzenie lepiej spuścić jednak zasłonę milczenia. Justyna i Kolo spotykają się, by po 30 sekundach przebywania w tym samym pomieszczeniu zadeklarować sobie wielką nieskończoną miłość prowadzącą wprost na ślubny kobierzec i do stanu błogosławionego. Postać młodej córki Józefa i Zofii stanowi zresztą amalgamat wielu różnych obraźliwych wobec kobiet stereotypów w jednej postaci. Aż dziw bierze, że nikt w 2020 roku nie próbował zaprotestować wobec takiej postaci na deskach Teatru Telewizji.

Mało w całej recenzji padło słów na temat reżyserii, scenografii i aktorów „Bezkrólewia”, ale głównie dlatego, że niewiele jest tu do powiedzenia. Andrzej Mastalerz, Redbad Klynstra-Komarnicki, Zofia Jeżewska i reszta obsady radzą sobie przyzwoicie z pozbawionymi jakiejkolwiek dwuznaczności postaciami, ale trudno, żeby ktokolwiek w tej sytuacji mógł się pozytywnie wybić. Tym bardziej, że na poziomie realizacji „Bezkrólewie” nie próbuje choć odrobinę odróżnić się od innych produkcji tego typu. W przeciwieństwie do „Zemsty” czy „Inkrano” dzisiejsza premiera jest znacznie bliższa klasycznej formie teatralnej, ale inaczej niż debiutujący przed kilkoma miesiącami spektakl „Inny świat” nie próbuje zrobić z tym niczego oryginalnego. Wszystko tu jest zmurszałe, przestarzałe i płytkie.

Teatr Telewizji zaprezentuje prapremierę sztuki „Bezkrólewie” już dziś o 21:00 na TVP 1.