1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Dzieje się

Szymon Hołownia prosi o wpłaty na kampanię prezydencką, a ja się zastanawiam, czy potrzebujemy celebrytów w polityce

donald trump kevin

Od Ronalda Reagana po Szymona Hołownię. Historia pokazuje, że z biegiem lat celebrytów w polityce jest coraz więcej. Z jakim skutkiem?

Na początek zadajmy sobie pytanie, czy obecne czasy, pełne niepokojów i dramatycznych wydarzeń związanych z pandemią koronawirusa oraz tym, co przyjdzie po niej, to moment, by powierzać stery nad danymi państwami ludziom z rodowodem show-biznesowym? Pięknem demokracji jest to, że (prawie) każdy może mieć szansę zdobyć najważniejszy urząd w danym kraju. Jest w tym coś romantycznego. Ale też i niebezpiecznego.

Wystarczy wskazać na USA i tamtejszego prezydenta Donalda Trumpa. To człowiek, który doskonale rozumie siłę mediów, bo sam się z nich wywodzi. Idealnie też wyczuwa nastroje ludzi, wie bardzo dobrze, że Amerykanie są sfrustrowani i rozczarowani bezpieczną i poprawną politycznie debatą, tak więc idzie po linii najmniejszego oporu i robi wokół siebie medialny reality show, dając wyborcom to, czego potrzebują. Prezydenturę traktuje jak format telewizyjny, swoje wystąpienia jak odcinki, a każdy kolejny rok jak nowy sezon „White House Shore”. Albo segment „Saturday Night Live”, w którym parodiuje on samego siebie (gdyby to oczywiście była parodia).

Nie twierdzę oczywiście, że każdy celebryta zafunduje wyborcom podobne show, ale jednak ich obecność w polityce powinna sprawić, że zapali się nam lampka ostrzegawcza.

Z jednej strony, ci ludzie mają to, czego polityk potrzebuje, a więc ekranową charyzmę. Bycie politykiem w dzisiejszych czasach to w dużej mierze stawanie się osobowością medialną. A ludzie z rodowodem z telewizji bądź kina dobrze wiedzą, jak prezentować się przed kamerami, w jakie emocje uderzać, które struny poruszać, by zdobyć serca i dusze potencjalnych wyborców. Są oni niczym przybysze z innego wymiaru, którzy mają do perfekcji opanowane tajniki dobrej prezencji. Z jednej strony jest to cecha przydatna w polityce, z drugiej o tyle niebezpieczna, że może być niewłaściwie wykorzystywana.

Od czasów legendarnej już debaty Nixon kontra Kennedy z 1960 roku, kiedy to doświadczony Richard Nixon przegrał z Johnem Kennedym, gdyż ten po prostu lepiej wypadł w telewizji, na dobrą sprawę niewiele się zmieniło. Wspomniana debata na zawsze zmieniła politykę.

Od 60 lat dobra prezencja na ekranie i właściwa charyzma wygrywa z doświadczeniem i rzetelnymi argumentami.

Ronald Reagan zanim został prezydentem USA, był względnie znanym aktorem hollywoodzkim. Zdobył serca milionów ludzi na całym świecie w dużej mierze dzięki znakomitej prezencji podczas swoich przemówień wygłaszanych na wiecach czy w telewizji. Choć jego kadencji nie da się jednoznacznie ocenić ani pozytywnie, ani negatywnie, to jednak fakt, że zapisał się wyraźnie w historii USA wynika w dużej mierze z tej ekranowej charyzmy. Tym bardziej, że dwie kadencje jego prezydentury przypadły akurat na kolorowe lata 80. i czas dynamicznego rozwoju telewizji, która wówczas była w centrum życia większości ludzi cywilizacji zachodniej.

Na naszym podwórku, oczywiście o wiele skromniejszym osobistości z rodowodem szeroko rozumianej rozrywki też coraz częściej biorą udział w życiu telewizyjnym – choćby Piotr Marzec czy Paweł Kukiz.

Obecnie Szymon Hołownia, mający naprawdę udany dorobek dziennikarski, choć kojarzony jest głównie jako prowadzący program TVN „Mam talent”, podjął się kandydowania na urząd prezydenta Rzeczypospolitej Polskiej.

W jednym ze swoich najnowszych nagrań zwraca się on z prośbą o pieniężne wsparcie na rzecz swojej kampanii. Jednocześnie zachęcając do tego, by namawiać też na to swoich znajomych:

Namów dzisiaj jedną osobę, ale ją namów, naprawdę - nie zakładaj sobie, że namówię dziesięć – jedną namów do tego, żeby wpłaciła na Wspieraj.holownia2020.pl. 5 zł, 10 zł, 20 zł - nieważne. My z tego zrobimy naprawdę mnóstwo fajnej, pozytywnej społecznej energii – mówi Hołownia.

I choć cenię dziennikarskie korzenie Szymona Hołowni, to zastanawiam się, czy rzeczywiście czasy kryzysu, które nieuchronnie się zbliżają oraz życie w cieniu pandemii, która będzie nam jeszcze długo towarzyszyć w większym bądź mniejszym stopniu, są dobrym momentem na przywitanie kolejnego „człowieka mediów” w polityce. Tym bardziej, że jego pierwszy spot wyborczy okazał się nieprofesjonalną i pozbawioną empatii (nie mówię, że w zamierzeniu) wtopą, która nie powinna mieć miejsca.

Czy na te niepewne czasy odpowiedzią są ludzie z show-biznesu stojący na czele państw?

Staram się oczywiście nie umniejszać niczyich korzeni zawodowych, ale też z drugiej strony nie można kompletnie zignorować tego, że ktoś nie ma solidnych fundamentów politycznych. I żeby nie było, dotyczy to też każdego innego kandydata na jakikolwiek urząd. Także tych z innych dziedzin życia, nie tylko z szeroko rozumianych mediów.