Filmy  /  Artykuł

Rian Johnson przyznał się właśnie, że nie obchodzi go kanon Star Wars. Czemu mnie to nie dziwi?

Picture of the author

W sumie oglądając „Ostatniego Jedi” można było z łatwością dojść do takiego wniosku, ale obecnie potwierdził go oficjalnie sam reżyser. Dla Riana Johnsona liczy się pojedyncza historia, a nie kontekst gwiezdnej sagi, w którym się ona odbywa.

I żeby nie było, osobiście uważam, że podejście Johnsona wcale nie jest niewłaściwe. Jest mi dość bliskie i gdybym sam był twórcą filmowym, to zapewne działałbym właśnie w taki sposób. Z jednej strony szanuję go, że był w stanie robić swój autorski film, będąc na liści płac u największego giganta branży, czyli Disneya. W każdym innym przypadku jego podejście byłoby czymś wspaniałym i świeżym. Ale niestety nie w przypadku emblematycznej serii, która odcisnęła swoje piętno na popkulturze (i całym XX wieku) jak żadne inne dzieło szeroko pojmowanej sztuki.

Na pytanie odnośnie tego, jak reżyser podchodzi do pracy przy filmie z już istniejącym uniwersum Rian Johnson odpowiedział:

Nie. Ja nie myślę o swojej pracy w kontekście tworzenia światów. Nie interesuje mnie to. Jedyną rzeczą, która mnie interesuje podczas kręcenia filmu jest historia. Bez względu czy piszesz scenariusz do Gwiezdnych wojen, która jest częścią trylogii, czy oryginalny pomysł jak „Na noże”, opowiadasz historię, która sama w sobie ma być nowa i ma przede wszystkim działać w kontekście tego jednego filmu. Nie potrafię się więc ekscytować tworzeniem całych galaktyk i światów. Dla mnie ekscytujące jest tworzenie 2-godzinnego doświadczenia dla ludzi do przeżywania w kinie. Chodzi o to, by ich zaangażować w konkretne wydarzenia, historie i postaci, które ogląda na ekranie.

Z jednej strony trudno nie stwierdzić, że z artystycznego punktu widzenia Johnson ma złe podejście.

Ale jeszcze raz, to tak nie działa w przypadku „Gwiezdnych wojen”. Nie można przewracać na głowie serii, która istnieje ponad 40 lat, odegrała istotną rolę w tworzeniu współczesnej popkultury i na dobrą sprawę stworzyła filmowy fandom. Miejsce na takie podejście było może przy drugim filmie z serii, ale nie przy siódmym, na ostatnim zakręcie całej sagi.

Nietrudno mu się dziwić. Żaden świadomy reżyser z ambicjami nie ma ochoty być wrzuconym pomiędzy kołowrotki wielkich maszynerii. Dodatkowo w tym wszystkim Rian Johnson miał po swojej stronie Kathleen Kennedy. W każdej innej sytuacji byłoby to wspaniałe połączenie. Kennedy jest legendarną i znakomitą producentką filmową, która jest odpowiedzialna za jedne z największych przebojów w historii kina. I jako producentka wie, że trzeba stwarzać artystom na planie odpowiednią przestrzeń do tworzenia. I tak też się stało w przypadku „Ostatniego Jedi”. Błędem jednak było zakładanie takiego podejścia do kombajnu o nazwie Star Wars. No i Kennedy może i jest wybitnym producentem, ale już jako głowa studia filmowego kompletnie sobie nie poradziła.

Wiemy więc, że fandom jest mocno podzielony i często niezbyt pozytywnie nastawiony do Riana Johnsona, ale spróbujmy zrozumieć jego pozycję.

Na pierwszym miejscu stawia sztukę, kreatywność, oryginalność. I choć jest znakomitym reżyserem to nie nadawał się do wtłoczenia w sam środek olbrzymiej franczyzy, tym bardziej jeśli nawet nie zamierzał uszanować jej kanonu. Ale to już za nami. Przeżyliśmy „Skywalker. Odrodzenie” (choć ledwo), więc teraz pozostaje nam czekać na nadzieją, na to co przyniesie przyszłość Gwiezdnych wojen.

przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst


przeczytaj następny tekst