1. SPIDER'S WEB
  2. rozrywka
  3. Filmy

Polska szkoła seksu. Jak rodzime kino uczyło się opowiadać o cielesności?

Polskie kino erotyczne. Jak uczymy się opowiadać o seksie?

Kino erotyczne, tak jak życie w piosence Zenona Martyniuka, to są chwile. To są momenty, które ulatują lub zostają z nami na dłużej. A ile takich „momentów” pamiętamy z polskich filmów? 

Dziękujemy, że wpadłeś/-aś do nas poczytać o filmach i serialach. Pamiętaj, że możesz znaleźć nas, wpisując adres rozrywka.blog.

Nagość i erotyka w tej czy innej formie pojawia się w polskiej kinematografii już w latach 50. ubiegłego wieku. W czasach Stalinizmu, twórcy z obawy przed cenzurą sięgali po nią nieśmiało. Jak podaje Karol Jachymek w artykule „Seks w kinie polskim okresu PRL. Wprowadzenie” w „Młodości Chopina” po raz pierwszy Polacy mogli zobaczyć na wielkim ekranie piersi swojej krajanki Hanny Skarżanki. Były widoczne przez krótki moment, ale ten moment był swego rodzaju przełomem.

Kolejne przełomy nadchodziły z każdą następną dekadą. Już w latach 60. nie zabrakło śmiałych scen seksu w polskiej kinematografii. Za Jachymkiem warto przytoczyć inicjację seksualną bohaterów „Skoku” Kazimierza Kutza. W latach 70. natomiast, tak jak w wielu innych kinematografiach na świecie, rewolucja seksualna odcisnęła swoje piętno na rodzimych produkcjach. Twórcy coraz częściej i odważniej sięgali po erotykę. Przykładem niech będzie Roman Załuski i jego „Kardiogram” oraz „Anatomia Miłości”, Andrzej Kostenka i „Rewizja osobista” czy „Trzeba zabić tę miłość Janusza Morgensterna.

W tym momencie zrobię krótką pauzę, żeby się rozmarzyć.

Warto bowiem wspomnieć, że wtedy też Walerian Borowczyk stworzył wyjątkowe w swojej filmografii (bo zrealizowane w Polsce) „Dzieje grzechu” (dostępne swoją drogą na Netfliksie). Reżyser, który miał niesamowity zmysł do erotyki, na chwilę wrócił do kraju z emigracji, ale niestety nie został tu na długo. Gdyby sprawy potoczyły się inaczej, prawdopodobnie cały ten tekst mógłby składać się z przywoływania scen z sygnowanych jego nazwiskiem produkcji. O tym się nie przekonamy, ale niech ta myśl towarzyszy wam za każdym razem, gdy będziecie sięgać po francuskie tytuły Borowczyka.

Wracając do tematu.

Prawdziwy przełom w polskim kinie erotycznym nadszedł wraz z rozluźnieniem opresyjnego systemu. Oj, wtedy widzowie z łatwością znajdowali „momenty”. Kino w naszym kraju uległo komercjalizacji, a wiadomo, że sex sells. Z tego względu do końca lat 80. seks i nagość wplatano do niemal każdej fabuły. Nieważne czy było to uzasadnione narracyjnie. Musiały być cycki, musiała być kopulacja. Koniec. Kropka. Nie brakuje ich przecież w „Seksmisji” i „Kingsajzie”, ich nadmiar widać w „Thais”, w „Magnacie” Bogusław Linda posiada Grażynę Szapołowską wśród ciast, a i w „Och, Karolu” robi się gorąco.

W kolejnych latach te częste momenty zaczęły zanikać, ale nie znaczy to, że ich brakowało. W końcu w 1994 roku Janusz Majewski zszokował wszystkich swoją krótkometrażową „Diabelską edukacją”, której nie powstydziłby się wspomniany Walerian Borowczyk.
Przewińmy jednak polską erotykę szybko do przodu i trafimy do 2011 roku, kiedy na ekrany polskich kin wchodzi sequel wymienionej w poprzednim akapicie komedii „Och, Karol 2”. I tam jest pewna kuriozalna scena striptizu:

Na jej widok Kalina Jędrusik pewnie się w grobie przewróciła. Seksapilu w niej za grosz. Zabawna też zbytnio nie jest. Nazwałbym ją raczej żenującą. Jakby nasi twórcy, w jakimś momencie stracili umiejętność opowiadania o seksie.

Oczywiście, jak od każdej innej, tak od tej można znaleźć wyjątki.

Seks jest świadomym narzędziem narracyjnym w rękach Wojciecha Smarzowskiego, gdzie odstręcza, a u Marka Koterskiego staje się źródłem humoru. Ale samej erotyki we współczesnym kinie ze świecą można szukać. Na ekranie króluje pruderia, wstydliwość i wulgarność. Bo przecież erotyka nie jest samym seksem. Wspomnijmy chociażby „Nagi instynkt”. Scen stosunków tam nie brakuje, ale kto je pamięta? Za to scenę przesłuchania Sharon Stone zna każdy. Jest ona definicją erotyzmu, jakiego tak często brakuje naszej kinematografii.

Doskonale istotę erotyki rozumie Agnieszka Smoczyńska. W „Córkach dancingu” stosunki są drugorzędne, a jednak każda scena kipi od erotyzmu. Ten przejawia się w zachowaniu postaci. Wynika ze scenariusza i reżyserii. Dzięki odpowiednim wykorzystaniu lokacji, świateł, ustawień kamery i montażu widzom robi się gorąco. Dzisiaj to kobiety pokazują, jak należy opowiadać o seksie. Prócz Smoczyńskiej zrobiła to przecież Maria Sadowska w „Sztuce kochania. Historii Michaliny Wisłockiej” czy Olga Chajdas w „Ninie”. Nie ma w tych filmach nachalnego dydaktyzmu czy wulgarności, a jest tylko fascynujący i ekscytujący erotyzm.

Wspomnijmy „Porno” Marka Koterskiego.

Oglądamy w nim kolejne podboje seksualne głównego bohatera. Niezależnie jednak od partnerki tęskni on za swoją pierwszą kobietą, prawdziwą miłością, którą utracił bezpowrotnie. Patrząc na współczesne kino polskie można to uznać za jedną z metanarracji fabuł o seksie. Nawet kiedy postacie są, albo chcą być frywolnie kończą ze świadomością, że nie tego tak naprawdę szukają. Nie ma mowy o pozytywnej seksualności. Zamiast tego jest wstydliwość, pruderia i promowanie konserwatywnych wartości.

Seks w dzisiejszym kinie polskim uprawiany jest w ciemnościach, pod kołdrą w jedynej słusznej pozycji, lub szybko, w ubraniu i wulgarnie. Tę złą passę miały ostatnio szansę przerwać dwa filmy. Pierwszy z nich czyli „365 dni” zawiódł ze względu na swoje prostactwo i dosłowność. „Swingersi” natomiast, jak na niegrzeczną komedię, okazali się wyjątkowo grzeczni.

Seksualność polskiego kina co jakiś czas się przebudza. Ale za chwilę ponownie zapada w letarg. I gdybyśmy dzisiaj mieli znaleźć rodzimy tytuł z erotycznymi „momentami”, byłoby to szukanie igły w stogu siana. Najgorsze w tym wszystkim jednak, że nie zapowiada się, aby ten stan rzeczy miał w najbliższym czasie ulec zmianie.